Kiedy latem ubiegłego roku spotkałem się po raz pierwszy z Dmytro Kułebą, byłym już wówczas ministrem spraw zagranicznych Ukrainy, spędziliśmy sporo czasu na rozmowie o przyszłości jego państwa. Państwa rozumianego jako administracja, konstrukcja instytucjonalna, podmiot o olbrzymiej sprawczości. Kułeba, przez polskich dyplomatów określany mianem „trudnego partnera”, wieszczył „wybuch wulkanu ukraińskiej polityki” natychmiast po jakimkolwiek zawieszeniu broni. Zapytany przez mnie, czy planuje start w wyborach prezydenckich, odpowiedział enigmatycznie, że chce jedynie pomagać swojemu krajowi „w taki sposób, jaki będzie najskuteczniejszy dla niego i dla samej Ukrainy”.
Po rozmowie wczytałem się dokładniej w jego ścieżkę zawodową – i tu przyszedł szok, bo, być może z powodu własnej ignorancji, nie zdawałem sobie sprawy, że mój rozmówca miał zaledwie 44 lata. Oznacza to, że jest ode mnie samego starszy o jedynie dziewięć lat. Co ciekawe jednak, w wieku tak młodym jak na polityka, zwłaszcza europejskiego, miał już za sobą cztery lata na stanowisku szefa dyplomacji dużego kraju, z czego ponad dwa przetrwał w warunkach całkowicie wojennych. Miał 39 lat, kiedy przejął ukraiński MSZ. 41, kiedy Rosjanie okrążali Kijów i wpisali jego nazwisko na listę osób „do odstrzału”. 39 lat, gdy został wicepremierem, a 32 lata – doradcą premiera Ukrainy.
To liczby, o których dziś polscy politycy z obozu liberalno-progresywnego mogliby co najwyżej pomarzyć. Dla porównania: wciąż uchodzący za przedstawiciela „młodego pokolenia” w Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski ma lat 54, a wciąż „wschodząca gwiazda” i „nadzieja” lewicy Adrian Zandberg jest od Kułeby dwa lata starszy. Jednocześnie nawet zsumowane doświadczenie lidera Partii Razem i prezydenta Warszawy nie dorównuje temu, co Ukrainiec miał szansę zrobić i zobaczyć – i wcale nie (tylko) dlatego, że Władimir Putin zdecydował się na anihilację jego państwa i narodu.
W Polsce trudniej się przebić
Przytaczam ten biograficzny detal w chwili, w której niemal codziennie media informują o przypadkach coraz brutalniejszych ataków werbalnych i fizycznych na mieszkających w Polsce Ukraińców. Robię to nie przez przypadek, bo po rozmowie z Kułebą długo zadawałem sobie pytanie, jakim cudem ktoś tak młody mógł trafić tak wysoko i dostać tak ambitne projekty do zrealizowania. Zwłaszcza w mocno zhierarchizowanym, zoligarchizowanym kraju. Tak naprawdę jednak znacznie ciekawszy jest rewers tej historii, zawierający w sobie pytanie, dlaczego było to możliwe w Ukrainie, a w Polsce nie?
Odpowiedzi szukać można w konwencjonalnej mądrości na temat działania państwa i całej gospodarki. Polska jest krajem silniej rozwiniętym ekonomicznie, bardziej okrzepłym, z instytucjami, które działają lepiej od ukraińskich i którym obywatele bardziej niż Ukraińcy ufają.
Widać to chociażby w mierzonym przez CBOS stosunku do sądów, samorządów lokalnych czy nawet władz centralnych. Wszędzie tam odsetki pozytywnych ocen i ogólnego zaufania są w Polsce wyższe niż w analogicznych badaniach opinii w społeczeństwie ukraińskim. To niesie za sobą logiczne konsekwencje – im hierarchia jest sztywniejsza, tym o szybki awans trudniej, przebiją się jedynie wybitne jednostki.
W chaosie łatwiej osiągnąć teoretycznie nieprzewidziany lub mało prawdopodobny sukces i być może dlatego ukraińska administracja pełna jest ludzi relatywnie młodych, a już szalenie doświadczonych. Na ten problem badawczy spojrzeć można jednak jeszcze z innej perspektywy, właśnie migracyjnej – i tu odpowiedź jest wyraźniejsza.
Szanse i drenaże
Pokolenie dzisiejszych czterdziesto- i trzydziestolatków w Ukrainie nigdy nie doświadczyło intelektualnych szans rozwojowych, które dałoby się porównać z możliwościami stojącymi przed ich rówieśnikami z Polski czy innych krajów dawnego bloku wschodniego.
Szybki wzrost gospodarczy, wyeliminowanie korupcji, brak konfliktów zewnętrznych wynikający z wejścia do NATO i przede wszystkim swoboda przepływu ludzi dzięki akcesji do Unii Europejskiej otworzyło Zachód dla setek tysięcy młodych Polaków, Czechów, Węgrów, Estończyków czy Bułgarów.
