Wstęp

Uwielbiam tłumaczyć Polskę światu. To jedno z najciekawszych intelektualnie zajęć, jakie znam. Odkrywanie bogactw własnej przeszłości i jednoczesne budowanie mostów do innych kultur. Problem polega na tym, że układanie kładek wymaga nie tyle przekonania o własnej racji, co umiejętności opowiadania własnej perspektywy w sposób zrozumiały dla innych.

W ostatnich miesiącach polska debata o Ukrainie, Wołyniu i polityce historycznej pokazuje coś odwrotnego. Znów zachowujemy się tak, jakby przekonanie, że racja jest po naszej stronie, miało wystarczyć, by świat miał obowiązek przyjąć naszą perspektywę. Taki mechanizm nie działa jednak ani w życiu prywatnym, ani publicznym. Ani, tym bardziej, w polityce międzynarodowej.

Polski błąd logiczny

Spór wokół symbolicznych gestów, takich jak odebranie Orderu Orła Białego, opiera się często na klasycznym błędzie logicznym: błędzie złożenia [ang. fallacy of composition]. Błąd ten polega na założeniu, że cechę części automatycznie uznaje się za cechę całości. Że skoro coś jest niezwykle ważne dla jednego elementu większego układu, to równie ważne musi być dla całego układu. 

W polskiej debacie wygląda to następująco: dla wielu Polaków pamięć o Wołyniu jest sprawą fundamentalną. Z tego wyciąga się często wniosek, że musi ona być równie ważna dla całego Zachodu, dla NATO, dla przywódców państw europejskich czy dla opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem polityka międzynarodowa tak nie działa. 

Kwestia centralna dla jednego narodu, nie musi taka być dla całego systemu międzynarodowego. Państwa i ich społeczeństwa układają własne hierarchie ważności. W połowie 2026 roku dla większości zachodnich społeczeństw ważne są: zwrot w polityce międzynarodowej USA, ogólne bezpieczeństwo Europy, ceny energii, przyszłość Rosji, dalszy przebieg wojny w Iranie czy zdolności militarne Ukrainy. Ważniejsze niż spory o interpretację wydarzeń sprzed osiemdziesięciu lat między Polską a Ukrainą.

Nie oznacza to, że polska pamięć historyczna jest nieważna. Oznacza jedynie, że nie można zakładać automatycznie, iż znaczenie części stanie się znaczeniem całości. Właśnie ten błąd logiczny prowadzi później do zdziwienia, że gesty i spory wywołujące ogromne emocje w Polsce pozostają niemal niezauważone albo niezrozumiane poza jej granicami.

Po pierwsze: żyjemy w momencie geopolitycznej zmiany

Od czasów szkolnych interesował mnie XVII wiek, a szczególnie dramat roku 1648 – początek kryzysu Rzeczpospolitej Obojga Narodów wywołany wybuchem powstania Chmielnickiego.

Dla Rzeczpospolitej Obojga Narodów to była katastrofa. Uruchomiony został efekt domina klęsk, po którym nigdy nie wróciła do świetności. Kompletnie zaprzepaszczono szansę, którą była unia hadziacka przekształcająca Rzeczpospolitą Dwojga Narodów w Rzeczpospolitą Trojga Narodów (Polska, Litwa, Ukraina). 

Tak czy inaczej, konsekwencje powstania Chmielnickiego na stulecia zmieniło układ sił na terytorium dzisiejszej Ukrainy, aż do całkowitego wyeliminowania Rzeczypospolitej z gry. 

Dziś Europa Wschodnia przeżywa nowy „moment Chmielnickiego”. Czyli: wielkie przesilenie geopolityczne w naszym regionie, które zmienia układ sił militarnych, aspiracje państw i sposób, w jaki społeczeństwa postrzegają same siebie.

