Wyobraź sobie, że jesteś osiemnastolatkiem, który właśnie zdał maturę. Prawdopodobnie nie masz pomysłu na siebie, bo skąd miałbyś go mieć – świeżo upieczony dorosły rzadko go ma. Chodziłeś na te same zajęcia co większość Twojego rocznika, nie uczyłeś się ani dobrze, ani słabo. Nie ma jednej rzeczy, w którą jesteś wkręcony, nie wygrałeś żadnej olimpiady przedmiotowej. Idziesz na studia, bo tak się robi – jak inni koledzy z twojego liceum. 

To akurat nie jest spekulacja. Według wrześniowego raportu z badań jakościowych o polskim uniwersytecie („Doświadczenie studiowania na dzisiejszym Uniwersytecie”), przygotowanego pod kierunkiem profesor socjologii Anny Gizy-Poleszczuk, dla badanych studentów podjęcie studiów jawi się jako „znaturalizowana konieczność” – coś oczywistego. Kierunek często wybiera się niemal losowo, bo materiały uczelni nie mówią na jego temat nic konkretnego. A trafność wyboru zależy głównie od tego, ile kapitału kulturowego wyniosłeś z domu.

Zaczynasz i okazuje się, że jest nudno. Program, jak mówią rozmówcy cytowani w raporcie, jest „rozstrzelony” i „rozmemłany” – brakuje w nim intencji, przedmioty nie łączą się w całość, więc zadajesz sobie pytanie: po co się tego uczyć? Nie znajdujesz odpowiedzi, więc pod ławką sięgasz po telefon.

Wykładowca dawno przestał reagować na elektronikę, bo przestał wierzyć, że ma to sens. Studenci jawnie i bez wstydu siedzą na zajęciach w telefonach lub rzadziej, w laptopach. W tym drugim przypadku można przynajmniej udawać, że się notuje. Z telefonem niczego się nie udaje. 

Uczysz się do sesji, po sesji zapominasz wszystko – pisał o tym między innymi amerykański ekonomista Bryan Caplan, dowodząc, że większość materiału z kursu ulatuje z głowy w ciągu kilku lat. Jednocześnie prawdopodobnie pijesz sporo piwa – to akurat jedyna część programu realizowana sumiennie.

Czasem pomijasz naukę do sesji – wtedy ściągasz. Część wykładowców przymyka na to oko. Nikomu (ani wykładowcom, ani studentom) nie chce się przychodzić we wrześniu na sesję poprawkową.

Wykładowcy to wszystko widzą. Jedni nigdy nie potrafili uczyć (poziom dydaktyki jest znacznie wyższy w liceum niż na studiach, bo nauczyciele muszą skończyć studia lub kurs pedagogiczny). Drudzy stracili zapał, widząc niski poziom studentów i ich brak zaangażowania. 

Ale efekt jest ten sam: obie strony odgrywają nauczanie i uczenie się. 

Wreszcie, na końcu okazuje się, że studia nie nauczyły cię niczego, co przydałoby się w korporacji, do której aspirowałeś ze względu na swoje środowisko i dlatego że była to też dla ciebie znaturalizowana konieczność. Za to skutecznie opóźniły twoje wejście na rynek pracy – odsunęły w czasie pierwszą porządną pensję, pierwsze mieszkanie, decyzję o rodzinie. Zapłaciłeś pięcioma latami życia za sygnalizowanie wiedzy, nie za wiedzę.

Bullshit majors

W drugiej dekadzie tego wieku antropolog David Graeber ukuł pojęcie bullshit jobs – prac tak jałowych, że sami ich wykonawcy w skrytości ducha wiedzą, iż gdyby zniknęły, nikt by tego nie zauważył. 

Proponuję analogiczne pojęcie: bullshit major. 

To studiowanie na kierunku, o którym studenci i wykładowcy skrycie wiedzą, że jest pustym rytuałem – żadna ze stron nie wierzy, że dochodzi do przekazania wiedzy, za to wszyscy udają, że tak jest. 

