Podkarpacki las. To tu, w lekkim półmroku, za chwilę będą się bić młodzi szeregowi Jednostki Strzeleckiej 1914 im. ppor. Jakuba Darochy w Sokołowie Małopolskim. Napięcie w szeregach gęstnieje. Zdaniem Młodszego Inspektora ZS Dawida Majdy jest to idealny moment, aby pokazać mi, jak wygląda świat oglądany przez zielone oko noktowizora.
– Jest wrażliwy na ciepło – tłumaczy.
Kieruję maszynę w stronę twarzy chłopaków i dziewczyn stojących na placu poligonowym. Z ich ust unosi się para. Następnie zwracam przyrząd w stronę lasu. Ani śladu ruchu. Jeśli cokolwiek tam oddycha, dobrze się przede mną ukrywa.
– Pusto – mówię.
– To zależy. Wiesz, jak ukryć się przed okiem noktowizora? Wystarczy otulić się kocem ratunkowym – mówi Majda, a ja oddaję mu sprzęt. Odnoszę wrażenie, że na Podlasiu, gdzie wraz z siłami Wojsk Obrony Terytorialnej wielokrotnie pilnował strefy przygranicznej, wypatrywał już tej formy kamuflażu. Może i skutecznie.
Nagle razi nas w oczy wściekle blade światło brzęczącego w górze drona. Inspektor zwraca uwagę także na dźwięk znad głowy.
– Strzelec! – zwraca się do sterującego dronem chłopaka. – Zabierać mi stąd tego drona, ale już!
Maszyna gaśnie w ciemnościach, a podporucznik staje naprzeciwko szeregów. Są tam już pozostali dowodzący – młodzi dorośli, byli adepci Strzelca.
– Baczność! – woła jeden z nich, a uzbrojeni po uszy chłopcy i dziewczyny sztywnieją. – Teraz idziemy do lasu. Jeśli poczujecie, że jest wam za zimno lub że się boicie, możecie zakomunikować to swoim dowódcom, którzy przewiozą was z powrotem z poligonu. W innym wypadku niech mama dzisiaj nie dzwoni. W razie co powiedzcie: „Mamo, dzisiaj nie mogę. Walczę z uchodźcami w lesie”. Zrozumie.

Strzelcy Podkarpaccy
Szkoła podstawowa w Turzy, nieopodal Sokołowa Małopolskiego. Dzieli nas zaledwie 30 kilometrów od granicy z Ukrainą. Imitowanie walki wojennej jest zwieńczeniem trzydniowego poligonu lokalnej jednostki związku strzeleckiego „Strzelec” im. Józefa Piłsudskiego. Misja organizacji pozostaje niezmienna niemal od 116 lat, kiedy powstał pierwszy taki paramilitarny związek w Krakowie. Celem założycieli, działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, a wśród nich Włodzimierza Tetmajera (prywatnie brata przyrodniego poety Kazimierza Przerwy-Tetmajera) było wyszkolenie młodych obywateli tak, aby w razie potrzeby można ich było sprawnie wcielić do wojska.
Kiedyś szeregi „Strzelca” zasilali studenci. Dziś są to przede wszystkim uczniowie szkół podstawowych i liceów. Pod wieloma względami przypomina to harcerstwo, tyle że, jak relacjonuje członek zarządu, „harcerze nie dostają do ręki broni”. Najmłodsza jednostka, „Orlęta”, zrzesza dzieci od lat dziesięciu. Jednak w ostatnich latach związek zaczął odnotowywać coraz mniej zgłoszeń od nieletnich. Czy powodem jest strach przed możliwym konfliktem z Rosją? A może fakt, że tuż obok Ukraina walczy z imperialnym najeźdźcą?
Dawid, 23-letni starszy chorąży ZS jednostki nr 1914, której ćwiczenia obserwuję, przyczynę widzi gdzie indziej.
– Istotnie, boją się. Choć nie dzieci, a ich rodzice – mówi. – Czują lęk przed tym, że jeśli Polsce przyjdzie bronić się przed Rosją, ich wyszkolone w „Strzelcu” pociechy zostaną powołane do służby. To oczywiście bzdura. Przynależność do związku ma się nijak do służby wojskowej.
