Był taki czas, kiedy przeglądanie internetu zaczynałem od poświęconego piłce nożnej portalu Weszło założonego przez Stanowskiego. Nie wchodziłem na Weszło, żeby przeczytać relacje z meczów, dowiedzieć się kiedy i jak padły bramki i kto dostał żółtą kartkę. To można było przeczytać wszędzie. Na portalu Stanowskiego, wówczas chłopaka niewiele starszego ode mnie, który karierę dziennikarską zaczynał jako 14-latek w „Przeglądzie Sportowym”, było coś więcej – anegdoty, otoczka, zajrzenie za kulisy piłkarskiego świata, bez gryzienia się w język. A wszystko to opisane ze swadą, bezkompromisowo, ciętym językiem.
Czasem po bandzie, ale było to inne i nieoczywiste
Po drodze dowiedziałem się, że Weszło powstało jako platforma do reklamowania bukmacherki. Widać było, że Stanowski ma swoje sympatie, z którymi obchodzi się łagodniej, ale bilans był jednoznaczny – było ciekawie, poza utartymi schematami i po to się do Stanowskiego wracało. Od pewnego momentu już nie na Weszło, ale na Kanał Sportowy, gdzie intensywniej zaczął eksplorować inne tematy. Potem przyszedł czas na i Kanał Zero, który faktycznie zdawał się mieć ambicje do zrobienia czegoś inaczej niż reszta mediów i wyjścia poza utarte schematy. Dziś wszystko gdzieś uleciało.
Dawniej Stanowski opierał swoją pozycję na własnych zasługach – błyskotliwych felietonach, ciekawych książkach, świeżych formatach, zaglądaniu tam, gdzie innym się nie chciało albo tam, gdzie inni nie dostrzegali nic godnego uwagi. Dziś cnotę sygnalizuje przez wytykanie innym jej braku.
Przykłady można mnożyć, ale być może najbardziej jaskrawym był plebiscyt na największego dziennikarskiego propagandystę XXI wieku. Stanowski – który dopiero co w kampanii prezydenckiej odgrywał rolę skrzydłowego prawicowych kandydatów – rozliczał w nim swoją konkurencję.
Koniec symetryzmu Stanowskiego
Dwie dekady temu malutkie Weszło rzuciło wyzwanie gigantom na rynku medialnym, dziś Stanowski obiera sobie cele łatwe i gwarantujące równie szeroki, co tani poklask. No bo kto chciałby bronić hochsztaplerki, która zmyśliła swoją karierę w Bollywood, dla kilku minut sławy w Polsce? Albo kto, poza jego najbardziej zatwardziałymi akolitami, wstawi się za Romanem Giertychem, którego Stanowski wybrał na swojego głównego adwersarza na platformie X? To samo dotyczy „dużych” graczy.
Dziś krytyka „Gazety Wyborczej” to żadna odwaga. Kanał Zero jest częścią medialnego mainstreamu, ma milionowe zasięgi, wyznacza tematy politycznych dyskusji, ba! swoją działalność zainaugurował wywiadem z prezydentem. Sam Stanowski jest przez kolejnego prezydenta goszczony na salonach, obraca się w gronie najbogatszych Polaków. Nie uwiera elit, on jest ich częścią i z tej uprzywilejowanej pozycji głosi swoje tezy.
Jeszcze kilka lat temu w swoich politycznych tekstach Stanowski symetryzował – dlatego dla jednych mógł być „tęczowym Krzysiem”, a dla innych przedstawicielem skrajnej prawicy. „Śmieszy mnie, że – jak to zwykle w Polsce bywa – linia podziału przebiega pomiędzy zwolennikami PO i PiS. PO jest za, a PiS – przeciw. Media związane z PO – za, media związane z PiS – przeciw. To kompletnie irracjonalne. Polska stała się krajem dwóch plemion, które bezmyślnie przyjmują narzuconą z góry linię programową”, pisał w 2016 roku.
Dziś Stanowski stał się do bólu przewidywalny, rozsiadając się wygodnie po prawej stronie politycznej barykady. Każdy wie, że jeśli krytycznie zaczepi on jakiegoś polityka w mediach społecznościowych albo obnaży jego hipokryzję, głupotę albo po prostu będzie chciał ośmieszyć bez wyraźnego powodu, to najczęściej będzie to polityk Koalicji Obywatelskiej albo Lewicy. Prawicowym politykom krytyki szczędzi lub dozuje ją symbolicznie. Zmienił poglądy? Każdy ma do tego prawo, ale w praktyce oznacza to, że w swojej działalności publicystycznej poszedł na łatwiznę. W końcu w 2019 roku sam mówił, że „doszliśmy do momentu, że trzeba mieć większą odwagę, by kogoś pochwalić, niż skrytykować”.
Dziś tej odwagi ewidentnie Stanowskiemu brakuje, a krytyka płynąca z jego ust formułowana pod adresem szeregowej urzędniczki brzmi tak: „Ty babo głupia, wredna. Babsko obrzydliwe. […] Przecież ciebie to powinni trzymać na rynku, rozebraną do naga, przypiętą do jakiegoś słupa, żeby wszyscy widzieli, jak głupi potrafi być urzędnik”.
Co dalej z Kanałem Zero?
Zamiast zaskoczyć, Stanowski zaszokował – chamstwem i brutalnością. Zamiast niuansowania, walił niczym cepem. Zamiast świeżego spojrzenia na temat kontroli skarbowych puścił zdartą płytę o złych urzędnikach i państwie gnojącym przedsiębiorców. Zamiast innowacyjnej formy wydzierał się do kamery jakby pozazdrościł Wojciechowi „Jaszczurowi” Olszańskiemu.
Zamiast refleksji wskazywanie innych palcem, zupełnie jakby grzechy innych miały unieważniać jego występki. Natomiast w rolę „plemienia, które bezmyślnie przyjmuje narzuconą z góry linię programową” wcielili się inni publicyści Kanału Zero Anna Wittenberg i Grzegorz Sroczyński, dla których większym problemem w całej sprawie nie były słowa ich szefa, ale fakt, że inne media mające w ich mniemaniu co najmniej tyle samo na sumieniu albo zwyczajnie „nielubiące Krzysztofa” dostały okazję do jego krytyki.
Gdy przeszło dwa lata temu startował Kanał Zero, Krzysztof Stanowski mówił, że polskie media napuszczają jednych ludzi na drugich, ale jego projekt ma być czymś zupełnie innym. Dziś stał się tym, co chciał zwalczać. Zamiast podnosić poprzeczkę debaty publicznej za sprawą milionowych zasięgów coraz częściej sprowadza ją do poziomu wulgarnego hejtu. Ze swojej pozycji nie korzysta, żeby ograniczać polaryzację, ale nakręca ją.
Być może jest jeszcze gdzieś ten Krzysztof Stanowski, który dekadę temu w szczycie kryzysu uchodźczego i gorących, pełnych emocji debat, zamiast walić z całej siły, potrafił pisać: „Są dwa obozy i w żadnym nie czuję się dobrze”, deklarując jednocześnie współczucie wobec uchodźców uciekających przed wojną i otwarcie mówiąc o swoich obawach związanych z migracją. Chciałbym, żeby się odnalazł.