Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Czy pokolenie Z to płatki śniegu? Jest tak nazywane, a jest to pierwsze pokolenie młodzieży od dekad, które żyje w realnym zagrożeniu wojną.
Barbara Fatyga: Mam krytyczny stosunek do takiego nazywania pokoleń. O ile to w ogóle są pokolenia, a nie proste kohorty lub grupy wiekowe. To są często nazwy importowane, narzucone w dyskursie medialnym. Jednak niekoniecznie przystające do tego, jaka jest młodzież.
Warto ustalić, do kiedy do diaska jest się „młodzieżą”. Górne i dolne granice wieku są ustalane dość arbitralnie i niewiele mają wspólnego na przykład z procesami rozwojowymi. Nawet w badaniach socjologicznych robi się ostatnio przedziały na przykład od 18. do 40. roku życia. Uważam, że w jakimś w rozsądnym czasie ludzie winni wchodzić wreszcie w dorosłość ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu. Wydaje mi się więc, że aby dowiedzieć się, jaka jest młodzież, co myśli o swoim życiu, należałoby zacząć od ustalenia, kiedy zaczyna się młodość, a kończy dzieciństwo. Od lat proponuję, by brać pod uwagę młodsze (11–14 lat) i starsze nastolatki (15–19 lat). Od 20. roku życia mówić o młodych dorosłych. A w okolicach 25. roku życia, biorąc pod uwagę różne ścieżki edukacyjne, już naprawdę nie ma co mówić o młodości.
Swego czasu napisałam krytyczny tekst o „pokoleniu Frugo”. Ktoś je dzisiaj pamięta lub się z nim identyfikuje?
Marcin Meller, wówczas dziennikarz „Polityki”, w felietonie z 1998 roku nazwał ówczesną młodzież „pokoleniem Frugo” od nazwy popularnego wtedy kolorowego napoju owocowego. Opisał ich jako generację bezproblemową, zachłyśniętą konsumpcjonizmem, który wtedy się rodził.
Dla mnie brzmiało to jak marketing, który próbuje wtłaczać młodych ludzi w reklamę napoju. Sama traktuję „pokolenie” jako poważne pojęcie socjologiczne, a nie medialną etykietkę sensacyjnego newsa. Dlatego takie wymyślanie nazw dla kolejnych quasipokoleń nie odzwierciedla, moim zdaniem, prawdziwych stylów życia młodych ludzi. Twardym kryterium, które ich różnicuje i jest zarazem najważniejsze w ich sytuacji życiowej, to ścieżka edukacyjna. Istotne kiedy ona się zaczyna, kiedy kończy, jak bardzo różnicuje położenie społeczne młodych ludzi, jak wpływa na ich związki towarzyskie, czy nawet rodzinne. Proszę nie rozmawiajmy o rocznikach jak o pokoleniach.
W takim razie – czy młodzież i młodzi dorośli to płatki śniegu?
To jest „urocza” nazwa, ale moim zdaniem fałszywa i bardzo niesprawiedliwa. Bo sugeruje totalną beztroskę, oderwanie od problemów życia codziennego. A tych młodzieży nie brakuje.
Określenie płatki śniegu sugeruje nadzwyczajną delikatność, wrażliwość na własnym punkcie, przekonanie o własnej niepowtarzalności. W rzeczywistości młodzież ma prawdziwe problemy psychiczne, a nie wymyślone, o czym alarmują kolejne raporty z badań. Prawdą jednak jest, że młode pokolenie jest wychowane według innych modeli niż pokolenie jego rodziców. Wie, że ma prawo do szacunku dla swoich emocji, uczuć, do własnego indywidualizmu. W dzieciństwie i młodości ich rodziców to nie było oczywiste.
Obecna młodzież to dzieci ludzi, którzy dorastali w czasach przełomu, albo już w nowej rzeczywistości ustrojowej po 1989 roku. Kiedy porówna się poglądy tych rodziców z czasów, kiedy byli nastolatkami, to generalnie rzecz biorąc, byli oni dość niezadowoleni ze swoich relacji rodzinnych. Transformacja ustrojowa i gospodarcza sprawiła, że ich rodzice rzucili się do zarabiania pieniędzy, co skutkowało przede wszystkim brakiem czasu dla dzieci, fizyczną i psychologiczną nieobecnością rodziców. Potem, gdy pojawiły się komórki, kontakty rodzice–dzieci nazywałam „uwiązaniem na elektronicznej smyczy”.
