Nikola Budzińska: Kto właściwie produkuje informacje o wilkach? I po co?

Robert Maślak: Prawie wszyscy, którym wilk do czegoś służy. A wilk służy bardzo dobrze, bo jest efektywnym obiektem instrumentalizacji i polityzacji. Mówię „wilk”, ale równie dobrze mogę powiedzieć „duży drapieżnik”, „niedźwiedź”, czasem „dzik”. Tyle że to właśnie wilk ma wyjątkowy potencjał, bo wywołuje strach, a strach jest walutą bardzo wydajną. Nie robi się takiego hałasu wokół sarny. Nikt nie buduje kampanii na tym, że sarna przebiegła przez pole. Wokół wilka można zbudować wszystko.

Dlaczego właśnie on tak działa?

Bo w kulturze został przygotowany do tej roli dużo wcześniej, zanim współczesna polityka w ogóle odkryła, że może go użyć. W wilku są zaszyte różne stare lęki: Czerwony Kapturek, wilkołaki, zły las, samotne dziecko, ciemność, zagrożenie, coś obcego i nieujarzmionego. To wszystko w nas już siedzi. Nie trzeba wiele robić, żeby to uruchomić. Wystarczy lekko potrącić. Jedno zdjęcie, jeden filmik, jeden lokalny alarm i już. To kupujemy, bo dostaliśmy ten pakiet dawno temu i tkwi bardzo głęboko.

Mówi pan „kupujemy”, ale przecież jednocześnie część ludzi deklaruje, że lubi wilki, że są potrzebne, że przyroda bez nich jest uboższa.

I to jest właśnie najciekawsze, że postawy wobec wilka są bardzo często ambiwalentne. Z jednej strony, wilk jest postrzegany jako ważny element środowiska, coś wartościowego, nawet fascynującego. Z drugiej strony pojawia się niemal natychmiast dopowiedzenie: ale trzeba nim gospodarować, trzeba nad nim panować, najlepiej niech będzie trochę dalej od nas. To jest niezwykle ludzkie. Chcemy wilka jako idei, ale niekoniecznie jako realnej obecności. Chcemy dzikości, tylko nie na ścieżce do szkoły i nie za stodołą.

Kto tę ambiwalencję najbardziej wykorzystuje?

Różne grupy, ale w pierwszym rzędzie myśliwi. Przez dziesięciolecia słyszałem, że myśliwi są konieczni, bo bez nich zwierzyna się „rozmnoży”, las nie wytrzyma, równowaga się zawali. I nagle pojawia się wilk jako realny drapieżnik, który sam wykonuje część tej roboty. To dla części środowiska myśliwskiego jest problem.

Po pierwsze, konkurencja. Po drugie, wilk jako trofeum jest prestiżowy. Zawieszenie skóry dużego drapieżnika, czaszka na kominku – to są rzeczy symbolicznie ważne. Nie dla wszystkich myśliwych, ale dla części na pewno. Więc bardzo silnie słychać narrację: wilki wybiły jelenie, wilki wyniszczyły Bieszczady, wilki zabrały nam las.

A rolnicy i hodowcy?

To drugi wielki obszar instrumentalizacji. Rolnik z zagryzionymi owcami to mocny obraz. I znowu: nie mówię, że szkód nie ma. Są. Zdarzają się wilki, które przyzwyczajają się do łatwej ofiary. Zdarzają się sytuacje bardzo dotkliwe dla konkretnego człowieka. Ale skala zjawiska jest nieporównywalnie mniejsza niż sugeruje antywilcza narracja. W przypadku bydła to w ogóle promile. U owiec jest tego więcej, ale nadal mówimy o niewielkim procencie. Tymczasem łatwo z tego zrobić opowieść o pladze.

To dlaczego ta opowieść jest taka skuteczna?

Bo działa na emocje, nie na rozum. Jedna zagryziona owca ma większą siłę niż tabela pokazująca, że z powodu zaniedbań hodowlanych, braku opieki weterynaryjnej albo chorób ginie wielokrotnie więcej zwierząt. Tabela nie krwawi. Zagryziona owca tak. 

W dodatku bardzo często, jeśli nie wiadomo, kto zabił, to w obiegu publicznym szybko pojawia się odpowiedź: wilk. Pies, duży pies, zdziczały pies, mieszańce – to wszystko istnieje, ale nie wzbudza takiej politycznej energii.

Czyli wilk jest po prostu lepszy medialnie.