Szacunkowa analiza danych publikowanych przez HESA – Higher Education Statistics Authority, instytucję analizującą szkolnictwo wyższe na Wyspach – wskazuje, że pomiędzy 2004 a 2025 rokiem z Polski do Wielkiej Brytanii wyjechało na studia około 53 tysięcy młodych osób. Studiowali tam nie tylko najlepsi, nie tylko na prestiżowych uczelniach, ale też ci po prostu dobrzy, dla których kilka lat wcześniej jedyną alternatywą byłyby SGH czy UJ. Dla porównania, liczba studentów z Ukrainy zapisanych na brytyjskie uczelnie w tym samym okresie wynosiła nieco ponad 7 tysięcy, czyli prawie osiem razy mniej – a mowa przecież o krajach z bardzo zbliżoną populacją.
Wielka Brytania jest przykładem pierwszym z brzegu, bo najpopularniejszym i reprezentatywnym. A przecież ta historia olbrzymiego drenażu mózgów z Europy Środkowo-Wschodniej rozciąga się na znacznie więcej państw Zachodu i gałęzi tamtejszych gospodarek.
Zdecydowana większość młodych ludzi, którzy wyjechali kształcić się do „starej” Europy, nigdy do ojczyzny nie wróciła.
Skończyli studia, zakładali firmy, zostawali prawnikami, lekarzami, znajdywali zatrudnienie w największych korporacjach. Współtworzyli tamtejsze PKB, zasilali tamtejszy skarb państwa, ale też, o czym mówi się stanowczo zbyt rzadko, wzmacniali dobrobyt tamtych społeczeństw. Przykładem tego jest chociażby słynna historia heroizmu pracowników medycznych brytyjskiej służby zdrowia, NHS. W czasie pandemii koronawirusa rządzący wówczas krajem Boris Johnson eksperymentował z luźnym podejściem do reżimu sanitarnego, przez co prawie doprowadził do zapaści tamtejszych szpitali. W powszechnej opinii system uratował wysokiej klasy personel, w dużej mierze zasilany przez imigrantów, w tym Polaków. Na Wyspach wykształconych, tam już pracujących.
Pierwszy raz to my możemy skorzystać
Tego typu anegdoty można mnożyć, ale układają się w systemową, analityczną opowieść o migracjach między nieodległymi geograficznie państwami o różnych stopniach rozwoju. To zresztą zjawisko dobrze opisane w naukach o rozwoju. Wystarczy przytoczyć słynną teorię migration hump, opisaną w 1996 roku przez Philippa Martina i Edwarda Taylora, ekonomistów z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Mówi ona, w dużym skrócie, że to właśnie kraje średnio rozwinięte, istniejące obok skonsolidowanych demokracji z rozwiniętymi gospodarkami, są zawsze najbardziej narażone na bezpowrotny wyciek talentów. Koszty emigracji są relatywnie niskie, zyski wysokie, nie wiąże się ona najczęściej z wielkimi różnicami kulturowymi, etnicznymi ani religijnymi. Dlatego Polakom łatwo było odnieść sukces na Zachodzie.
Narzuca się pytanie, dlaczego Polska, tak przecież naznaczona utratą talentu, nie próbuje tego samego modelu replikować wobec mieszkających tu Ukraińców. Można oczywiście mnożyć tyleż prawdziwe, co nieprzebijające się w algorytmicznej rzeczywistości „pozytywne ludzkie historie”. Przytaczać suche dane o wkładzie Ukraińców do polskiego budżetu i biznesach, które prowadzą.
To nie wystarczy, żeby zatrzymać falę przemocy wobec tych ludzi, która przecież lada moment może przerodzić się w zjawisko z ofiarami śmiertelnymi. Zamiast stać z założonymi rękami i ścigać się z radykalną prawicą na walkę o własną suwerenność, rząd Donalda Tuska mógłby stworzyć wreszcie narrację o tym, co Polska zyskuje dzięki ukraińskiej imigracji. Nie w pieniądzach, ale w statusie.
Po raz pierwszy w naszej historii to my jesteśmy tym bezsprzecznie lepszym krajem, tym punktem odniesienia, tą przestrzenią na doświadczenia życiowe, które zmieniają życie jednostki.
Nie trzeba ubierać tego w dyskurs neokolonialny, wszak tak działa świat liberalizmu i międzynarodowego wolnego handlu czy przepływu kapitału ludzkiego.
Iwan Krastew, gwiazda europejskiej politologii, mawia często, że najskuteczniejsze państwa są w stanie zapewnić największej liczbie obywateli tak zwane transformative experiences – doświadczenia, które trwale wpływają na percepcję rzeczywistości. To one, a nie coraz bardziej dziś ambiwalentne wartości, są najlepszym społecznym spoiwem. Polska ma olbrzymią szansę na retencję ukraińskiego talentu, bo transformative experience, pozytywną zmianę, możemy setkom tysięcy Ukraińców zafundować właściwie za darmo.
Przez agresję Putina ich kraj staje się ruiną. My moglibyśmy po prostu stać obok i przejmować kapitał ludzki. Zamiast tego jednak wolimy „odsyłać ich na front” rękami chuliganów spod Żabki – przy całkowitej bierności rządu, mieniącego się przecież władzą liberalną, mającą konkretny plan na Polskę.