Model tradycyjnego życia rodzinnego z mamą, tatą, ciepłym obiadem, prośbą „wynieś śmieci” zniknął. Często wtedy ostoją byli natomiast dziadkowie. Ówcześni młodzi pytani w różnych badaniach o to, jak sobie wyobrażają swoje rodziny, mówili, że chcą żyć inaczej. Że w ich rodzinach będą o wiele bliższe i cieplejsze związki, będą bardziej zwracać uwagę na dzieci, a ojciec będzie bardziej angażował się w życie domowe niż w ich rodzinnych domach. I rzeczywiście, moim zdaniem, to się w dużej mierze udało. Relacje rodzinne obecnych młodych ludzi są lepsze, niż były ich rodziców. Od paru lat widać, że młodzi liczą się oni z opinią rodziców, rodzice są wskazywani jako autorytety. Rodzice odzyskali pole życia rodzinnego, w związku z czym można powiedzieć, że dla wielu młodych ludzi rodzina jest większym oparciem, niż była jeszcze dwadzieścia czy trzydzieści lat temu.
Wpływa to na ich wrażliwość, delikatność, poczucie indywidualnej wartości?
Pani ciągle wraca do tych „płatków”! Wśród znanych mi młodych ludzi jest sporo takich, którzy mają dużo trudnych doświadczeń i problemów. Ale zastanawiam się, czy rzeczywiście więcej niż poprzednie grupy wiekowe. Nie wydaje mi się, prawdę mówiąc.
Co z pewnością znacząco się zmieniło, to podejście, przykładowo: jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu problemy natury psychicznej były traktowane jako wstydliwe. W tej chwili nazbyt często bywają biletem wstępu do „atrakcyjnego” życia towarzyskiego. Jest to oczywiście jeszcze podbijane przez rozmaite tendencje związane z komercjalizacją i medialnym nagłośnieniem usług psychologicznych. O tym nie należy zapominać. Uważam, że to bardzo szkodliwe zjawisko, bo w masie wszystkich „ciekawych ludzi z interesującymi problemami psychicznymi”, giną często osoby, które rzeczywiście je mają i które rzeczywiście wymagają profesjonalnej pomocy.
A więc w czasie dorastania obecnego pokolenia młodzieży zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego i do dbałości o nie. A czy zmieniła się szkoła, w której ci ludzie dorastają? Czy kształtuje ona inne postawy niż w poprzednich pokoleniach?
Dotknęła pani jednego z moich wręcz obsesyjnych zainteresowań. Bo uważam, że nasz system edukacyjny w całości należy wysadzić w powietrze i zbudować od nowa. Ten już się nie nadaje do żadnej reformy.
Zacznijmy od tego, że uważam za bardzo duży błąd likwidację gimnazjów. Ten szczebel edukacyjny został zniszczony, gdy zaczął już dobrze działać. A w szkole ośmioklasowej spotykają się dzieci na bardzo różnych etapach rozwoju i w efekcie, próbując pogodzić te różne ścieżki, nie zaspokaja się ich potrzeb.
Po drugie, polskiej szkole brakuje odpowiednio przygotowanych nauczycieli. A często w ogóle nauczycieli. Dochodzi do takich sytuacji, że nauczycielka wraz z grupą kobiet z Konfederacji wywiesza na korytarzach plakaty instruujące dziewczynki, jak przyzwoicie i skromnie się ubierać. Albo kiedy nauczyciel, historyk, w liceum opowiada, że homoseksualizm wymyślili starożytni Żydzi. Istotne jest też więc to, że szkoła wciąż korzysta w edukacji z przemocy symbolicznej i to – jak widać – szczególnie ukierunkowanej. No, to gdzie my, na miły Bóg, jesteśmy z taką szkołą? Nastolatki albo nie wiedzą, jak reagować na brednie, albo w to wierzą. Jak można traktować poważnie szkołę w tej sytuacji?
Chodzi więc o kapitał kulturowy nauczycieli?
O coś więcej niż tylko kapitał kulturowy. Uważam i powtarzam to z uporem maniaka od 45 lat, że selekcja do zawodu nauczyciela powinna być bardzo ostra. Bo ludzie, którzy pracują w tym zawodzie, trzymają w rękach naszą przyszłość. Oczywiście są wspaniali nauczyciele. Szczęśliwie chyba każdemu z nas co najmniej jeden taki się trafił na ścieżce edukacyjnej. Ale to nie powinny być wyjątki.