W połowie 2026 roku wiele wskazuje na to, że obok Polski wyrasta państwo zupełnie inne niż to, które znaliśmy jeszcze dekadę temu. Ukraina nie jest już wyłącznie przedmiotem polityki mocarstw. Staje się jej podmiotem. Samodzielnie rozmawia z państwami G7 oraz E3. Buduje własne relacje na Bliskim Wschodzie. Wywołuje podziw w Waszyngtonie Trumpa. Owszem, zależy od pomocy finansowej z zewnątrz, ale dysponuje armią, która dziś zdobyła doświadczenie bojowe niespotykane w Europie. 

Coraz mniej przypomina młodszego partnera, coraz bardziej państwo świadome własnej siły. 

Nie jest przy tym szczególnie zaskakujące, że po latach wojny i poświęceń część polityków z Kijowa zaczyna odreagowywać dawną rolę junior partnera. Komuś może to się nie podobać. Ale jest to konsekwencja sukcesów militarnych i politycznych Ukrainy.

Historia pokazuje, że wojny zmieniają hierarchie. Być może od XVII wieku nie obserwowaliśmy w naszej części Europy równie głębokiej przebudowy układu sił w trójkącie Rosja–Polska–Ukraina. Jeżeli Rosja rzeczywiście wyjdzie z tej wojny osłabiona, za naszą wschodnią granicą będzie rozwijać się państwo bardziej pewne siebie, bardziej samodzielne i mniej skłonne do oglądania się na Warszawę. Ukraina przestanie być partnerem, którego można postrzegać przez pryzmat asymetrii sił. Będzie graczem mającym własne ambicje, własne interesy i – uwaga – własną politykę historyczną. Polacy jako społeczeństwo nie wydają się dziś przygotowani psychologicznie na taką zmianę. 

Po drugie: Zachód nie patrzy na spór historię naszymi oczami

Polska debata często ignoruje prosty fakt, że narodowa pamięć historyczna nie jest uniwersalna. Dla wielu Polaków Wołyń pozostaje jedną z największych traum XX wieku. Dla znacznej części Ukraińców UPA jest przede wszystkim symbolem walki o niepodległość przeciw Sowietom oraz III Rzeszy.

Jeszcze większa różnica widoczna jest na Zachodzie. Tam wojna w Ukrainie została opowiedziana przez Buczę, Irpień i Mariupol. Przez tysiące reportaży, filmów dokumentalnych, koncertów solidarnościowych i kampanii społecznych na temat wojny. Przez ogromny wysiłek medialny, polityczny i emocjonalny, który odwrócił wieloletnią sympatię wielu środowisk od Rosji ku Ukrainie. Co ważne, Polska pod rządami PiS-u oraz Koalicji Obywatelskiej pomagała w tym, aby na agresję Putina patrzono oczami Europy Wschodniej, a nie Zachodniej. 

Ten zwrot kosztował miliardy euro, tysiące godzin pracy i lata budowania nowej narracji. Od ignorancji wobec Ukrainy do solidarności prowadziła długa droga. Dlatego nikt w Paryżu, Berlinie czy Londynie raczej nie chce dziś słyszeć, że powinien poczuć się źle z powodu wsparcia dla Ukrainy. Nie po Buczy, Mariupolu, Irpieniu. A wojna trwa i lista ukraińskich ofiar cywilnych wydłuża się codziennie. 

W zachodniej wyobraźni Ukraina jest dziś przede wszystkim krajem walczącym o przetrwanie i bezpieczeństwo całej Europy. Kiedy więc Polska próbuje nagle skierować uwagę na nierozwiązane spory historyczne, wielu odbiorców europejskich nie interpretuje tego jako ważnej debaty o pamięci. Traktuje się to jako niezrozumiałą zmianę tematu. To może być bolesne, ale takie są fakty: my mówimy „Wołyń”, Zachód słyszy kłótnię. 

Po trzecie: mylimy politykę z moralnym rozliczeniem

Od 2022 roku regularnie pojawiały się głosy: „pomogliśmy Ukrainie, więc teraz możemy czegoś zażądać”.

Takie myślenie było opaczne od samego początku. Zakładało bowiem, że polityka międzynarodowa działa jak księga rachunkowa. Że istnieje moment, w którym można wystawić fakturę za solidarność.

