Szanowni Państwo!

O końcu Zachodu piszemy właściwie od dekady niemal bez przerwy. Zaczęło się przy okazji brexitu. Potem przy pierwszym zwycięstwie Trumpa, pandemii, wojnie w Ukrainie, a teraz znowu – odkąd Trump wrócił do Białego Domu. Za każdym razem pojawia się ten sam ton: to już koniec porządku, który po 1945 roku zbudował zachodnią Europę i Amerykę.

Po kolejnym takim tekście trudno się oprzeć wrażeniu, że ogłaszanie śmierci Zachodu samo stało się już rytuałem naszej współczesności. 

Przez dekady odpowiedź na pytanie, czym jest Zachód, była właściwie oczywista. To demokratyczna wspólnota po obu stronach Atlantyku powiązanych interesami bezpieczeństwa, ale też przekonaniem, że rządy prawa, prawa człowieka i współpraca międzynarodowa mają sens. Nikt rozsądny nigdy nie twierdził, że ta wspólnota była wolna od hipokryzji czy kolonialnych win. Miała po prostu wspólny punkt odniesienia.

Ten punkt odniesienia się rozjeżdża. Z jednej strony mamy Unię Europejską, która coraz częściej postrzega siebie jako polityczne centrum Zachodu, rozumianego jako wspólnota reguł: instytucji, prawa, umów między państwami, oraz założenia, że siła nie zastępuje przepisów. Do tego modelu odwoływały się po 1989 roku kraje Europy Środkowo-Wschodniej, kiedy wybierały integrację z Zachodem, traktując ją jako coś więcej niż zwykły sojusz.

Z drugiej strony jest administracja Trumpa. Słowa „Zachód” wcale się nie wyrzeka, ale najchętniej sięga po nie, odwołując się do tradycji i chrześcijaństwa. Rozumie je jednak inaczej: suwerenność państwa jest ważniejsza niż wspólne reguły, liczy się polityka siły i transakcyjność zamiast sojuszy opartych na wartościach. Jest bliżej dawnych stref wpływów niż powojennego porządku liberalnego.

Georgios Varouxakis, autor książki „Zachód. Historia idei”, przeciwnie. W rozmowie numeru dyskutuje z Karoliną Wigurą o tym, że kryzys Zachodu wcale nie musi oznaczać jego końca, bo samo to pojęcie od stuleci zmieniało znaczenie. Opowiada przy tym anegdotę, która trafnie opisuje to zjawisko: 

„Na sympozjum poświęconym mojej książce na londyńskim Queen Mary University zapytano mnie: «Wyobraź sobie, że jesteś hazardzistą. Czy termin Zachód będzie istniał za kilka dekad?». Odpowiedziałem, że nie jestem hazardzistą, ale gdybym miał grać, to obstawiałbym na to, że ten termin będzie trwać. Oczywiście, to zupełnie inna kwestia niż to, jak Zachód będzie wyglądał. Czy przeżyje kryzys? Oczywiście. Kryzys nie oznacza śmierci. Taka byłaby moja najkrótsza możliwa odpowiedź”.

Podobną intuicję mieli Jarosław Kuisz i Karolina Wigura, kiedy pisali na łamach „New York Timesa” o dwóch Zachodach. Nie chodziło im o podział na Europę i Amerykę ani o rozpad relacji transatlantyckich. Chodziło o to, że po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej po obu stronach Atlantyku ścierają się dwie różne odpowiedzi na pytanie, czym Zachód ma być w tym stuleciu. Waszyngton przez dekady był hegemonem tej wspólnoty i gwarantem jej bezpieczeństwa. Dziś ta rola już nie jest pewna, choć Varouxakis zauważa, że wspólne obawy o Chiny podają w wątpliwość scenariusz całkowitego rozejścia się dróg Europy i Ameryki.

Co ważne z polskiej perspektywy – o Zachodzie zwykle mówią Londyn, Paryż i Waszyngton, czyli stolice, dla których własna zachodniość jest czymś oczywistym, niewymagającym tłumaczenia. Rzadziej słychać głos jego peryferii: Grecji, Polski oraz państw naszego regionu, dla których przynależność do Zachodu nigdy nie była dana raz na zawsze, ale wywalczona, wybrana albo dopiero co odzyskana. Varouxakis, sam z pochodzący z Grecji, mówi o tym wprost, opisując dyskusję po jednym z londyńskich spotkań poświęconych jego książce:

„Zaapelowałem do publiczności: pomyślcie o mieszkańcach Europy Środkowej i Wschodniej. Dopiero co powrócili na Zachód, do którego kulturowo należą od wieków. A tu nagle słyszą, że skoro są na Zachodzie, to w równej mierze są odpowiedzialni za imperializm. Że są rasistami odpowiedzialnymi za niewolnictwo… Próbowałem wytłumaczyć, że czarno-białe obrazy Zachodu, tak entuzjastycznie rysowane przez anglo-amerykańskie środowiska akademickie, są stronnicze i krótkowzroczne. Przypomniałem też, że Polska, Estonia i Czechy ostatni raz były imperiami bardzo dawno temu, jeśli w ogóle”.

Dlatego pytanie o przyszłość Zachodu brzmi inaczej w krajach, które dołączyły do tego projektu z wyboru i stosunkowo niedawno. W Polsce, Estonii czy na Litwie to nie akademicka dywagacja, tylko pytanie o własne miejsce w świecie.

W tym numerze nie rozstrzygamy tego, czy Zachód przetrwa, ale staramy się pokazać, że na to pytanie odpowiedzi mogą udzielić raczej Warszawa, Tallin czy właśnie Ateny – nie zaś Waszyngton lub Paryż. 

Zapraszam Państwa do lektury,

Jakub Bodziony
zastępca redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”