Po tym, jak prezydent Wołodymyr Zełenski został pozbawiony Orderu Orła Białego, temperatura sporu rośnie. Dyskusje na X, co do zasady toksyczne, zarówno ze strony ukraińskiej, jak i polskiej, pogrążają się w nacjonalistycznej eskalacji. To jednak nie dziwi, tego mogliśmy się spodziewać po jednej i po drugiej stronie. 

Szczególnie jednak trudno mi słuchać głosów sporego grona polityków, dziennikarzy oraz naukowców ze środowisk liberalnych. Otóż, niektóre środowiska liberalne, lewicowe oraz inteligencko-katolickie od blisko czterdziestu lat heroicznie walczą z każdym przejawem polskiego nacjonalizmu, szowinizmu i ksenofobii. Często potrafią wynaleźć w Polsce zalążki faszyzmu nawet tam, gdzie ich nie ma. W efekcie coraz węższe grono traktuje ich poważnie.

Dzisiaj te antyfaszystowskie środowiska wykazują dużo empatii i wrażliwości wobec nacjonalizmu ukraińskiego. Z właściwą im inteligencką parenetyką tłumaczą, że powinniśmy zrozumieć młody, wojenny nacjonalizm Ukraińców oraz gloryfikowanie Ukraińskiej Powstańczej Armii, której istotna część była przesiąknięta antysemityzmem i kozackim anarcho-nazizmem (partyzanckim, chaotycznym i nieprzemysłowym, w przeciwieństwie do III Rzeszy, z którą kolaborowała). Dokonującej czystek etnicznych na Polakach, Ormianach, Czechach i Żydach. Przy okazji mordujących Rosjan, jak również Ukraińców – „kolaborantów”, przeciwników UPA czy Ukraińców sowieckich.

Po drugiej stronie mamy z kolei coraz bardziej radykalizującą się prawicę, która postuluje zwołanie Konwentu Seniorów, po to, by tropić, kto w polskim rządzie jest Ukraińcem pasożytującym na polskim organizmie, a kto dobrym Polakiem. 

Jednak właśnie ci politycy będą wyznaczać polityczną grawitację, jeżeli środowiska liberalne, lewica społeczna i konserwatyści – wszyscy rozważni państwowcy, niezależnie od barw ideowo-politycznych – nie zaprzestaną dziecinnej polityki zagranicznej wobec Ukrainy.

Ukrainy z 2022 roku już nie ma

Dla sporej części klasy politycznej, eksperckiej, dziennikarskiej i pozarządowej Ukraina to wciąż państwo wyszywanek, podniosłych ballad rockowych na Majdanie i egzotycznej, postsowieckiej biedy. Ponadto okupowane i atakowane, co akurat jest zgodne z prawdą. Oczywiście, rozumiem to podejście. Pozwala ono przebywać w psychologicznej i politycznej strefie komfortu: Ukraina nie straciła niepodległości dzięki Polsce; Ukraina nadal walczy i egzystuje dzięki Polsce; Ukraina uczy się wartości zachodnich dzięki Polsce, a jak Bóg da, dzięki nam wstąpi do NATO i Unii Europejskiej.

Czyż rola bogatego, mądrzejszego wujka, okazującego serce i gest ubogiemu krewnemu, nie jest wspaniała? Nie daje poczucia sprawczości, politycznej i moralnej siły?

Zwłaszcza gdy szlachetnej samoidentyfikacji towarzyszy frazes o „dwudziestej gospodarce świata”. Tymczasem zarówno fakty, jak i sposób, w jaki Ukraińcy myślą o sobie, wyglądają dziś zupełnie inaczej. Przypomnę, że nie znajdujemy się w drugim miesiącu rosyjskiej inwazji, nie ma już spiżowego Zełenskiego, ryzykującego własne życie, ponieważ pozostał na posterunku w Kijowie. Mamy do czynienia z diametralnie innym państwem. 

Dlaczego Donald Trump, który strofował Zełenskiego w Białym Domu słowami: You don’t have the cards, okazał się sam kart nie posiadać, by zmusić Kijów do podpisania zawieszenia broni na rosyjskich warunkach z Anchorage? Bo jak powiedział ekspert PISM-u, Daniel Szeligowski w wywiadzie dla Patrycjusza Wyżgi, nawet jeśli Amerykanie całkowicie odwrócą się od Ukrainy, ta będzie w stanie zadawać Rosjanom ból, chociażby przez akcje sabotażowe na terytorium Federacji Rosyjskiej.