Nie sądzę, że na przestrzeni lat, od kiedy zajmuję się tą problematyką, a nawet od zamierzchłych czasów mojej młodości, w polskiej szkole zasadniczo i systemowo coś się zmieniło.
Wciąż jest niedostosowana do zmieniających się szybko czasów i opresyjna, mimo nieustannych prób jej reformowania. Sześć lat temu zgłosiła się do mnie uczennica III Liceum Ogólnokształcącego z Gdyni. Przeprowadziła w internecie ankietę wśród rówieśników, bo uważała, że jest za mało badań młodzieży. Pierwszego dnia odpowiedziało jej ponad 5 tysięcy osób. Zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc w opracowaniu wyników. Zgodziłam się. Źle byłoby zlekceważyć taki wgląd w środowisko młodzieży mimo zastrzeżeń co do metodologii. Tak powstał „Raport Natalki: Kim jest nastolatek”. Natalka pytała między innymi rówieśników o szkołę – czego w niej brakuje, co jest w porządku. A więc w szkole ciągle brakuje papieru toaletowego, mydła i sprawiedliwości, a także wykwalifikowanych nauczycieli, którzy potrafiliby porwać uczniów. Przecież to są mantry, które powtarzają się od wielu lat.
Nawet studenci nie są w stanie uwolnić się od wdrukowanych przez szkołę schematów. Nazbyt wielu uważa się za „uczniów”, zachowuje jak uczniowie i żąda „lekcji” kończących się wczesnym popołudniem.
Jakie wartości są więc ważne dla młodych ludzi, których niesprawiedliwie nazywa się „płatkami śniegu”?
Jedna z młodzieżowych fundacji poprosiła mnie dwa lata temu, żebym zaprojektowała im narzędzia do badania młodych aktywistów. To było badanie ogólnopolskie. Zleceniodawcy mieli wyjściową tezę, że aktywizm młodzieżowy wypalił się przez pandemię. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Moja interpretacja tych badań jest taka, że pandemia po tych hiperaktywnych ludziach spłynęła jak woda po kaczce. Są bardzo optymistycznie nastawieni do życia. Mimo rozmaitych kłopotów – czy to z psychiką, czy to z poczuciem zagrożenia sytuacją międzynarodową i w kraju.
Zrobiłam też dodatkową analizę. Prosiłam badane osoby, żeby dwadzieścia razy bez namysłu odpowiedziały na pytanie: „kim jestem?”. I te deklaracje tożsamościowe połączyłam w analizie z ich deklaracjami dotyczącymi dziedzin, którymi się zajmują oraz którymi chcą się zajmować w przyszłości. No i co się okazało? Że, owszem, młodzi aktywiści teraz zajmują się wieloma problemami rówieśników, rzeczywiście są nastawieni na ich rozwiązywanie, odbija się to w ich autoprezentacjach,
ale nie zamierzają zajmować się tym w przyszłości.
Jeżeli ktoś zajmuje się teraz kulturą w środowisku lokalnym, to nie planuje, że będzie to robić później. Jedyną dziedziną, która utrzymała się w ich planach na przyszłość i zarazem w deklaracjach tożsamościowych, była ekologia. Ciekawe, że w badaniach CBOS-u zrobionych dwa lata później, czyli w tym roku, okazało się, że kwestie związane z ekologią znalazły się, jeśli chodzi o cele i wartości życiowe młodzieży, dopiero na ósmym miejscu.
A jakie były najważniejsze wartości?
Standardowe – życie rodzinne, pieniądze i zdrowie. Te wartości regularnie zajmują pierwsze miejsca. W dyskursie publicznym dominuje interpretacja, że ta hierarchia ma świadczyć o stałości wartości w naszym społeczeństwie. Naprawdę? A kto by chciał być chory, biedny i samotny? Jeżeli ludziom proponuje się do wyboru różne wartości, zawsze wybiorą zdrowie, rodzinę i pieniądze, bo to jest podstawa.
Dla mnie ciekawsze jest to, co się dzieje dalej, poza tymi trzema stałymi punktami. Gdzie lokują się praca zawodowa, samorealizacja, która dla mojego pokolenia była najważniejszą kwestią w życiu. Gdzie lokuje się właśnie – chociażby – problematyka ekologiczna. I to na tych dalszych pozycjach, jeśli chodzi o młodych ludzi, widać zmiany i/lub różnice.