Dlatego rodzice, jak zauważa, wolą zapisać dziecko na treningi piłki nożnej.
***
Przysięga Wojskowa: „Ja, żołnierz Wojska Polskiego, przysięgam służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, bronić jej niepodległości i granic. Stać na straży Konstytucji, strzec honoru żołnierza polskiego, sztandaru wojskowego bronić. Za sprawę mojej Ojczyzny w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić”.
***
Przysięga Orląt: „Przyrzekam postępować stale według prawa orlęcego, aby stać się godnymi tych Orląt, które przelaną swą krwią serdeczną wskazały nam, jak kochać ziemię ojczystą, jak żyć dla niej i umierać. Tak nam dopomóż Bóg”.
***
W momencie pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę Dawid miał 19 lat.
– Jeszcze przed atakiem było wiadomo, że Rosjanie gromadzą siły przy ukraińskiej granicy. Dostaliśmy informację od dowództwa, żeby spakować plecaki na najbliższe dwa tygodnie. W razie ataku mieliśmy być gotowi. Moja mama chciała interweniować. Ukryła przede mną plecak i nie chciała powiedzieć gdzie – opowiada.
Przyznaje, że sam był wtedy poruszony. Dostał broń, kamizelkę. – Moi sąsiedzi ze wschodu znaleźli się w stanie wojny, a mnie Wojsko Polskie mogło użyć na polu bitwy. Dobrze przecież wiemy, jak blisko jesteśmy teraz od Ukrainy w porównaniu z resztą kraju – opowiada. Oczywiście, kiedy wrócił do jednostki Strzeleckiej, natychmiast opowiedział tę historię młodszym adeptom.
– Byli przerażeni – wyznaje z uśmiechem.
Stoimy na polu za szkołą. To tu młodzi strzelcy ćwiczą manewry taktyczne do nocnej bitwy. Dawid nieco z nich szydzi, ale tłumaczy mi później, że to z sentymentu. Sam był kiedyś równie nieopierzony co oni.

Po co komu terapia
Nie wszyscy strzelcy z okolic Sokołowa Małopolskiego pójdą w ślady Dawida, który awansował niedawno na starszego szeregowego w Wojsku Polskim. Dla wielu związek pełni nie tyle funkcję przygotowawczą do kariery w mundurze, co społeczną.
– Po co mam siedzieć w domu i patrzeć w telefon? Nie lepiej wyjść i pobyć trochę w naturze? – przekonuje mnie 18-letnia Beata, zajmująca się social mediami jednostki nr 1914.
Jest zagorzałą przeciwniczką wojen, irytują ją mężczyźni u władzy, którzy sieją śmierć i destrukcję. – Tylko że „Strzelec” nie kłóci się z moimi ideałami. My się tu zwyczajnie dobrze bawimy – przekonuje.
„Strzelec” rzeczywiście nie reklamuje się młodym pokoleniom (czy też ich rodzicom) jako krok ku karierze wojskowej, a alternatywa dla cyfrowej izolacji. Ale to nie wszystko. Dowódca Jednostki Strzeleckiej 1914 Inspektor Związku Strzeleckiego Łukasz Dec, z zawodu nauczyciel przedmiotów informatycznych w Zespole Szkół w Sokołowie Małopolskim, uważa, że „Strzelec” to remedium na epidemię chorób psychicznych u nastolatków. – Aktywnie walczymy z depresją i innymi chorobami psychicznymi, które rozprzestrzeniają się wśród młodych. Ostatnio dużo się mówi o tym, że dzieciom potrzeba terapii. Ale terapia jest tu! Zainwestujmy w takie organizacje jak „Strzelec”, harcerstwo, to dzieci nie będą potrzebowały terapii. Młodzi ludzie znajdują tu przyjaźń, wsparcie, poczucie przynależności, uczą się odpowiedzialności, współpracy i radzenia sobie z wyzwaniami – przekonuje.
A jakie wartości Związek Strzelecki przekazuje dzieciom z Podkarpacia? Różne. Wiele zależy od ludzi, którzy z dziećmi pracują. Ja spotkałem takiego, który podczas rozmowy z wyższymi rangą członkami organizacji zaczął ubolewać, że podczas stacjonowania na granicy nie złapał żadnego uchodźcy.