Tymczasem państwa odnoszą sukces międzynarodowy nie wtedy, gdy szukają okazji do rozliczeń, ale wtedy, gdy tworzą długotrwałą koniunkturę polityczną na swoją korzyść.

Polska po 2022 roku miała wyjątkową szansę stać się głównym architektem wojennej oraz (oby) powojennej współpracy regionu. Budować instytucje, relacje i międzynarodowe wpływy. Tworzyć sytuację, w której współpraca z Polską byłaby dla Ukrainy naturalnym wyborem zarówno podczas wojny, jak i po jej zakończeniu.

Zamiast tego coraz częściej pojawiało się myślenie przypominające poszukiwanie okazji: skoro mamy przewagę, wykorzystajmy moment. Skoro pomagamy, szybko czegoś zażądajmy (od ekonomii do polityki pamięci). 

Chodzi o to, że to perspektywa krótkoterminowa. Logika politycznego oportunizmu. A nie polityka państwa budującego pozycję międzynarodową. 

I zwykle kończy się rozczarowaniem. 

 

Po czwarte: racja bez perswazji jest politycznie bezwartościowa

Odebranie odznaczenia przez prezydenta RP dla wielu rodaków może być moralnie satysfakcjonujące. Może dawać poczucie obrony własnej pamięci historycznej. Ale, niestety, międzynarodowa polityka nie polega na tym, by mieć rację wyłącznie we własnym gronie. 

Polityka polega na skutecznym przekonywaniu innych. 

Jeżeli po wykonaniu symbolicznego gestu większość zagranicznych odbiorców nie rozumie, o co właściwie chodziło, oznacza to polską porażkę komunikacyjną. 

Widać to szczególnie w sposobie, w jaki sprawa została opowiedziana za granicą. 

Dla zachodnich mediów, które w ogóle rzecz odnotowały, był to element lokalnego polsko-ukraińskiego sporu o odległą historię – całkowicie niezrozumiałego na tle wcześniejszej solidarności Polski z Ukrainą. 

Spór o odznaczenie w owych migawkach medialnych bladł na tle krwawej wojny z Rosją, która dzieje się tu i teraz. Bladł na tle codziennych ofiar cywilnych. Wczorajsze krótkie relacje medialne były kuriozalne od BBC do ARD: kilka sekund o polskich oskarżeniach wobec jakichś oddziałów. Brak szerszego kontekstu. Brak bez wyjaśnienia, czym był Wołyń i dlaczego pozostaje tak ważny dla Polaków.

Uwaga: to nie jest efekt złej woli. 

To efekt braku przygotowanej narracji przez Warszawę. Jeżeli nie potrafimy opowiedzieć własnej historii, zrobią to za nas inni. A wtedy nie należy się dziwić, że opowiadają ją inaczej, niż byśmy chcieli.

Świat jak zawsze zajmuje się sobą, czyli dziś mistrzostwami świata w piłce nożnej, wojnami Trumpa, rozchwianymi cenami benzyny i gazu, upadkiem rządu Keira Starmera, nowymi technologiami i przyszłością globalnej gospodarki. W takim otoczeniu Polska nie może zakładać, że jej historyczne argumenty obronią się same. Ani Trumpa, ani Londynu, ani Berlina, ani Paryża nie skłoni się do jakiegokolwiek wystąpienia przeciw Ukrainie. To po prostu nierealne. 

Co więcej, wchodząc na tę ścieżkę – bez jakiegokolwiek przygotowania komunikacyjnego – awantura niebezpiecznie zbliży Polskę do skojarzeń z niedawną postawą proputinowskiego Viktora Orbána. 

Proszę nie liczyć na nic innego. 

Po piąte: największe zagrożenie dopiero nadchodzi

Największy problem nie dotyczy jednak przeszłości, lecz przyszłości. Śmiem twierdzić, że w naszych relacjach z Kijowem działa pewna historyczna prawidłowość: 

Im bardziej Rosja słabnie, tym ostrzej Polska i Ukraina zaczynają się spierać. 