Ukraińcy dosięgają infrastruktury energetycznej, drogowej i militarnej w głębi europejskiej części Rosji, doprowadzając do reglamentacji paliwowej w regionach syberyjskich, a nawet w Moskwie, oraz zapaści turystycznej na okupowanym Krymie. Do końca sierpnia być może zdestabilizują sporą część wakacyjnego wybrzeża Rosji nad Morzem Czarnym. Dokonują skutecznych zamachów w stolicy Rosji czy Petersburgu na rosyjskich influencerach, wojskowych, a nawet wysokich rangą oficerach służb, w tym wiceszefie GRU.

Kijów czuje się silny 

Ukraińcy na całej linii frontu stworzyli linie fortyfikacyjne dostosowane do nowoczesnej wojny dronowej, przez którą Rosjanie nie mogą się przedrzeć. Poza Rosją, to Ukraina posiada jedyną armię na świecie z doświadczeniem pełnoskalowej wojny, do tego podlegającą ciągłej modernizacji na polu bitwy. Jasne jest, że obecnie jest to armią silniejszą od naszej, mimo że pozbawiona gwarancji NATO.

Dzięki sile militarnej Ukraina stała się asertywnym, czasem konfrontacyjnym graczem, który, wychodząc z rosyjsko-sowieckiej szkoły dyplomacji, stosuje nierzadko te same metody – maksymalistyczne żądania, bezczelne propozycje i widowiskową propagandę. Ukraińskie władze oznajmiają chińskiemu mocarstwu i swojemu największemu indywidualnemu partnerowi handlowemu, że za wspieranie Rosji nie zostaną dopuszczeni do odbudowy Ukrainy. Na równych prawach proponują mocarstwu amerykańskiemu pomoc w wojnie z Iranem. Grożą Łukaszence i straszą Orbána zamachem na jego życie. Wchodzą w ostre konflikty z sąsiadami, tworzą listy wstydu, grożą bojkotem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, ścierają się w organizacjach międzynarodowych z Izraelem czy Brazylią, nakładają sankcje na Iran. Nie proszą, lecz żądają od Amerykanów i Europejczyków: „dajcie, bo przestaniemy was bronić przed ruskimi”. Wreszcie ukraińscy ambasadorowie w Berlinie czy Warszawie bez pardonu krytykują władze państw goszczących. To wszystko w czasie, gdy stawiają opór rosyjskiemu mocarstwu jądrowemu. 

Część z enuncjacji i dezyderatów ukraińskich władz to maskirowka i prężenie muskułów, wszak rosyjsko-sowieckiej szkole dyplomacji trudno odmówić efektywnej teatralności, ale to niepełny obraz sytuacji.

Polska jest dla Ukrainy drugim indywidualnym partnerem handlowym oraz jej najwierniejszym z wiernych sojuszników, który lobbuje za ukraińską integracją z NATO i UE, wspiera ją finansowo i militarnie, a także przyjęła ponad milion uchodźców z tego kraju. Mimo to Ukraińcy bardzo często próbują rozwiązać spory z Polską ponad naszymi głowami. Aktywnie działają w Brukseli, Paryżu, Berlinie i Londynie, a kiedy to dla nich wygodne rezygnują z negocjacji dwustronnych, przenosząc konflikty na forum ONZ, Światowej Organizacji Handlu czy Komisji Europejskiej, tak jakby już byli członkiem UE. Wołodymyr Zełenski mówi zresztą o swoim wojsku „druga armia NATO”, jakby jego państwo przeszło proces akcesyjny do Sojuszu Północnoatlantyckiego. 

Do tego wszystkiego dochodzi stosowanie wobec Polski konfrontacyjnej, momentami demonstracyjnie lekceważącej dyplomacji. Zełenski niejednokrotnie okazywał lekceważący stosunek wobec prezydenta Karola Nawrockiego (udając, że zapomniał jego nazwisko), momentami nawet wobec swojego „przyjaciela” prezydenta Andrzeja Dudy. Rozgrywał konflikt rządu z Pałacem Prezydenckim, a za pośrednictwem nagranego wideo wzywał premiera Tuska do przyjazdu na granicę polsko-ukraińską. Nie wspominając o tym, że strona ukraińska do dziś nie wzięła żadnej odpowiedzialności za tragiczny wypadek w Przewodowie, kiedy ukraińska rakieta zabiła dwóch polskich obywateli. 

Kijów opóźnia proces ekshumacji ofiar wołyńskich oraz odmawia powszechnego uznania Zbrodni Wołyńskiej wobec Polaków, nazywając ją asymetryczną wojną partyzancką. Można powiedzieć, że flirtowanie z nacjonalizmem i anarcho-nazizmem to wewnętrzna sprawa Ukrainy, ale jeśli dążysz do integracji z Unią Europejską, to stawianie organizacji takich jak UPA i Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów na piedestale, a także odmawianie uznania własnych zbrodni jest trudne do przyjęcia. I wywołuje sprzeciw. Usprawiedliwieniem nie może być wojna i okupacja.