– Tak bym – tu opadł kolanem na ziemię w miejscu, gdzie byłaby szyja „nieproszonego” przybysza – tak zrobił i mówił: „Całuj ziemię polską! Całuj!”.
Niektórzy śmiali się w trakcie tej demonstracji. Inni spojrzeli w moją stronę. Na moment przestałem być gościem, któremu należy pokazać z dobrej strony działania „Strzelca”, a stałem się intruzem, który może się przecież wygadać.
Poligon zamiast uroczystości
Pora kolacji. Staję w kolejce po parę kawałków komiśniaka, czyli żołnierskiego chleba o trzyletniej dacie ważności. Dostaję też trochę warzyw i ser, po czym siadam przy podłużnym stole w kiepsko oświetlonej stołówce szkolnej. Dosiada się do mnie 16-letni Franek, krakowianin i członek tamtejszej Jednostki Strzeleckiej 2077.
– Co cię tu przywiało? – pytam.
– Tu jest poligon. W Krakowie jest młodsza jednostka i jeszcze nie mamy takich zgrupowań, jak to. Co najwyżej stoimy w szeregach podczas świąt i innych uroczystości i dobrze wyglądamy w zieleni – mówi chłopak, wygładzając z namaszczeniem swój beret.
Franek jest ze mną szczery. To oczywiste, że woli zabawę „w wojnę” od ceremonialnego stania na baczność. – Tylko że, wie pan, stać też niektórzy muszą. To nie taka łatwa sztuka być w bezruchu przez całe godziny i dobrze przy tym wyglądać. Ja na przykład jestem genetycznie do tego zaprogramowany – przekonuje.
– Ale nawet jakby ktoś nie mógł stać w miejscu przez tyle godzin co ja – ciągnie Franek – i tak jest ważny dla „Strzelca”. Mamy w Krakowie takiego niepełnosprawnego chłopca, który nie mógłby pełnić mojej roli. Jest za to świetny w pozyskiwaniu środków dla naszej jednostki. U nas znajdzie się miejsce dla każdego. Poza tym, w zieleni każdemu jest do twarzy.
Kiedy pokazuję moim znajomym zdjęcia z poligonu, kręcą głowami z niedowierzaniem i prędko spisują „Strzelca” na straty. W stolicy wojsko to temat niepopularny. Niektórym kojarzy się z prawicą, innym przypomina o skrzętnie omijanych tu kwestiach polskiej obronności i związanej z tym powinności obywatelskiej.
Dopiero na Podkarpaciu można dostrzec, że Jednostki Strzeleckie oferują młodzieży coś więcej niż tylko (momentami wątpliwy) wojskowy system wartości. Będąc częścią „Strzelca” stajesz się częścią wspólnoty.
Bo choć liczebność polskich sił zbrojnych ogółem przyrasta w niespotykanym dotąd tempie (między 2020 a początkiem 2026 roku do armii wstąpiło ponad 50 tysięcy żołnierzy zawodowych, a jej liczebność zwiększyła się do około 162 tysięcy), to właśnie na wschodzie kraju jest militarnego kapitału najwięcej. Jak informuje rzecznik Wojska Polskiego, jest to związane z aktualną sytuacją bezpieczeństwa w regionie oraz koniecznością zapewnienia odpowiedniego poziomu zdolności obronnych na wschodniej flance NATO.
Jeśli plan Ministerstwa Obrony Narodowej na Podkarpaciu się powiedzie, region ten, z Rzeszowem na czele, stanie się „wielką stolicą bezpieczeństwa” dla Polski, jak wierzy szef MON-u Władysław Kosiniak-Kamysz. Taki rozwój militarny oznacza jeszcze jedno. Kultura wojska i obronności stanie się jeszcze istotniejszym elementem dorastania w tym regionie.
Mazurskie dzieciaki
Na przystanku w Radziszewie, pośród pól rzepaku, rozmawiam z dwoma chłopakami. Radek nie ma taty w wojsku, Witek przeciwnie. Dobrze wiedzą, gdzie jest Rosja i po co nam tu wojsko.
– Od kiedy pamiętam, tata i dziadek opowiadali mi, jak bronić granicy przed Rosją. Chciałbym pójść w ich ślady. Czuję, że byłbym w tym dobry – uważa Witek. Radek nie myśli o wojsku, co nie znaczy, że ma do niego negatywny stosunek.
