Szanowni Państwo!

Na uczelnie wyższe w tym roku próbowało się dostać 25 procent kandydatów więcej niż zazwyczaj, bo do matury podszedł skumulowany rocznik. Młodzież po raz kolejny płaciła w ten sposób za błędy nieprzemyślanej reformy edukacji w czasach rządów PiS-u. Jednak warto przy tej okazji zadać pytanie – czy rzeczywiście wszyscy chętni powinni iść na studia?

Iść po papier

To nie jest pytanie wykluczające – przeciwnie. Chodzi o system, w którym młodzi ludzie próbują odnaleźć się, rozpoczynając karierę zawodową. Żeby dostać lepiej płatną pracę, muszą mieć dyplom wyższej uczelni. Jednak pracodawców nie interesują kompetencje zdobyte podczas studiów, a jedynie wieńczący je dokument. Młodzi ludzie zapisują się więc na studia, które nie dają gwarancji wysokich kompetencji, tylko gwarancję tego, że będą mogli jednocześnie znaleźć czas na pracę albo staż. Bo kompetencje zdobywają właśnie wtedy.

„To się nazywa «iść po papier»” – mówi moja znajoma studentka.

Tłumaczy, że zajęcia można przesiedzieć w telefonie, bo trzeba na nich być, żeby potem odebrać dyplom. Najważniejsze, żeby mieć czas na pracę zawodową, „a dyplom sam się robi w tle”.

Kluczowe przy tym jest, by wybrać odpowiedni, czyli łatwy kierunek, na którym to wszystko będzie możliwe.

W raporcie z badań „Doświadczenie studiowania na dzisiejszym uniwersytecie”, przeprowadzonych pod kierownictwem profesor socjologii Anny Gizy-Poleszczuk, zjawisko to jest nazwane „znaturalizowaną koniecznością” – studia są czymś oczywistym, wpisanym w społeczne oczekiwania i naciski. A jednocześnie są konieczne, aby móc konkurować na rynku pracy.

W związku z tym można zadać kolejne pytanie. Czy „umasowienie” uniwersytetów – a właściwie kierunków humanistycznych i społecznych po roku 1989 – rzeczywiście prowadzi do tego, że polskie społeczeństwo jest lepiej wykształcone?

Do tego dochodzi jeszcze jeden wątek, o którym mówi mi tegoroczny absolwent: „Łączenie pracy czy stażu ze studiami coraz częściej prowadzi do wypalenia wśród młodych. Szczególnie wśród ludzi wybierających studia humanistyczne. Wszyscy nam mówią, że po takich studiach nie ma przyszłości, pytają, co niby będziemy po nich robić. Więc taki student łapie się wszystkiego, żeby mieć jakieś praktyczne doświadczenie po ich ukończeniu”. Z badań wynika, że wypalenia doświadczyło ponad 60 procent studentów polskich uczelni. Stąd bierze się kolejne problematyczne zjawisko – rezygnacja ze studiów w trakcie ich trwania.

Uniwersytety jak korporacje

Problem masowych kierunków jest omawiany od dawna. Dochodzi do tego łatwość zdobycia dyplomu magistra na łatwych, prywatnych uczelniach, które w zamian za czesne oferują tytuł, ale nie wykształcenie. 

Może więc czas porozmawiać poważnie o tym, czy fakt, że studia są „naturalną ścieżką”, jak jest to opisane w raporcie ze wspomnianych badań, faktycznie wpływa na poziom wykształcenia Polaków po ukończeniu szkoły średniej. Z jednej strony, współczynnik wykształcenia wyższego w społeczeństwie mówi o jego poziomie rozwoju. Z drugiej – praktyka mówi nam, że tak nie jest, bo potrzebne wykształcenie młodzi ludzie zdobywają w pracy, która ich rozwija.

Można tu zastosować dwa wyjścia. Albo przekonywać pracodawców, żeby nie wymagali dyplomów uczelni jako gwarancji wykształcenia. Albo – zreformować uniwersytety. Bo nieoficjalny system produkcji dyplomów jest problemem także dla kadry akademickiej, co również pokazują badania pod kierownictwem profesor Gizy-Poleszczuk – „Dzisiejszy uniwersytet w doświadczeniu kadry akademickiej”.

Umasowienie szkolnictwa wyższego, które dotyczy najbardziej kierunków społecznych i humanistycznych, sprawiło, że prowadzącym zajęcia brakuje wspólnego zaangażowania w zajęcia, badania, dyskusje. Brakuje im akademickiej wspólnoty. „Głębokie transformacje, takie jak umasowienie, biurokratyzacja i korporatyzacja, zdemontowały dawny model uniwersytetu, wspominany przez respondentów jako «analogowa» wspólnota, gdzie – według rozmówców – w większym stopniu niż dzisiaj kwitły relacje”.

Bullshit major

W nowym numerze „Kultury Liberalnej” zastanawiamy się nad tym, jaki sens ma współczesne polskie studiowanie. Czy łatwe kierunki, odpowiadające na oczekiwania dyplomowe pracodawców i społeczeństwa, naprawdę dają młodym ludziom wykształcenie? 

Kastor Beck-Kużelewski, ekspert w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, analizuje zjawisko „łatwych dyplomów”, opisując własne doświadczenie i powołując się na badania. Pisze: „W pierwszej dekadzie tego wieku antropolog David Graeber ukuł pojęcie bullshit jobs – prac tak jałowych, że sami ich wykonawcy w skrytości ducha wiedzą, iż gdyby zniknęły, nikt by tego nie zauważył. Proponuję analogiczne pojęcie: bullshit major. To studiowanie na kierunku, o którym studenci i wykładowcy skrycie wiedzą, że jest pustym rytuałem – żadna ze stron nie wierzy, że dochodzi do przekazania wiedzy, za to wszyscy udają, że tak jest”.

Czy rezygnacja z wymagania dyplomu przez pracodawców poprawiłaby sytuację na masowych kierunkach? Czy doprowadziłaby do zmiany oczekiwań wobec studiów? A może obniżyłaby aspiracje co do podnoszenia swoich kompetencji – skoro wyniki matur, czyli kryterium dostania się na studia, przestałyby być tak ważne?

Nie odpowiemy na te wszystkie pytania w jednym numerze, ale z pewnością warto je zadać. I szukać odpowiedzi, jeśli umówimy się wszyscy na to, że zależy nam na wykształconym społeczeństwie.

Zapraszam do czytania tego i innych tekstów w tego numeru,

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”