Taka o sztywnych burtach, którą gumowymi pontonami – filipińska marynarka nie dysponuje na Drugiej Ławicy Thomasa na Spratlejach niczym innym – taranować jest dość trudno.
Ale być może Chińczycy ulegli własnej propagandzie
Kilka dni wcześniej rządowa gazeta chińska zamieściła na internecie animowany film, na którym małpa w filipińskiej koszulce, wymachująca amerykańską i japońską bronią, zostaje na pokładzie statku zapędzona do klatki, a następnie spłukana do morza armatką wodną. Po małpie wszystkiego można się spodziewać, a pałka to – w porównaniu z armatka wodną – i tak deeskalacja konfliktu. W sprawie filmiku, i morskiego starcia, Manila złożyła protesty, zaś Stany Zjednoczone poparły sojusznika.
Wszystko to wydawać się może groteskowe, ale jest poważne. Spratleje leżą na południowym krańcu Morza Południowochińskiego, do którego wód Pekin rości sobie prawa. Dlatego właśnie Chińska Straż Przybrzeżna interweniuje ponad tysiąc kilometrów od chińskich wybrzeży.
Druga Ławica leży natomiast niecałe dwieście kilometrów od wybrzeży Filipin, a już dziesięć lat temu międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy uznał chińskie roszczenia za bezzasadne, powołując się na ONZ-owską Konwencję Praw Morza. Chiny konwencji nie uznają, orzeczenie uznały zaś za nielegalne. Starcie na Spratlejach należy uznać za odpowiedź Pekinu na filipińskie obchody dziesiątej rocznicy orzeczenia.
Inaczej jednak niż Chiny, Manila polegać może w tej konfrontacji na prawie międzynarodowym właśnie, i może na sojusznikach. Marynarka filipińska nie stanowi zagrożenia dla nowoczesnych chińskich okrętów. Na Drugiej Ławicy Filipińczycy mają jedynie BRP Sierra Madre, amerykański desantowiec z czasów drugiej wojny, który został celowo osadzony na mieliźnie, by stanowić tam stały morski posterunek – to z niego wodowano rzekomo taranujące pontony.
W tym samym czasie na spornych wodach Chiny budują całe sztuczne wyspy, z bazami, portami i lotniskami. Orzeczenia Trybunału Arbitrażowego niewiele pomogą, by im się przeciwstawić.
Orzeczenia kontra sztuczne wyspy
Tym bardziej że Waszyngton, zasadnie potępiający Pekin za pogwałcenie praw morza, sam rzeczonej konwencji nie podpisał. Nie przeszkadza to zresztą Amerykanom w potępianiu także Iranu za zamach na swobodę żeglugi w cieśninie Ormuz, również naruszający Konwencję, której Teheran także nie ratyfikował. Nie ratyfikowała jej też Turcja, która zaanektowała sobie niemal połowę wschodniego akwenu Morza Śródziemnego.
Jak się wydaje, prawa morza przestrzegają głównie ci, którzy nie mają interesu w jego naruszaniu. Zaś USA, które ze swobody żeglugi po wodach międzynarodowych uczyniły jeden z fundamentów swej polityki międzynarodowej, i mają środki, by wymusić jej przestrzeganie, naruszających tę swobodę potępiają kategorycznie – jak Iran; oględnie – jak Chiny; lub wcale – jak Turcję; w zależności od tego, co im dyktują ich szersze interesy.
Manila wie, że może w tej konfrontacji zostać sama. Czyli z jednym unieruchomionym desantowcem sprzed ponad 80 lat, przeciwko największej marynarce wojennej świata.
Fidżi, czyli mogło być gorzej
Gdy trzy tygodnie temu Fidżi podpisało traktat o współpracy z Australią, Chiny w kilka godzin później odpaliły, z zanurzonej atomowej łodzi podwodnej na Morzu Południowochińskim rakietę zdolną do przenoszenia głowic atomowych, która przeleciała w pobliżu Fidżi i zatonęła na morzach międzynarodowych na Pacyfiku.
Niby wszystko było zgodne z prawem, Chiny uprzedziły o zamiarze przeprowadzenia próby rakietowej – ale na 90 minut przed odpaleniem, a prawo międzynarodowe wymaga 48 godzin. Co więcej, rakieta spadłą na akwenie Południowopacyficznego Obszaru Wolnego od Broni Atomowej, którego Chiny już w 1987 roku zobowiązały się przestrzegać. Znów niby wszystko się zgadza, zamiast głowicy atomowej była ćwiczebna – ale przesłanie jest jasne.
Rakieta przeleciała też w pobliżu Wysp Salomona, które po tym, jak prochiński rząd przegrał wybory, zbliżył się politycznie znów do Australii i potępiły tę próbę atomową. Wyspiarze zapewne też zrewidują traktat o bezpieczeństwie, zawarty przez poprzedni rząd z Pekinem, który dawał chińskiej policji prawo do interwencji na wyspach w przypadku „niepokojów społecznych”. Kilka miesięcy temu stacjonujący na Wyspach policjanci wzbudzili oburzenie, namawiając mieszkańców, by donosili na sąsiadów.
Mądrość Salomona
Te praktyki nowy rząd ukrócił – ale policja była, jak mawiają handlowcy, w pakiecie. Chiny zbudowały bowiem także na Wyspach stadion, szpital i uniwersytet – USA czy Australia nie były tak hojne. A namawianie do donosów było odpowiedzią na fakt, że miejscowe służby porządkowe nie potrafiły sobie poradzić z plagą pijanych chuliganów.
Chiny dysponują po prostu szerszą ofertą zachęt i odstręczeń – od stadionów po okręty wojenne i rakiety. Dlatego Wyspy, nawet po zmianie kursu na mniej prochiński, już stosunków z Tajwanem, zerwanych przez poprzedni rząd przy okazji poprzedniego, przeciwnego zwrotu, nie wznowi. Szef MSZ z wizytą w Pekinie zapewniał, że Wyspy nadal uznają zasadę „jednych Chin”. Zaś jego chiński odpowiednik przestrzegał, że stosunki dwustronne państw Pacyfiku nie mogą godzić w interesy stron trzecich. Chodziło oczywiście o antychiński jakoby charakter ich sojuszy z Australią. Tajwan nie może wszak być stroną.
Hiszpańscy odkrywcy Wysp w XVI wieku nadali im imię Salomona w nadziei, że legenda o wielkim bogactwie biblijnego króla przyciągnie osadników. To się akurat nie stało, ale przywódcy Wysp starają się kierować jego mądrością.