– Mundurowi bardzo mi imponują. Są mili i mają wielkie karabiny. Spotykamy ich często w Budrach i nieco bliżej granicy. Po prostu nie chciałbym zostać jednym z nich – powtarza, grzebiąc patykiem w ziemi.
Pytam, dlaczego nie chce służyć razem ze swoim kolegą.
– Jeśli Rosja najechałaby na nas od strony Królewca, też bym pewnie zrobił to, co trzeba. Tylko że boję się śmierci. To znaczy, wszyscy się jej pewnie boją… – plącze się Radek.
– To kim chciałbyś zostać? – przerywa ciszę Witek.
– Elektrykiem – odpowiada chłopiec.
Cmentarzyska

Podczas pierwszej wojny światowej przez region Wielkich Jezior Mazurskich przechodził krwawy front wschodni. Wielu żołnierzy niemieckich i rosyjskich straciło tu życie. W drodze przez las do cmentarza wojskowego z tego okresu, położonego na Wzgórzu Saksońskim nad jeziorem Święcajty, natrafiam na inne, współczesne cmentarzysko żelbetonowych jeży. Milczące skupiska przeciwpancernych fortyfikacji wyglądają jak powiększone zabawki dla dzieci lub modernistyczne rzeźby Claesa Oldenburga. Służą jednak innemu celowi.

Pole rzepaku, dalej las, a za nim już tylko obwód królewiecki i Bałtyk, oddzielone od Polski granicą. Koło niej, w gęstej zieleni, poukrywane są pierwsze partie „Tarczy Wschód”.
– Wiecie, co to „Tarcza Wschód”? – pytam chłopaków. Nie wiedzą. Opowiadam im o militarnej inicjatywie fortyfikującej Polskę, ale i Unię Europejską przed lądową inwazją Rosji i Białorusi.
– Właśnie na granicę przewiezione zostaną żelbetonowe jeże, które pewnie już widywaliście koło waszych domów – mówię.
Bronią nas nie tylko „jeże”. Rok wcześniej wiceminister obrony Paweł Zalewski poinformował, że, podobnie jak Litwa, Łotwa, Estonia czy Finlandia, Polska wypowiedziała konwencję ottawską. Praktycznie rzecz biorąc, oznacza to, że możemy już dobrowolnie rozmieszczać na pasie przygranicznym miny przeciwpiechotne. Zalewski dodał, że choć Polska nie jest krajem agresywnym, musi użyć wszelkich możliwych środków, aby odstraszyć Rosję, która nigdy zresztą nie ratyfikowała warunków konwencji, która została uchwalona w 1997 roku po to, aby „położyć kres cierpieniu i ofiarom, powodowanym przez miny przeciwpiechotne, które każdego tygodnia zabijają lub kaleczą setki osób, w większości niewinne i bezbronne osoby cywilne, zwłaszcza dzieci”.
– Chodź, weźmiemy rower, jedziemy do Królewca. Podjedziemy pod granicę, może nas nie złapią – przekonuje Witek Radka.
– Nie! – wybucham.
Teren przygraniczny może już być zaminowany.
– To co mamy robić? – żalą się chłopcy.
Nie scrolluj życia i wejdź do akcji!
„Nie scrolluj życia i wejdź do akcji! Zostań żołnierzem 1 Mazurskiej Brygady Artylerii” – tak brzmi treść jednego z plakatów rozwieszonych na tablicy informacyjnej w Kolonii Rybackiej nieopodal Węgorzewa. Obok kolejny zachęcający do wstąpienia do tej jednostki rzeczowo omawia atuty takiego wyboru. Przede wszystkim rzuca się w oczy pensja: 6300 złotych brutto plus dodatek mieszkaniowy, bojowy i dodatek do wypoczynku. Wymagania: ukończone 18 lat, wykształcenie podstawowe, dyspozycyjność. Niemal w każdej wsi i miasteczku, każdym mieście na Mazurach na tablicy informacyjnej napotykam podobne plakaty.