Z wujkiem ci do twarzy

Naturalnie środowiska empatyzujące z ukraińskimi inklinacjami do nacjonalizmu oraz upamiętniania OUN i UPA, wykazują też daleko idące zrozumienie dla siłowej polityki zagranicznej Ukrainy, ignorującej polskie interesy. Bo przecież Ukraina ma prawo, bo prowadzi wojnę. Oznacza to jednak, że te osoby wciąż nie rozumieją różnicy między Ukrainą z lutego 2022 i tą obecną, i że wciąż tkwią w emocji bogatego, mądrego wujka z gestem. To z kolei ma swoje konsekwencje, na przykład ucieczkę od trudnych konstatacji.

Z całym szacunkiem wobec heroizmu ukraińskich ofiar wojny, złożonych na ołtarzu niepodległości i obecnej pozycji międzynarodowej Kijowa, jest to „tylko” połowa układanki. Jej siła militarna i niepodległość zostały zbudowane także dzięki wsparciu Zachodu, w tym Polski, a do dzisiaj sto procent wydatków budżetowych Ukrainy jest pokrywana przez Zachód, w tym Warszawę. Ostatnie triumfy ukraińskiej armii w postaci rażenia celów w głębi Rosji w znacznej mierze możliwe są dzięki europejskim i amerykańskim rakietom dalekiego zasięgu.

Emocja dobrego wujka powoduje również przymykanie oczu na całą gamę sprzecznych interesów, których nie załatwi się dziecinną polityką. Asertywna Ukraina pokazała, że przyjmuje zupełnie inną strategię, daleką od polskiego oczekiwania wdzięczności. I ma rację. 

Lekcja historii i relacji międzynarodowych, którą Ukraińcy pobierają w trybie przyspieszonym, pozwoliła im szybciej dorosnąć. My, Polacy, przeżyliśmy co prawda trudną transformację gospodarczą, która przyniosła ofiary, ale w porównaniu z Ukrainą były to jednak warunki cieplarniane.

Tak więc interesy

Największa w Unii Europejskiej polska flota transportowa boryka się z konkurencją ukraińskich przewoźników, których działalności nie regulują unijne przepisy. Dla polskiego przemysłu rolno-spożywczego Ukraina stanowi ogromną konkurencję. Jesteśmy nieustannie szantażowani niedopuszczeniem polskich firm do odbudowy państwa ukraińskiego mimo udzielanej pomocy. Militarnie odstajemy od Ukrainy, a ta niezależnie od polskiego wsparcia wojskowego i finansowego, z którego, jak wiemy, część trafia do prywatnych kieszeni skorumpowanych ukraińskich urzędników, nie bardzo ma ochotę dzielić się z nami swoimi technologami prowadzenia wojny dronowej. Co więcej, niezależnie załatwia sobie różne umowy zbrojeniowe z poszczególnymi państwami NATO.

Jeszcze nie teraz, ale przyjdzie moment, że będzie zachęcać do powrotu swoich migrantów i uchodźców, którzy są kluczowi dla polskiej gospodarki. Inaczej ręce zacierać będą właściciele prywatnych agencji pracy szukający taniej siły roboczej w Afryce i Azji Południowo-Wschodniej. 

Jeśli zsumujemy sprzeczne w wielu kwestiach interesy, siłową dyplomację, działanie ponad naszymi głowami, asymetryczną wymianę uzbrojenia i technologii, a co najważniejsze – obecne poczucie własnej siły Ukrainy, zastanawia mnie, w jaki sposób można przymykać oczy na konieczność uaktualnienia polityki wobec naszego sąsiada? 

Obecnie trwający spór o pamięć historyczną jest w tym wszystkim najmniej ważny, ale przydatny dla otrzeźwienia, aby ujrzeć, jak wiele kryje się pod spodem. Polska dla zasady nie może odpuszczać tego rodzaju spraw, choćby po to, by wywoływać polityków ukraińskich do tablicy, egzekwować negocjowalność interesów i polskiego wsparcia, które nie powinno być udzielane za darmo.