W gruncie rzeczy cała polska polityka od 1989 roku ufundowana była z grubsza na idei ULB, czyli wspierania rozpadu ZSRR i niepodległości Ukrainy, Litwy i Białorusi, które buforowo odgradzają nas od Moskwy. Nie ma co się oszukiwać – tak pojmowana solidarność wobec Ukrainy była ufundowana w dużej mierze na strachu przed powrotem imperialnej Rosji. Strach to jednak dwuznaczna motywacja do pomocy. Gdy wyparowuje lub słabnie, rodzi się pytanie, co dalej. 

A obecnie wiele pisze się o tym, że Kreml nie może wygrać tej wojny. Nowe technologie militarne zniwelowały demograficzny atut Rosji. Gospodarka dostaje zadyszki. Niewykluczone, że bez chińskich zakupów surowców Putin musiałby prędko zakończyć wojnę. Oczywiście nie wiadomo, jak potoczy się ostatecznie sytuacja na froncie czy przy dyplomatycznych stołach. 

Wiele jednak wskazuje na to, że po wojnie Ukraina nie będzie już potrzebowała Polski w takim stopniu jak kiedyś (choćby wtedy, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski realnie pomagał w negocjacjach podczas pomarańczowej rewolucji 2004 roku). Ukraina będzie prowadziła własną politykę regionalną, własne rozmowy z największymi stolicami świata i własną politykę pamięci.

To naturalna konsekwencja wielkiego sukcesu, jakim jest powstrzymanie armii Putina. To też nie musi nam się podobać, ale nie powinno nas dziwić.

Prawdziwe zagrożenie polega na czymś innym: że po obu stronach granicy zabraknie ludzi zdolnych spokojnie wytłumaczyć tę zmianę własnym społeczeństwom. 

Wówczas pojawi się wzajemne poczucie społecznego rozczarowania, czy nawet zdrady. W Polsce — przekonanie, że Ukraina okazała niewdzięczność. W Ukrainie — przekonanie, że Polska nie potrafi pogodzić się z jej podmiotowością.

Jeżeli taki proces się rozwinie, może powstać prawdziwe morze wzajemnej niechęci. A byłaby to tragedia strategiczna dla obu narodów. 

Awantura jako puenta

Najłatwiej jest wywołać awanturę. Obrazić się. Zachować poczucie moralnej wyższości i uznać, że skoro świat nie przyznał nam, Polakom, racji, tym gorzej dla świata. Na koniec, dla efektu, rzucić mięsem. 

To odruch głęboko zakorzeniony w polskiej kulturze politycznej. Znam setki przykładów takich zachowań. Pomijam nazwiska. Przez lata ograniczały je jednak instytucje, procedury i rudymentarna dyplomacja. Dziś, w dobie mediów społecznościowych, coraz częściej odruchy społeczne, a nie przemyślenia stają się polityką krajową i zagraniczną. 

Znacznie trudniej jest tworzyć koniunkturę i budować długofalowo wpływy, zamiast szukać okazji. Trudniej jest cierpliwie przekonywać, zamiast się obrażać. 

Niestety, samo przekonanie o słuszności naszego stanowiska nie wystarczy. Nie jesteśmy państwem z arsenałem głowic jądrowych ani bezkresnymi złożami ropy naftowej, żeby bezczelnie się narzucać czy kupować opinie innych. 

W polityce międzynarodowej wygrywa nie ten, kto ma najwięcej racji moralnej, lecz ten, kto potrafi sprawić, że inni uznają ją za własną. Może kiedyś świat lepiej zrozumie polskie argumenty. Może nie. Ale jeśli nie nauczymy się ich tłumaczyć, nie przekonamy nikogo.

I właśnie dlatego problemem Polski nie jest dziś brak słuszności w tej czy innej sprawie. Jest nim uparte trwanie w wierze, że owa racja obroni się sama, automatycznie, bez namysłu i pracy.