Dokładnie. On się świetnie nadaje do mediów oraz polityki, zwłaszcza lokalnych portali, które żyją z uwagi. „Atak wilka” to jest tytuł, który klika się bardzo dobrze. Czasem bywa tak, że sam tekst w środku jest w miarę sensowny, ale nagłówek już wykonał swoją robotę. A ogromna część ludzi konsumuje właśnie nagłówek, nie treść. To jest logika clickbaitu. 

Czyli problemem są media lokalne?

Między innymi. Lokalny portal bardzo często nie pyta specjalisty od biologii wilka. Pyta myśliwego, kogoś „stąd”, kogoś, kto powie mocno, krótko i efektownie. W internecie każdy może założyć sobie medium, każdy może zacząć produkować alarmy. To rozproszenie ma swoje zalety, ale w sprawie wilka oznacza też zalew półprawd, emocji i zwykłej niekompetencji. A do tego dochodzą fake newsy i coraz częściej obrazy wsparte przez sztuczną inteligencję.

Właśnie. Te AI‑generowane wilki robią się coraz lepsze.

I to jest realny problem. Kiedyś było łatwiej wychwycić absurd, bo wilk miał sześć łap, trzy ogony albo wyglądał jak z reklamy karmy dla psów. Dziś jest trudniej. Obraz może być dużo bardziej wiarygodny dla zwykłego odbiorcy. Oczywiście rozwijają się też narzędzia wykrywania takich rzeczy, ale to będzie wyścig. I wilk – jako temat obciążony emocją – jest na to szczególnie podatny. Jeśli ludzie już chcą wierzyć, to lepszy obraz tylko im to ułatwia.

Czy za tą narracją stoi jakaś wielka strategia polityczna? Czy raczej pojedynczy gracze, którzy znaleźli sobie temat?

Myślę, że częściej to drugie. Są politycy, którzy po prostu odkryli, że wilk jest nośny. Że można nim ogrzewać własną widzialność, własny profil, własny elektorat. Pokazujesz filmik: wilk biegnie przez pole. Mówisz: „już przy gospodarstwach”, „już przy dzieciach”, „już pod domami”.

I gotowe. Nawet jeśli biologicznie nie dzieje się nic niezwykłego. Bo wilk, który przebiega przez wieś czy przez pole, po prostu się przemieszcza. To normalne zachowanie. Tylko że w narracji alarmowej zostaje przedstawione jak preludium katastrofy.

Czy w Polsce taka narracja może urosnąć do skali słowackiej? Tam przecież temat niedźwiedzi był jednym z głównych paliw politycznych.

Teoretycznie tak, choć nie jestem pewien, czy dokładnie w tej samej skali. Na Słowacji był konkretny ciąg zdarzeń, habituowane niedźwiedzie, śmietniki, realne przypadki ataków, które dało się politycznie rozhuśtać.

W Polsce wilk jest świetnym zasobem do straszenia, ale pozostaje dla ogromnej większości ludzi problemem bardziej symbolicznym niż realnym. I właśnie dlatego jest tak wygodny: nie dotyczy ich bezpośrednio, więc można nim dowolnie grać. Jeśli jednak przez wiele miesięcy czy lat będziemy bombardowani tą samą narracją, to oczywiście może ona urosnąć.

Czyli znowu: jeśli dobrze opowiesz problem, to nieważne, że problem jest marginalny.

Dokładnie. Tak samo działało to wokół migrantów, osób LGBT i innych tematów. Problem może być wyolbrzymiony, irracjonalny, wręcz wyimaginowany dla większości obywateli, ale jeśli uruchamia lęk, to staje się politycznie użyteczny. Wilk jest tylko jednym z takich nośników. Bardzo efektownym, bo pracuje nie tylko na teraźniejszości, ale także na głębokiej pamięci kultury.

A środowisko naukowe? Czy naukowcy mogą coś z tym zrobić?

Mogą, ale ich pozycja jest trudna. Po pierwsze, niewielu naukowców chce wejść w obszar mediów, bo to wymaga innego rodzaju pracy, często niewdzięcznej. 

Po drugie, nauka działa na poziomie danych i ostrożności. A cała antywilcza narracja działa na poziomie emocji. Kiedy biolog mówi: „ataki są skrajnie rzadkie”, to działa na rozum. Kiedy portal wrzuca zdjęcie i pisze: „już przy dzieciach”, to działa na ciało. I to ciało reaguje szybciej.

Czyli naukowiec przegrywa z clickbaitem.

Bardzo często tak. Nie dlatego, że nie ma racji, tylko dlatego, że nie używa tych samych instrumentów. Zresztą uważam, że nie powinien. 