Owszem, Polska i Ukraina mają wspólnego wroga, powinny kooperować, ale w ramach niesformalizowanego sojuszu B2B. Wiemy już, że utopijne lub groźne były pomysły federacji polsko-ukraińskiej czy idei śp. generała Skrzypczaka o lobbowaniu za bronią nuklearną dla Ukrainy. Współpraca musi odbywać się przy ciągłym „sprawdzam” oraz przy zachowaniu transakcyjności i maksymalnej asertywności. Inaczej nie zostaniemy potraktowani przez Ukraińców poważnie, a Ukraina będzie starała się nas zdominować.

Leśne dziadki i nowocześni Polacy

Część środowisk liberalnych i „lewicowych”, do których się tak przyczepiłem, pewnie zgodzi się z moją krytyką emocji dobrego wujka ponieważ utożsami tę cechę z nieuleczalnym polskim prometeizmem. Wciąż chcemy okcydentalizować i umoralniać. Jednak w tym tkwi coś prostszego, a zarazem bardziej uwłaczającego. Nieumiejętność konceptualizacji polityki zagranicznej bez ślepej wiary w coś lub kogoś. Ideę kapitalizmu, okcydentalizacji, Stanów Zjednoczonych Ameryki, heroicznej Ukrainy, która ma podążać wytyczonymi przez nas szlakami czy wyrywanie państw postsowieckich z objęć Rosjan. Często zresztą nasza „miłość do” okazuje się wyłącznie trywialną „ucieczką od” Rosji.

Szczególnie widoczne jest to wśród polityków i ekspertów, dla których formacyjny był przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych i którzy nie potrafią się z tamtego świata wydostać. Nie chcą lub nie umieją przyznać, że okienko historyczne demokratyzacji się domknęło. Być może na dekady lub dłużej. Model udanej polskiej transformacji – panie i panowie, przed wami „dwudziesta gospodarka świata” – jest obecnie nie do powtórzenia, a właściwie to niespecjalnie ktokolwiek chce go powtarzać. Prometeizm polskiego cudu w Europie Wschodniej i świecie postsowieckim nie jest nikomu potrzebny, bo architektura międzynarodowa wygląda już zupełnie inaczej. 

Mało kto pamięta już o tym, czym było Partnerstwo Wschodnie. Gruzja i Azerbejdżan same sobie wybrały korupcyjny, klanowy autorytaryzm. Zresztą, gdyby w wyborach mołdawskich głosowali wyłącznie obywatele żyjący w granicach państwa, Mołdawia prawdopodobnie już dawno byłaby członkiem Unii Euroazjatyckiej. Dziś Zachód naobiecywał biednej Armenii gruszki na wierzbie, a gdy przyjdzie co do czego, raczej zostawi ją na pastwę azersko-tureckiego drapieżnika. No i Rosji, która pozostaje właścicielką znaczącej części strategicznych sektorów armeńskiej gospodarki.

Są jeszcze w Polsce tacy, którzy starają się dopasować stare do obowiązującej mody intelektualnej: dobrze, dobrze – mówią – odrzućmy te wszystkie mity i złudzenia, bądźmy realistami, wspierajmy Ukrainę, przymykając oczy na nacjonalizm i pamiętniki UPA, byle tylko Ukraińcy trzymali ruskich z dala od polskich granic. Tylko że oni już to robią. Rosjanie od ponad pięciu lat nie są w stanie zdobyć Charkowa i Odessy, co jest zasługą również polskiej pomocy. I jeśli tylko Rosjanie nie zdecydują się na użycie broni nuklearnej, doprawdy trudno oczekiwać, by nastąpiło przełamanie frontu.

Niepewna przyszłość Ukrainy 

Na sam koniec rzucę się na pożarcie i zaproponuję myślenie, które w analityce nazywa się prognozowaniem i scenariuszowaniem, a które wielu nazwie antyukraińskim. Niektórzy zapewne nawet oskarżą mnie o sprzyjanie Rosji. 

Uważam, że w naszej szufladzie powinny znaleźć się scenariusze Ukrainy rozkwitającej, demokratycznej i przyjaznej Polsce. Nie będę się nimi zajmował, bo z tym zjawiskiem dość łatwo poradzimy sobie i jako państwo, i jako wspólnota europejska. Myślę, że również nie będzie większego problemu, jeśli Ukraina pozostanie państwem skorumpowanym i biednym, które okresowo wchodzi z nami w strukturalne konflikty, na przykład wokół gospodarki i historii, ale zasadniczo pozostajemy połączeni powstrzymywaniem wspólnego wroga oraz interesami strategicznymi. O wiele bardziej interesuje mnie scenariusz negatywny, w którym Ukraina trwa w konflikcie zbrojnym przez kolejne lata, osuwając się w autorytarny militaryzm. 