Świadczą one o tym, że młodzież wewnętrznie jest w dalszym ciągu bardzo zróżnicowana.
Wielu jest skłonnych patrzeć na duże kategorie społeczne jak na serek homogenizowany, jednolitą masę, szukać stałości, powtarzalności, cech wspólnych. Dla mnie zawsze ważniejsze są zróżnicowania, bo z ogólnych sądów zawsze można wyłączyć grupy, do których takie sądy nie przystają.
Co więc można powiedzieć o pokoleniu młodzieży? Wiemy, że wychowuje się albo zostało wychowane w cieplejszych relacjach rodzinnych niż ich rodzice. Zwraca uwagę na swoje potrzeby psychiczne i bardziej niż poprzednie pokolenia oczekuje dbania o nie. A szkoła nie kształtuje jego postaw inaczej niż poprzednich pokoleń, raczej uczy schematów myślenia. Jak to wpływa na poczucie odpowiedzialności za wspólnotę? I na patriotyzm?
Pani wybaczy. Ja nie czuję się ukształtowana przez szkołę, lecz wbrew niej. Teraz zacznę od końca, czyli od wyrażenia „wspólnota”. Pojawia się ono od wielu lat w dyskursie publicznym i już w tej chwili, moim zdaniem, nic nie znaczy.
Podam przykład z własnego podwórka. Kiedy studenci mają zaproponować jakieś tematy badań, często chcą, by była to wspólnota akademicka. Dla mnie to jest wytrych, który nic nie otwiera. Pytam więc ich: czym właściwie jest ta wspólnota? Co to w ogóle znaczy? Nie żądam definicji, ale proszę mi opowiedzieć, jakie cechy musi mieć dana społeczność, by można ją było nazwać wspólnotą. Nie umieją odpowiedzieć.
Zacznijmy od tego, że poczucie wspólnoty wymaga pewnych wspólnych rytuałów. A wie pani, w jaki sposób odbywa się teraz ślubowanie studenckie? Nie ma już czegoś takiego jak immatrykulacja, czyli uroczystość, składanie ślubowania, odśpiewanie „Gaudeamus igitur”. Student rejestruje się w USOS-ie, czyli w uniwersyteckim systemie elektronicznym, odhacza tam rozmaite punkty i jednym z nich jest ślubowanie. Klik. Nie zostaje nawet pozór jakiegokolwiek rytuału. Natomiast w dyskursie pojawia się ciągle to puste hasło wspólnoty, którego studenci dociśnięci do ściany kompletnie nie potrafią opisać.
Poza tym, kto to są „my”? Na to pytanie odpowiedziano mi, że „my” to uczniowie. To gdzie oni są? Żeby mieć wspólnotę, trzeba znać swoją społeczno-kulturową lokalizację. Wspólnota uczniowska? Nie tylko z amerykańskich filmów o nastolatkach wiadomo, że w szkole istnieją podziały, grupy, stałe figury: frajer, „złoty chłopak”, królowa balu, lider, klasowy głupek, nerd itd. Co to jest za wspólnota „uczniowie”?
Czy to się przekłada na brak poczucia wspólnej odpowiedzialności za państwo? Brak wspólnoty narodowej, obywatelskiej? Czy młodzi ludzie czują się wspólnotą w ramach państwa? Bo przecież mogą być pierwszym od ponad osiemdziesięciu lat młodym pokoleniem, które musi bronić ojczyzny. Tymczasem różne badania pokazują, że większość z nich nie zamierza tego robić.
Nie sposób nie zauważyć, jak duży jest odzew na szkolenia wojskowe wśród młodych ludzi. Ale, moim zdaniem, to ma niewiele wspólnego ze wspólnotą.
Badania nie pokazują na pierwszym miejscu poczucia braku bezpieczeństwa związanego z możliwą wojną. Wprawdzie 68 procent młodych Polaków badanych przez CBOS obawia się wybuchu trzeciej wojny światowej, ale tyle samo obawia się masowych migracji ludności z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy.
Migracji? Zagrożenia ze strony Rosji nie czują mocniej?
