Ewelina Adamik: Pani najnowszy spektakl baletowy, „Urojenia”, opowiada historię dwóch kobiet. Co dzisiaj oznacza feminizm? 

Izadora Weiss: Przygotowując spektakl, nie myślę o feminizmie. Myślę o tym, w jaki sposób opowiedzieć historię, która porusza istotne, jak sądzę, problemy społeczne. Proszę zauważyć, że w patriarchalnym społeczeństwie wciąż próbuje się zbagatelizować, ośmieszyć i zagłuszyć te kobiety, które walczą o swoje prawa. 

Feministka, czyli brzydka i rozhisteryzowana stara panna?

Nie chciałam tego mówić, ale taki obraz kobiety zaangażowanej w sprawy kobiet usilnie nam wmawiano. Gdy kobieta jest piękna, miła, zgrabna, to w męskim świecie może mieć prościej… Więc, jeśli się uśmiechnę, to będzie mi łatwiej. Ale czy na pewno? 

Patriarchat próbuje trywializować to, o czym chcemy powiedzieć, o co chcemy zawalczyć. Ośmieszając czyjś wygląd, płeć, przekaz, zamazuje się istotę, czyli treść, na której zależy feministkom. Niestety, w takim świecie wciąż funkcjonujemy. Znajdujemy sobie też tematy zastępcze, jak na przykład feminatywy, które – moim zdaniem – odwracają uwagę od spraw istotnych.

Podobno jeden z dyrektorów powiedział kiedyś pani, że choreograf nie jest kobietą…

Tak, dokładnie, „choreograf to nie kobieta”. Miałam w jego odczuciu nie myśleć jak kobieta, tak sądzę. Myślę natomiast, że dzisiaj, gdy wykonałyśmy już dużą pracę, nie powinnyśmy rozgraniczać spraw kobiecych od męskich. Feministyczne podejście to po prostu humanistyczne podejście do spraw człowieka i jego problemów.

W pierwszej części „Urojeń” pojawia się Roksana, postać zaczerpnięta z „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego.

Bohaterka ta była mi potrzebna, by opowiedzieć o ludziach ze świata social mediów, o ich sfotoszopowanych twarzach, instagramowym świecie urojeń. Ulegamy temu sztucznemu, choć pięknemu, wizerunkowi i wpadamy w kompleksy. Widzimy „doskonałe” twarze, choć wiemy przecież, że tacy ludzie nie istnieją. Temu wrażeniu uległa Roksana, gdy spotkała Pasterza – uosobienie cudownej fasady, za którą nie stał człowiek, a jedynie zaprojektowany obiekt pożądania.

Gdy myślę o „zaprojektowanych obiektach pożądania”, przypomina mi się tekst amerykańskiej blogerki, Camille Rainville – „Be a lady, they said”, przeczytany na nagraniu przez aktorkę Cynthię Nixon: „Za bardzo się stroisz. Zaniedbujesz się. […] Przejdź na dietę. Jedz selera. Żuj gumę. Pij wodę. Musisz się wbić w te dżinsy. Boże, jakaś ty chudziutka, sama skóra i kości. Dlaczego nic nie jesz? […] Zrób botoks. Zrób lifting. […] Bądź sobą. […] Nie sypiaj ze wszystkimi na prawo i lewo. Szanuj się”. Social media w jakimś sensie pozwalają być „idealnymi”.

Dokładnie! Ile razy zresztą słyszałyśmy, że kobieta musi pięknie wyglądać, musi być kulturalna, grzeczna? To też pytanie o to, jak my funkcjonujemy w świecie, który w zasadzie został urządzony przez mężczyzn. My nie brałyśmy udziału w rozdawaniu ról…

Virginia Woolf, bohaterka drugiej części pani spektaklu, zastanawiała się w eseju „Własny pokój”, czy siostra Szekspira, gdyby istniała i była równie utalentowana jak on, mogłaby zrobić w tamtych czasach karierę. Odpowiedź jest prosta: nie, bo była kobietą.

Muszę przyznać, że uwielbiam Virginię Woolf. W pracy nad „Urojeniami” interesowały mnie przede wszystkim jej zapiski dziennikowe, a szczególnie ostatni etap życia. Mój spektakl został poświęcony pragnieniom i ułudom konfrontowanym z rzeczywistością. 

W drugiej części spektaklu przyglądam się postaci, którą umysł zaczął zawodzić. Woolf, gdy nie potrafiła już odróżniać wizji i urojeń od prawdy, postanowiła zakończyć swoje życie. Poza tym nie mogła dłużej tworzyć, pisać, a to nadawało sens jej życiu. Myślę, że w spektaklu zadaję jedno zasadnicze pytanie: co oznacza wolność kobiety. Wolność, jak sądzę, polega na tym, że nie towarzyszy nam strach. Po prostu przestajemy się bać. Przestajemy się bać mówić to, co myślimy. Przestajemy się bać podejmować decyzje, czasem ryzykowne czy kontrowersyjne.