Problem polega więc na tym, że potrzebujemy tłumaczy między nauką a opinią publiczną. Potrzebujemy mediów, które będą chciały słuchać nauki, kiedy dzieje się coś wokół wilków. Ale to też wymaga świadomej decyzji redakcji. Są media, które da się „umówić” na to, że przy takich tematach pytają specjalistów. Są też takie, które będą nadal robić to cynicznie, bo ich interes polityczny lub emocjonalny leży gdzie indziej.

Czy widzi pan jakąś szansę, że natura kiedyś przestanie być instrumentalizowana?

Nie [śmiech]. Naprawdę nie widzę. Natura zawsze będzie instrumentalizowana, bo jest świetnym materiałem do opowiadania o człowieku. Można na niej grać moralnie, politycznie, estetycznie. Można budować z niej lęk i wzruszenie. Można ją traktować jak ofiarę i jak wroga. To jest zbyt wygodne narzędzie, żeby z niego zrezygnować.

To brzmi dość beznadziejnie.

Nie beznadziejnie, tylko realistycznie. To, co można robić, to punktować oczywiste manipulacje, prostować fake newsy, pokazywać proporcje, rozmawiać o systemowych rozwiązaniach. Na przykład Polska ma jeden z najlepszych w Europie systemów odszkodowawczych. 

Tylko co z tego, jeśli jednocześnie nie wdraża się sensownie planów ochrony, nie buduje grup interwencyjnych, nie tworzy sprawnej polityki współistnienia? Państwo i samorządy też mają swoje obowiązki. Jeśli nie rozwiązują systemowo problemów, to pozostawiają miejsce dla tych, którzy wolą krzyczeć: „strzelajmy”.

Czyli z jednej strony antywilcza propaganda, z drugiej brak realnych działań.

Tak. I to jest mieszanka bardzo wygodna politycznie. Bo łatwiej jest opowiadać o odstrzale niż tłumaczyć ludziom, jak działają ogrodzenia elektryczne, fladry, psy pasterskie, system zarządzania odpadami, prewencja. Zabicie zwierzęcia jest rozwiązaniem prostym, widowiskowym i tanim w komunikacji. 

Zapobieganie wymaga pracy, pieniędzy, edukacji i czasu. To mniej sexy. A przecież czasem nawet pieniądze są dostępne i po prostu się ich nie wykorzystuje.

A pana prywatne emocje? Spotkał pan kiedyś wilka i się bał?

Miałem emocje pozytywne. Gdybym spotkał grupę wilków bliżej, pewnie przez moment byłbym spięty, bo jednak to duże zwierzęta, ale bardziej ciekawiłoby mnie, co one zrobią i jak mnie zobaczą. 

Zresztą zawsze przypomina mi się taki film z zoo: jak człowiek widzi las i jak widzi go wilk. Wilk ma świetny węch, ale wcale nie tak świetny wzrok. Czasami musi się zatrzymać i zorientować, co właściwie ma przed sobą. Szczególnie jeśli wiatr nie niesie mu zapachu. Te młode wilki potrafią być zwyczajnie ciekawskie.

Czyli nie boi się pan wilków?

Bardziej boję się psów. I człowieka z psem w lesie. To jest dla mnie realnie bardziej nieprzewidywalne. Wilk jest ostrożny, a pies i człowiek bywają chaotyczni. 

Miałem znajomych, którzy spotkali w lesie agresywną grupę psów i to była sytuacja naprawdę nieprzyjemna. Wilk w polskim lesie to nadal przede wszystkim wyobrażenie. Pies jest bardzo konkretny.

Gdyby miał pan jednym zdaniem powiedzieć, co jest dziś największym problemem „sprawy wilka”?

Nie wilk.

Tylko co?

To, że świetnie się nadaje do robienia z niego problemu. I że uruchamia w ludziach rzeczy dużo starsze niż bieżąca polityka. A wszystko, co uruchamia głęboki strach, będzie zawsze dla kogoś użyteczne.

 

This issue was published as part of PERSPECTIVES – the new label for independent, constructive and multi-perspective journalism. PERSPECTIVES is co-financed by the EU and implemented by a transnational editorial network from Central-Eastern Europe under the leadership of Goethe-Institut. Find out more about PERSPECTIVES: goethe.de/perspectives_eu.

Co-funded by the European Union. Views and opinions expressed are, however, those of the author(s) only and do not necessarily reflect those of the European Union or the European Commission. Neither the European Union nor the granting authority can be held responsible.