Wielu młodych chłopaków z północnych Mazur otwarcie deklaruje, że wiążą swoją przyszłość z wojskiem. Wśród nich jest Staś, który ubrany jest w różne odcienie zieleni, ma również quasiwojskowy plecak. Nosi się jak przyszły żołnierz.
– Wielu moich rówieśników myśli o karierze w wojsku. Nic w tym dziwnego. Dostaną dobrą pensję na start, stałe zatrudnienie, umowę o pracę, prędką emeryturę. Tyle że po co mi to, jeśli jedyne co później robisz, to maszerujesz ulicami Węgorzewa i czekasz aż skończysz służbę? Nie mam ochoty przez całe dni nic nie robić. Choćby moi rodzice na to naciskali – komentuje.
Nie utożsamia aktu przywdziania zielonego uniformu z nieuchronnym niebezpieczeństwem i, w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników, nie mitologizuje go. – Mój tata też pracuje w wojsku i też nosi się na zielono. Nie robi to już na mnie wrażenia – tłumaczy.
W przeciwieństwie do chłopca, stojąca obok jego koleżanka Asia nie myślała nigdy o pracy w wojsku. Nie czuła również presji ze strony rodziców. Zwraca mi jednak uwagę na co innego.
– Kiedy byłam dzieckiem, bałam się, kiedy żołnierze maszerowali przez ulice Hajnówki. Ten lęk powrócił w momencie, kiedy wraz z początkiem wojny nasiliła się częstotliwość próbnych alarmów. Często były one niezapowiedziane. Za każdym razem, kiedy słyszałam wycie syren, myślałam: „No to koniec. Za moment Rosjanie u nas będą”. Obecnie przyzwyczaiłam się już do tego dźwięku.
Młodym jest łatwiej?
Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę na stałe zmieniła trajektorię naszych losów. W tym los 20-letniego Adriana z Węgorzewa. Po ukończeniu liceum zdecydował, że potrzebuje czasu, zanim wybierze, co dalej.
– Chciałem pójść do wojska, ale prawie rok temu, kiedy w naszą przestrzeń powietrzną wtargnęły rosyjskie drony, to się zmieniło. Nie chciałem już składać przysięgi wojskowej. Bałem się umierać dla kraju. Zresztą już wcześniej odczuwałem stres związany z bliskością obwodu królewieckiego. To w końcu jeden z najbardziej zmilitaryzowanych regionów Rosji – opowiada chłopak.
Wspomina o pięknym kawałku ziemi nad jeziorem Dargin, który wciąż należy do jego ojca. Parę lat temu, kiedy rąbali tam wspólnie drewno, usłyszeli ryk odrzutowców wojskowych. Pięć maszyn przeleciało tuż nad koronami drzew. Ojca to zszokowało. – Coraz częściej mówi, że chciałby sprzedać nasz kawałek ziemi i wynieść się z Mazur – tłumaczy chłopak. – Ja wciąż kocham Mazury. Jak dostanę się na prawo, wyjadę stąd do Gdańska. Ale po studiach chciałbym tu wrócić. Nawet jeśli będziemy o krok bliżej wojny.
Przekonuję go, że to mało prawdopodobne, aby Rosja nas najechała. Mówię, że jesteśmy przecież w NATO, że na mazurskim odcinku powstała już „Tarcza Wschód”. – Ale ona nie obroni nas przed nalotem dronów – odpowiada Adrian. Obecnie powstaje jednak hipernowoczesny projekt antydronowy SAN. Wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk przekazał, że będzie to największy i najnowocześniejszy system w Europie.
Ani rząd, ani Wojsko Polskie nie szczędzą pieniędzy na wszechstronną fortyfikację ziemi polskiej i przestrzeni powietrznej nad nią. Nie przekonuje to jednak Adriana. – Będzie, co będzie – powtarza. Ciężko mu uwierzyć, że w razie wojny umocnienia przyniosą realne bezpieczeństwo jego rodzinie. Doskonale rozumiem jego zobojętnienie. Smutku, jaki odczuwa w tym momencie, nie da się załagodzić zapewnieniami i traktatami. Bo oto kolejne zapewnienie: pokolenia urodzone w latach dziewięćdziesiątych XX wieku miały być pierwszymi, które przez całe swoje życie będą miały przywilej życia w niepodległym kraju.