Igranie z nacjonalizmem i gloryfikowanie anarcho-nazistowskiej partyzantki zawsze jest ryzykowne. Jednak staje się skrajnie niebezpieczne w państwie, które od tak wielu lat prowadzi konflikt zbrojny na własnym terytorium, w którym nie odbywają się wybory, a prezydent kumuluje w swych rękach większość władzy i rządzi poza swoimi kadencjami, podobnie jak deputowani. W państwie, w którym zwyciężyć może partia wojskowa flirtująca z ruchami postfaszystowskimi, uzbrojonymi po zęby i naszpikowanymi weteranami lub żołnierzami w czynnej służbie. Doliczyć do tego należy społeczeństwo doświadczające od wielu lat wojny, które może być skłonne do oddania władzy bliskim sobie środowiskom radykalnym i wojskowym.

Czym wówczas dla Polski będzie ukraiński sąsiad? Do jakich kroków okaże się zdolny, posiadając tak mocne karty siłowe, lecz niewiele ponad to? Jakie wyznaczy sobie cele, ramy „asertywności” wobec Polski, co stanie się dla niego platformą mobilizacji społecznego poparcia? Do jakiego stopnia wieloletnia władza półautorytarnego wodza i naczelnika sił zbrojnych zdeprawuje Zełenskiego lub jego następcę? Tym bardziej, że rządzić będą państwem zmilitaryzowanym i przesiąkniętym nacjonalizmem wojennym? Takie pytania powinniśmy sobie głośno zadawać. 

Upominanie się o polski interes to minimum

W latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych mało kto przewidywał Izrael, jaki wyrósł pod rządami Benjamina Netanjahu. Izrael, który dokonuje zbrodni ludobójstwa i którego przywódcy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze. W końcu dla Zachodu Izrael pozostawał ofiarą, niewielu dopuszczało, że wnuki i prawnuki ofiar Holocaustu mogą dopuszczać się przerażających zbrodni, jakie obserwujemy dziś w Strefie Gazy czy Libanie. Dryf tego państwa, który nie jest wykluczony w przypadku Ukrainy, opisuje żydowski historyk Omar Bartow w książce „Izrael. Co poszło nie tak?”. A Emil Cioran w „Zarysach rozkładu” pisał, że „prawdziwi kaci rekrutują się z męczenników, którym nie ścięto głowy”.

Zastanawiające zresztą, że tak jak dla izraelskich władz każda krytyka stanowi akt antysemityzmu i wspierania terrorystów z Hamasu, tak dla wielu ukraińskich elit każde upomnienie się o polski interes czy nawet ofiary z Przewodowa stanowi niemal sojuszniczą zdradę i wysługiwanie się Rosji. Dla Kijowa wszystko przybiera formę antyukrainizmu i prorosyjskości. W ten sposób można próbować uciszyć każdą polską krytykę.

Polska racja stanu wymaga, byśmy nie pozwoli zaszantażować się oskarżeniami o antyukraińskość, bo to nieprawda; czy o prorosyjskość, bo to także nieprawda. Nie zakładajmy, że jeśli nie będziemy asertywnie bronić własnych interesów, wtedy Ukraińcy zrezygnują z dyplomacji siłowej czy odrzucą UPA i nacjonalizm. Nie łudźmy się również, z tych samych powodów, że Rosjanie w swojej propagandzie i dezinformacji nie będą wyłapywać korzystnych dla siebie treści. Brak asertywności nie gwarantuje koncyliacyjnej polityki ze strony władz w Kijowie. Wręcz przeciwnie.

Nie chcę wchodzić w kwestię tego, czy prezydent Karol Nawrocki podjął odpowiednią decyzję, odbierając order Zełenskiemu i czy efektywnie przeprowadził ten proces. Wiem jednak, że słusznie podnosi kwestię nacjonalizmu oraz UPA, ponieważ wyciąga Ukraińców do odpowiedzi. We własnym interesie musimy uważnie obserwować ukraińskie tendencje nacjonalistyczne, militarystyczne i antydemokratyczne. Historia Polski, Ukrainy i Rosji to nie zakończony proces, tylko taki, który będzie podlegał nieustannym dynamikom.

Spośród wielu prognoz dotyczących relacji Polski i Ukrainy na kolejne dekady nie możemy pomijać scenariuszy negatywnych.

A tymczasem życzę Ukrainie zwycięstwa i obrony własnej państwowości. A potem rozkwitania. Nie jestem ani z partii prorosyjskiej, ani nie zaprzeczam idei wspierania Ukrainy. Ale Ukraina nie jest wyszywanym misiem, a współpraca z nią, tym bardziej udzielane wsparcie muszą być warunkowane. Inaczej dalsze napięcia będą tylko eskalować.