Tu dzieją się ciekawe rzeczy. Nie mam badania, którym mogłabym się posłużyć. Ale z moich obserwacji wynika, że wśród młodszych nastolatków w siódmych, ósmych klasach szkół podstawowych można zaobserwować sporą fascynację Rosją. To ciekawe zjawisko, może przejaw buntu, skoro wszyscy mówią, że Rosja to wcielone zło. Interesuje ich historia Rosji, carat albo subkultury młodzieżowe w czasach Związku Radzieckiego. Nie jest więc tak, że Rosja jest postrzegana przez młodzież w sposób absolutnie jednoznaczny – jako moralne zło i podstawowe zagrożenie. Co najwyżej odróżniają Putina od tego, co ich w Rosji ciekawi.
Pokolenie urodzone po 1989 roku jest pierwszym od XVIII wieku, które urodziło się i wychowało we własnym, niepodległym państwie. Pisze o nim Jarosław Kuisz w książce „Koniec pokoleń podległości”. Kolejne roczniki kształtowały się w państwie coraz bardziej umocowanym we wspólnocie europejskiej, chronionym przez sojusze. One nie musiały bać się co suwerenność. Nie wychowały się w kulcie konieczności walki o niepodległość kraju, jak poprzednie pokolenia. Jaki to ma wpływ na to, że nie widzą Rosji wyłącznie jako zagrożenia. I jaki to ma wpływ na ewentualną konieczność obrony kraju?
Myślę, że nie da się tego przewidzieć na podstawie charakterystyki ukształtowania młodych ludzi.
Wychowanie może wpływać na lęki i poczucie zagrożenia, ale nie na to, jak zareagują oni na konieczność obrony kraju.
W kręgach skrajnie prawicowych od dekad panuje kult żołnierzy wyklętych. A we wszystkich możliwych badaniach widać, że znaczna część młodych ludzi ma poglądy prawicowe, część wręcz faszyzujące. I takie osoby często podkreślają swoją przynależność do wspólnoty narodowej w rozmaitych dyskursach. Mogą też chętniej włączać się w konkretne działania związane z obronnością kraju. Teraz. Czy jednak rzeczywiście masowo staną pod bronią w razie wojny? Nie wiem. Deklaracja nie zawsze idzie w parze z rzeczywistym zachowaniem nie tylko w tej dziedzinie życia.
Nie można sprawdzić, co się wydarzy. Jeśli jednak zagrożenie rzeczywiście nas dopadnie, co nie jest wykluczone, to nie tylko młodzi ludzie, ale każdy z nas będzie musiał skonfrontować się z tym, co jest w stanie zrobić w takiej ekstremalnej sytuacji. W szczególności przewidywanie, jak wielu z „wydelikaconych płateczków” nagle pójdzie w okopy jest bardzo trudne.
Ale może można przewidzieć, czy utrzyma się ta cecha polskości, która każe Polakom zawsze powstawać – walczyć o suwerenność. Karolina Wigura w rozmowie z Normanem Daviesem brak zniechęcenia kolejnymi powstańczymi klęskami interpretuje jako niesłychaną odporność Polaków na porażkę. Próbują aż do skutku i tym skutkiem był rok 1989. Czy obecne pokolenie młodych ludzi ma te polskie cechy odporności, które miały pokolenia poprzednie?
Co do odporności na porażki, to według mnie jest ona wśród ostatnich roczników młodzieży albo niska, albo mało rozumna. Charakter narodowy, bo do tego pani się przecież odnosi, zasadniczo nie jest pojęciem naukowym. Wydaje mi się, że pewną zmianą, ale nie na powierzchni, a raczej w podglebiu życia społecznego, jest to, jak w Polsce jest kształtowany stosunek do świata młodych ludzi.
Warto zadać sobie pytanie, jaki wpływ na tak zwaną suwerenność mają nie ich deklaracje, ale rzeczywiste zachowania. Myślę, że bardzo duże znaczenie ma możliwość podróżowania, z której oni korzystają na potęgę. A do tego jest internet, w którym można sobie zagrać z kolegą z Japonii czy Alaski. Sieci kontaktów społecznych układają się zupełnie inaczej niż w starszych pokoleniach. Mobilność i otwartość na nowe kontakty buduje ich mentalność sieciową. Tu bym poszperała: kto wróg, kto przyjaciel; dlaczego boją się imigrantów, skoro osobiście spotykają w świecie przeróżnych ludzi. Czy między tymi wynikami da się znaleźć jakieś związki.
Właśnie to jest efekt internetu – algorytmy podsuwają im takie treści. Skrajnie emocjonalne, częściej prawicowe. Natomiast odbiorcy nie podchodzą do tych treści krytycznie.