Od czasów zakończenia drugiej wojny światowej to tak naprawdę pierwszy moment, kiedy widmo wojny zapukało do naszych drzwi. Pokolenie Z wchodzi w dorosłość w świecie zagrożonym wojną, gdzie w siłę rośnie nacjonalizm i populizm. A wszystko to poprzedziła pandemia, która uzależniła wielu z nas od świata cyfrowego i zrujnowała nasz stan psychiczny.
Podlaskie zetki
Z Magdą rozmawiam w kawiarni w centrum Hajnówki, która jest jednym z kluczowych miast wschodniego Podlasia. Właśnie w tym regionie na przestrzeni ostatnich pięciu lat świat został wywrócony do góry nogami w związku z kryzysem uchodźczym oraz wojną w Ukrainie. Oba wydarzenia wiążą się ze znacznym wzrostem jednostek Wojska Polskiego w regionie.
Chcę, aby wyjaśniła mi, jak ostatnich pięć lat wpłynęło na codzienność Podlasian.
– Co powiedzieli ci inni? – zaczyna.
– Wielu młodych zwróciło uwagę na to, że od kryzysu uchodźczego, kiedy napłynęły tu oddziały wojskowe i policji, zwiększyła się diametralnie liczba kebabów w mieście. Twierdzą, że to ironiczne. W końcu pracują tam często emigranci. Jedna dziewczyna wspomniała z kolei, że wojskowi są bardzo natarczywi w sposobie flirtu. Potrafią ją i jej koleżanki zatrzymać na światłach tylko po to, aby poprosić którąś z nich o rękę.
– To wszystko?
– Pewien chłopak powiedział mi o szkole w Dubiczach Cerkiewnych, gdzie przez moment stacjonowała jednostka wojskowa. Podobno po klasach były porozrzucane butelki po alkoholu. W tej samej szkole, w ramach integracji z miejscową młodzieżą, wojsko zorganizowało dzień zapoznawczy. Dzieci wskakiwały na furgonetki wojskowe i bawiły pod nadzorem służb. Pewna matka wspominała mi później, że rodzice zwrócili dyrekcji uwagę. „Jak to: nasze dzieci bawią się na tych samych samochodach, którymi później wypychani są za granicę uchodźcy?” – zapytali. Był to ostatni dzień zapoznawczy, jaki zorganizowano.
Po wysłuchaniu moich odpowiedzi, chętnie kontynuuje:
– Najbardziej dotknęło to młodzież w moim wieku, bo cztery lata temu byliśmy już zbyt świadomi, aby rodzice mogli nam wcisnąć jakiś kit. Bardziej od nich bały się tylko babcie, które słyszały przelatujące nad nami odrzutowce, później z kolei patrzyły na to, co się dzieje za progiem ich domu i myślały, że ich prawnuki są zagrożone, tak jak kiedyś one. Z kolei nastolatki, które kończą teraz osiemnaście, dziewiętnaście lat obecnie nie są poruszone obecnością wojska.
– Chodź, przejedźmy się – proponuje Magda. Jedziemy w stronę Mazur drogą nr 685, na której rozstawionych jest najwięcej służb wojskowych i policji. Mają za zadanie pilnować, aby nie dochodziło do nielegalnego przemytu uchodźców do Polski.
– Ja tam lubię z nimi rozmawiać. Ale bywa to bardzo męczące. Szczególnie zimą, kiedy wracałam z Lublina do Hajnówki. Na tym odcinku miewałam aż siedem kontroli. W końcu wyrzuciłam klapę z bagażnika, żeby inspekcja trwała jak najkrócej.
Magda wykształciła wiele innych rytuałów związanych z kontrolami i widmem wojny ze wschodu. Poza obowiązkowym dokumentem tożsamości, który wszędzie ze sobą nosi, stara się zawsze mieć pełen bak na wypadek, gdyby doszło do inwazji Rosji i trzeba jechać na zachód. Przed wyjściem z domu zawsze ładuje telefon. Jej zdaniem nawyk ten ma wiele zastosowań: sprawdziłby się w wypadku najazdu imperialnego agresora ze wschodu, ale przydaje się również, gdy dzwoni mama z prośbą o dokupienie masła, a ciebie zatrzymała straż graniczna i wiesz, że będziesz w domu później niż zwykle.