Mona Chollet pisała, że jest przyzwyczajona do samobiczowania się za każdy postępek, za każdą podjętą decyzję, poważną lub błahą, że trudno czasem przyznać się jej (przed sobą samą), że jakaś decyzja była słuszna. Nie wierzymy w swoje osiągnięcia, zbyt często towarzyszy nam poczucie winy. A co dzieje się z mężczyznami w pani spektaklu? 

Mężczyźni w spektaklu istnieją jedynie jako kontrapunkt. Kobiety przeglądają się w nich jak w lustrze. Interesują mnie relacje mężczyzn z kobietami, ale oni sami mniej. Zresztą uważam, że aktualnie mężczyźni przeżywają pewnego rodzaju kryzys.

Oczywiście historia zna wyjątkowych partnerów, jak mąż Virginii – Leonard, który całe życie się nią opiekował. Woolf zresztą wiedziała, że jej choroba była dla niego zbyt dużym obciążeniem. W pewnym momencie zrozumiała, że nie może go dłużej nią obarczać. Dziś natomiast relacje damsko-męskie, na przykład za sprawą portali randkowych, opierają się na wygodzie i braku poczucia odpowiedzialności.

Ostatnio mówi się sporo także o syndromie Tinderella [od angielskich słów: Tinder i Cinderella – Kopciuszek]. Użytkownicy aplikacji randkowych inicjują intensywny flirt, składają obietnice i snują plany, ale unikają deklaracji i spotkań w świecie rzeczywistym.

Zawsze można trafić lepiej, prawda? Przyrównajmy tego typu schematy do zakupów w sklepie – bierzemy to, co aktualnie nam się podoba, a później wybieramy coś nowego i tak w nieskończoność. Wszystko jest jednorazowe, na chwilę. Zaczynamy wpadać w błędne koło.

Jest pani uznaną choreografką, wspomnę chociażby o ogromnym wyróżnieniu, gdy znalazła się pani w gronie 50 najciekawszych współczesnych choreografów według almanachu „Fifty Contemporary Choreographers”. Stworzyła pani swój autorski teatr tańca. Co zatem zobaczymy w „Urojeniach”?

Choreografia jest na pewno stelażem spektaklu, bardzo misterną pracą, która wprowadza i przybliża bohaterów, nadaje sens historii. Dla mnie w choreografii ważny jest również przekaz, który koegzystuje z muzyką. Obserwuję, jak emocje muzyczne przekładają się na ruch.

Myślę, że widzowie mogą spodziewać się bardzo teatralnej i filmowej opowieści, którą zaprezentuję w tańcu, dzięki tancerzom z Polskiego Baletu Narodowego. Towarzyszy mi też świetna ekipa realizatorów, których zaprosiłam do tej produkcji. Za kostiumy odpowiedzialni są Mariusz Brzozowski i Marcin Paprocki. Reżyseria świateł przypadła Kasi Łuszczyk, a nad projekcjami pracują Bartek Macias i Staszek Zaleski. Cieszę się, że tak wspaniali ludzie mi zaufali.

Porozmawiajmy jeszcze o muzyce. W drugiej części pojawią się kompozytorki, które chyba nie są nam – polskim widzom – dobrze znane.

W pierwszej części usłyszymy „Pieśń Roksany” Szymanowskiego, później między innymi również Ludwiga van Beethovena. Natomiast druga część zawiera dwa moje „odkrycia”, czyli kompozycje fantastycznych kompozytorek: Dobrinki Tabakovej i Caroline Shaw. 

Obie kompozytorki są nowoczesne i bardzo oryginalne w swoim brzmieniu. Muzyka Shaw stanowi dla mnie swoisty kontrapunkt i integralnie łączy się z opowieścią, którą chciałam zawrzeć – szaleństwem, wizjami. Zależy mi na tym, by „Urojenia” zostały w pamięci widzów, aby coś z ich przekazu wynikało i przenikało do rzeczywistości.

„Urojenia” mają szansę stać się ważnym spektaklem, poruszającym tematy, o których wciąż mówi się za mało.

To też spektakl o tym, że nie zawsze sobie ze wszystkim radzimy. Nie musimy być idealni, ale ta chęć bycia idealnymi prowadzi nas do poczucia zagubienia. Z drugiej strony, cieszę się, że kobiety w dzisiejszych czasach mają silniejszą pozycję. Może, gdy częściej będziemy dochodzić do głosu, uda nam się urządzić ten świat trochę lepiej?