Właściwie to już skomentowałam, bo jeśli szkoła pomaga w duszeniu ciekawości i dość skutecznie zapobiega wykształceniu się krytycznego myślenia, to tak ukształtowana umysłowość będzie łykać tym łatwiej, co algorytmy jej podsuną. Pomysł na „nowego człowieka” nie jest wszak nowy. Mogą przerażać łatwość manipulowania, tempo i skala zjawiska.
Trzydzieści lat temu, żeby opisać światopoglądy młodych ludzi, skonstruowałam pojęcie „śmietnika symbolicznego”. Dotyczyło ono młodzieży wzrastającej po 1989 roku i tego, jak ta próbowała sobie poukładać świat. Ci ludzie nie mieli żadnego spójnego wzorca. Mieszały się im wzorce tradycyjne z nowymi, często także globalnymi. I oni z tego śmietnika rozmaitych norm, przekonań, stereotypów wyciągali poszczególne kawałki, próbując wytłumaczyć sobie rzeczywistość. To naprawdę nie były w dużej mierze świadome wybory, tylko łatanie z różnych kawałków, żeby móc sobie wytłumaczyć świat i jakoś znaleźć w nim sens.
Moim ulubionym przykładem jest młody anarchista, z którym robiliśmy wywiad narracyjny. Brał udział w bitwie ze skinami pod Zachętą i w trakcie wywiadu wyraził oburzenie, że policja nie chroniła anarchistów. Zwątpiliśmy. Jak to – jesteś anarchistą i chcesz, żeby cię chroniła policja? Jest to może i śmieszne, ale uzasadnia tezę o śmietniku symbolicznym. Rozmaite połamane systemy normatywne, czy wartości leżą na wielkim stosie i młodzi ludzie, którzy potrzebują wytłumaczyć sobie świat, biorą z niego to, co im wpadnie w ręce.
Po dwudziestu latach napisałam kolejny tekst o śmietniku – że on się spetryfikował, że już widać, jak układają się w nim warstwy i klasyfikują opcje światopoglądowe. Po czym przyszło osiem lat rządów PiS-u i znów wszystko się rozwaliło „w odłamków stos”, ale tym razem znalazło się w największym śmietniku w dziejach, jakim jest internet.
Dlaczego się rozwaliło?
Dlatego, że PiS docenia wagę edukacji. Chcieli wychować nowego człowieka i udało im się to. Ośmioklasowa szkoła właśnie temu służyła. Chodziło o to, żeby mieć wpływ na ciąg edukacyjny od pierwszej do ósmej klasy i ukształtować uczniów. To zaowocowało na przykład tym, że poglądy skrajnie prawicowe świetnie korespondują z oczekiwaniami pieniędzy od Unii Europejskiej. Jedno z drugim się składa. I znowu powstaje śmietnik symboliczny. Historia zatoczyła koło i jesteśmy w bagienku, w którym młodzi ludzie łapią się różnych konstruktów. I one są, co gorsza, w dużej mierze przypadkowe, w zależności na tego, na kogo trafi się w środowisku rówieśniczym.
Albo od tego, co podsuną algorytmy.
Media społecznościowe czy inne miejsca w internecie to przecież nie osobne, omnipotentne byty! To narzędzia kontaktu miedzy innymi z grupami rówieśniczymi, współcześnie o charakterze globalnym i narzędzia wpływu, skuteczniejszego, jak się wydaje, po stronie „imperium zła”.
Warto może wobec tego zapytać, dlaczego „dyskurs dobra” jest tak słabiutki i nieatrakcyjny. Za nimi, o czym nie należy zapominać, stoją ludzie, chyba że uwierzymy w kolejny straszak, czyli AI. Mnie bardziej niż szukanie „czarnego luda” odpowiedzialnego za to, jaka jest współczesna młodzież, jako de facto iluzja, interesują pytania dotyczące ogólnokulturowych, niekoniecznie łatwo uchwytnych, trendów, które widać od poziomu etnograficznych detali do poziomu megaprocesów społeczno-kulturowych. Ich przedmiotem i podmiotem bywają młodzi ludzie.
Może się będę powtarzać, ale wszystko zależy od wizji wychowania – nie do stałości, lecz do zmiany. Stałość winna się ostać jedynie w zestawie ogólnohumanistycznych wartości.