Zbiegają się cztery rzeczy naraz: brak zainteresowania po stronie studentów, brak wymagań po stronie kadry, obopólny brak wiary w sens oraz produkcja poświadczenia – dyplomu – który służy jako sygnalizacja pracodawcom i społeczeństwu, a nie potwierdzenie kompetencji. 

Jeden z rozmówców przywołanego raportu ujął to w następujący sposób: pewien przedmiot „był do niczego niepotrzebny i wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy od rektora do studenta wiedzą, że nie ma po co tego robić, no ale trzeba dać 4 ECTS-y w planie. No to co? To wpisujemy to”. Autorzy raportu nazywają to „zorganizowanym pozorem” – rozwiązaniami, które muszą się zgadzać „na papierze”, choć nie mają sensu w niczyjej edukacji.

Aby analogia nie została źle zrozumiana, muszę wprowadzić rozróżnienie, na którym zależało też Graeberowi: bullshit to nie to samo co shit. Są kierunki realnie trudne i rozwijające, tyle że fatalnie wycenione zarówno rynkowo, jak i społecznie. Filologia klasyczna, nauki ścisłe podstawowe, filozofia. To shit majors: są wymagające i często nie dają pracy, ale nie są puste. Dlaczego? Bo nie są to kierunki masowe, wybierane przez osoby, które nie mają na siebie pomysłu.

To prowadzi mnie do jeszcze jednego ważnego wniosku, etykieta bullshit major często zależy od samych studentów. Na tym samym kierunku, powiedzmy na psychologii, jeden student może być zafascynowany tematem, mieć ambicje naukowe. A dla drugiego ta sama psychologia na tym samym uniwersytecie może być czystym rytuałem. 

Z tego wynikają problemy: nawet bardzo zdeterminowany student będzie tracił, jeśli większość jego grupy będą stanowiły osoby, dla których studia stanowią bullshit – przede wszystkim ze względu na zwrotną charakterystykę dynamiki między prowadzącym, a studentami. Mówiąc prościej: jeśli większość studentów siedzi w telefonach i nie słucha prowadzącego, ten nie będzie się starał.

Mechanizmem, który naturalnie powstaje na studiach, jest zbieranie się studentów na konkretnych zajęciach i u konkretnych wykładowców w zależności od własnego zaangażowania. Studenci niezaangażowani idą często na zajęcia, które najłatwiej zaliczyć i nawet nie trzeba na nie przychodzić, bo kolega ich wpisze na listę. Taka sytuacja ma oczywiście wiele wad. Słabi studenci często kończą z lepszymi ocenami niż zaangażowani. A osoby, dla których doświadczenie studiowania było zupełnie inne, kończą z nierozróżnialnym dyplomem. To budzi poczucie niesprawiedliwości.

Różnica między shit i bullshit majors polega na tym, że shit majors rzadko stają się masowe. Przez swoją specyfikę odstraszają niepewnego siebie kandydata, który szuka dyplomu jak najmniejszym kosztem – taka selekcja negatywna chroni je przed staczaniem się w bullshit.

Jeśli czytelnik zgodzi się, że hipoteza o bullshit majors jest intelektualnie ciekawa i warta rozważenia, proponuję kolejne pytanie:

Czy ludzie po bullshit majors częściej trafiają do bullshit jobs? Podejrzewam, że tak. 

Co więcej, nie dzieje się tak przypadkiem. Pusta ścieżka edukacyjna trenuje te dyspozycje, których wymaga pusta praca: tolerancję bezsensu, umiejętność udawania zaangażowania, sprawność w wypełnianiu rytuału. Studia, które nie uczą, lecz sygnalizują wytrwałość i konformizm, są znakomitym przygotowaniem do posady, która ceni obecność, lojalność i dyplom ponad wytwarzany produkt. Człowiek habituuje się do bezsensu – uczy się, że można latami odgrywać wysiłek, w który się nie wierzy, i być za to regularnie nagradzanym. 

Skąd to wiem

W czerwcu skończyłem niestacjonarną politologię na jednym z najlepszych uniwersytetów w Polsce – Uniwersytecie Warszawskim – i obroniłem pracę magisterską. 