Pytam, jak codzienne obcowanie z kwestiami okołomilitarnymi wpływa na jej codzienność.
– Ch*jowo, bo wpływa nie tylko na codzienność, ale i na dni odświętne – mówi bez ogródek. Opowiada mi o otoczonej terenem wojskowym Górze Krynoczka, miejscu świętym dla miejscowej ludności prawosławnej. – Z uwagi na bazę wojskową społeczność wierzących mogła korzystać z uzdrawiających sił źródełka, płynącego z jej szczytu, jedynie parę razy w roku. Kiedy jednak wybuchł kryzys uchodźczy, a później rozpoczęła się wojna w Ukrainie, miejscowych doszły słuchy, że miejsce to zostanie zamknięte na amen. Obecnie ten lęk jest dla nich już częścią świątecznej atmosfery – komentuje.
Przed nami zaparkowany na poboczu cmentarza jeep Straży Granicznej. Policjant macha w naszą stronę czerwonym lizakiem, a Magda zjeżdża z drogi. Żartuje ze strażnikami, że chciała pokazać mi prawdziwe Podlasie. Teraz, dzięki zatrzymaniu, udało jej się. Żandarmi śmieją się nieco i puszczają nas po zajrzeniu do bagażnika i wylegitymowaniu dziewczyny.
Top 3 najgorszych rzeczy, jakie przydarzyły się ludziom na Podlasiu według Magdy
- Ludzie stali się wobec siebie bardziej nieufni. Nie przesiadują w miejscach publicznych i stali się bardziej ksenofobiczni wobec Ukraińców i Białorusinów (nie mówiąc już o osobach spoza Europy). Nawet Magda.
Choć nie tylko tam. Weźmy choćby kwestię stosunku Polaków do Ukraińców. Z badań CBOS-u wynika, że choć w 2022 roku, tuż po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, aż 94 procent Polaków opowiadało się za tym, aby przyjąć ich do Polski, w ubiegłym roku za tym samym opowiadało się już jedynie 48 procent badanych. Z kolei aż 48 procent było temu przeciwnych.
- Obecność wojska. – Najpierw przeloty samolotów i helikopterów były przerażające. Człowiek zastanawiał się, co się wyrabia obok jego podwórka. Obecnie, kiedy przyzwyczailiśmy się do tego, że wojsko tu jest, liczba kontroli zelżała. Zastanawiamy się, dlaczego nie ma ich już tu aż tyle? Czy to dobry znak? – myśli Magda.
- Drastycznie wzrósł poziom stresu. – Na UMCS-ie zorganizowano nawet program psychologiczny dla osób przy wschodniej granicy. Niektórym to pomogło. Nie ma jednak pozauniwersyteckich inicjatyw tego typu, bo każdy stara się jak najszybciej zapomnieć o wojnie i kryzysie uchodźczym.
***
Zostawiam za sobą Hajnówkę i zjeżdżam rowerem z drogi nr 685. Na poboczach Podlasia nic się nie zmieniło. W mniejszych miejscowościach przyszłe pokolenia, tak jak wiele innych przed nimi, nasiąkną traumą ostatnich pięciu lat. Zapomną, że kiedyś było inaczej. I może dopiero za parę dekad będzie powszechnie wiadome, że młodzież, która dorosła w tym regionie, przeżyła dzieciństwo inne od tego, jakiego doświadczyły dzieci z centrum, północy, południa i zachodu Polski. W przeciwieństwie do wielu, Magdy nie przeraża ta inność.
– Chodź, zobaczysz żuberki, zanim wyjedziesz. To takie nasze tutejsze krowy – uśmiecha się.
Piękna ta inność, pasąca się na skraju zieleni. Unikat na skalę świata.
This issue was published as part of PERSPECTIVES – the new label for independent, constructive and multi-perspective journalism. PERSPECTIVES is co-financed by the EU and implemented by a transnational editorial network from Central-Eastern Europe under the leadership of Goethe-Institut. Find out more about PERSPECTIVES: goethe.de/perspectives_eu.
Co-funded by the European Union. Views and opinions expressed are, however, those of the author(s) only and do not necessarily reflect those of the European Union or the European Commission. Neither the European Union nor the granting authority can be held responsible.