Ze studiów wyszedłem z niesmakiem, bo ich poziom był żenujący. Były zajęcia, na których prowadzący oznajmił na wstępie, że sylabusa realizować nie będzie, a zaliczeniem jest prezentacja „na dowolny temat”. Na drugim roku studiów drugiego stopnia przygotowaliśmy grupą krótkie przedstawienie. Standardem były wykłady i prezentacje generowane przez duże modele językowe. Skończyłem ze średnią 4,99; dwie niepiątki to przepisane z filozofii, którą wcześniej studiowałem, oceny z obsługi komputera i z historii ruchów społecznych.

Kiedy opisałem to w mediach społecznościowych, dostałem wiadomości od studentów i wykładowców z innych kierunków i uczelni, że u nich wygląda to podobnie. 

Ten tekst wyrasta przede wszystkim z mojego doświadczenia i tamtych komentarzy.

Nie chodzi o to, że jestem wrogiem edukacji wyższej. Piszę to nie przeciw studiom, humanistyce czy kierunkom społecznym, ale dlatego, że ich nie skreślam i dużo od nich oczekuję. Skończone kilka lat temu studia licencjackie z filozofii uważam za jedną z najlepszych decyzji swojego życia – nauczyły mnie higieny myślenia. Tam też (między innymi na zajęciach felietonistki „Kultury Liberalnej” Emilii Kaczmarek) poznałem i zaprzyjaźniłem się ze swoją przyszłą żoną.

Chciałbym, żeby więcej studentów miało doświadczenie podobne do mojego doświadczenia na filozofii.

Niech zaczną pracodawcy

Tekst taki jak ten można zakończyć postulatem do wielu grup. Ja się skupię na pracodawcach, bo są kluczowym ogniwem dyplomowego ambarasu. Dopóki rekruterzy przykładają tak dużą wagę do dyplomu, młodzi ludzie będą szli na studia, na których tracą czas. Osiemnastolatek z początku tego tekstu nie idzie na masowy kierunek, dlatego że wierzy w wartość wykształcenia. Idzie, bo spodziewa się, że bez dyplomu jego CV będzie odsiane przez algorytm na etapie filtrowania kandydatów.

Jeśli filtr dyplomowy zniknie, presja, by iść na studia, zacznie się rozpływać. To z kolei przyniesie korzyść studentom (nie będą tracić czasu), pracodawcom (zatrudnialiby młodsze osoby, które w wieku, gdy kończyliby studia, będą już doświadczonymi pracownikami) i społeczeństwu. 

System dyplomów miał sens, gdy były one rzadkie – posiadanie takiego dawało przewagę na rynku pracy w konkurencji na elitarne stanowiska. 

Dziś magisterkę można kupić – i nie mówię tu o Collegium Humanum, tylko o legalnym procederze płatnych uczelni o bardzo niskim poziomie, które nie stawiają przed kandydatami żadnych wymagań poza terminową opłatą czesnego i pojawieniem się na egzaminie. Dochodzi do szkodliwej inflacji: skoro dyplomy nie kształcą, a służą zapewnieniu przewagi konkurencyjnej, to ich umasowienie dewaluuje ich jedyną wartość. Co więcej, pociąga to za sobą oczekiwanie pracodawców – skoro większość osób kandydujących na stanowiska juniorskie w ich firmach ma wyższe wykształcenie, to naturalne jest odsianie tych bez wyższego wykształcenia – jest to prosty i racjonalny filtr do zastosowania w sytuacji, gdy trzeba na jakiejś podstawie przesiać setki otrzymanych CV. Koło się zamyka.

Filtr pracodawcy i społeczna norma głosząca, że każdy musi mieć dyplom, podtrzymują się więc nawzajem – i dlatego samo apelowanie do rekruterów nie wystarczy. Uderzyć trzeba w założenie, że posiadanie dyplomu jest obowiązkowym etapem życia. To właśnie ono utrzymuje przy życiu całą maszynę zorganizowanego pozoru. Wiem, że brzmi to kontrintuicyjnie, skoro nawet państwo wymaga od urzędników wyższego szczebla wykształcenia magisterskiego. Ale są w służbie cywilnej ludzie, którzy próbują ten wymóg złagodzić – i mają rację. Wszystkim nam wyszłoby to na dobre.