Werbalny atak na pochodzącą z Ukrainy dziewczynkę w bielskim autobusie; strzały z wiatrówki w twarz Ukraińca pracującego we wrocławskim sklepie; pobicie Polaka wziętego za Ukraińca w Łodzi; najście i tropienie banderowców w biurze Ukrainki w Poznaniu.

To długa, ale i niepełna lista incydentów na tle ksenofobicznym, o których mogliśmy przeczytać w ostatnich dniach. „Lista incydentów” to oksymoron, powiedzą państwo. W końcu „incydent” to coś rzadkiego, jednostkowego. Mnogość takich zdarzeń, składających się na niekrótką przecież wyliczankę, wyklucza ich sporadyczność.

Obydwu słów użyłem jednak świadomie. Stwierdźmy wpierw oczywistość.

Każdy atak na tle ksenofobicznym to o jeden atak za dużo. A więc i lista z choćby jednym przypadkiem jest listą za długą.

Bądźmy jednak też realistami. W każdym społeczeństwie żyją ludzie o ksenofobicznych przekonaniach, agresywni, zmanipulowani do nienawiści, wyładowujący swoje frustracje na słabszych lub innych, a niekiedy tacy łączący wszystkie te cechy. Takie przypadki niestety zdarzały się zawsze i niestety zdarzać się będą.

Ksenofobia w Polsce – co mówią statystyki?

Zaryzykuję jednak tezę, że biorąc pod uwagę skalę migracji do Polski w ostatnich latach, liczba przejawów agresji na tle narodowościowym, choć rośnie, jest ciągle relatywnie niska. Podeprę tę opinię autorytetem prof. Macieja Duszczyka, architekta rządowej strategii migracyjnej, który na portalu X napisał: „Włączanie Ukraińców do polskiego społeczeństwa przebiega dobrze. Wydarzenia, spowodowane decyzją Zełeńskiego oraz wypowiedziami polskich populistów z PiS czy Konfederacji, to nadal incydenty”. Dopytany o podstawy tego twierdzenia, wyjaśnił: „Metodologia jest bardzo jasna. Chodzi o skalę napływu w czasie w zestawieniu z aktywnością na rynku pracy, spełniania obowiązku szkolnego, skali incydentów na tle narodowościowym i deklaracji wyjazdu lub pozostania. Wszędzie jest zdecydowanie dobrze”.

Polacy są dużo bardziej tolerancyjni niż mogłoby się to wydawać, nie tylko w kontekście Ukraińskich imigrantów. Potwierdzają to także badania opinii publicznej, które przeprowadziliśmy w More in Common w ubiegłym roku i opisaliśmy w raporcie „Porozmawiajmy poważnie o migracjach”. Polki i Polacy jednoznacznie pozytywnie oceniają osobiste spotkania z cudzoziemcami. Wśród osób, które miały kontakt z obcokrajowcem świadczącym usługi, 69% oceniało ten kontakt pozytywnie, a zaledwie 7% negatywnie. Relacje z kolegami lub koleżankami z pracy pochodzącymi z zagranicy dobrze oceniło 76% badanych, negatywnie – tylko 6%. Równie dobrze oceniamy współżycie sąsiedzkie z obcokrajowcami – 72% je sobie chwali, 7% ocenia krytycznie.

Społeczeństwo polskie dobrze radzi sobie z integracją cudzoziemców, przede wszystkim Ukraińców, ale i obcokrajowcy skutecznie się integrują i zadomawiają w Polsce.

Otwarta niechęć i wrogość na tle narodowościowym nie są zjawiskiem powszechnym. Dlatego daleki jestem od stawiania tez o brunatnieniu polskiego społeczeństwa.

Dzieje się jednak coś złego.

Kto zyskuje na antyimigranckiej narracji?

A to dlatego, że ów (rosnący) margines część elit politycznych i opiniotwórczych ośmiela, wzmacnia i wnosi do mainstreamu. Na poziomie politycznym na prawicy – ostatnio z wydatną pomocą prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełeńskiego – trwa wyścig na antymigracyjny i antyukraiński radykalizm. Nie tylko środowisko Grzegorza Brauna ma swoje samozwańcze patrole, które nagabują obcokrajowców i udają służby.  Istnieje też przecież Ruch Obrony Granic Roberta Bąkiewicza, pod patronatem Prawa i Sprawiedliwości – partii, pod której rządami rozpoczęły się masowe migracje do Polski.

Także liberałowie grywają na antymigranckiej nucie, nawet jeśli zdecydowanie ciszej od prawicy – wystarczy wspomnieć kampanię prezydencką Rafała Trzaskowskiego i postulat zaostrzenia zasad przyznawania 800+ Ukraińcom.

Swoje robią też media – do radykalizmu tradycyjnych mediów prawicowych przywykliśmy, ale swoją cegiełkę do normalizowania skrajnych zachowań konsekwentnie dokłada także Kanał Zero. Krzysztof Stanowski najście na legalnie działające biuro wspierające migrantów w sprawach urzędowych nazwał „zawracaniem ludziom dupy” i porównał do aktywności świadków Jehowy, jednocześnie podsycając kłamliwą narrację o migrantach legalizujących pobyt w Polsce innym migrantom (sic!) i utracie kontroli przez państwo.

Atak na dziewczynkę z Ukrainy Stanowski natomiast skwitował komentarzem o tym, że „każde dziecko musi w Polsce czuć się bezpieczne. A każdego zwyrola naruszającego poczucie bezpieczeństwa dziecka – rozebrać, przywiązać do słupa na rynku, upokorzyć”. Oprócz uzewnętrznienia tradycyjnych już dla siebie fantazji o samosądach i publicznej przemocy, Stanowski pominął – nie mam wątpliwości, że świadomie – sedno sprawy.

Dziewczynka nie została zaatakowana dlatego, że była dzieckiem, ale dlatego, że była Ukrainką.

Czyżby Stanowski przemilczał ten aspekt, bo inaczej konieczna byłaby refleksja, że oswajanie swojej publiczności z Grzegorzem Braunem czy Braćmi Kamratami nie tylko przyniosło kolejne zera na koncie, ale niesie też za sobą konsekwencje społeczne?

Nazwać zło złem – czy to wystarczy?

Michał Szułdrzyński, redaktor naczelny Rzeczpospolitej, przestrzegając przed narastającą agresją wobec Ukraińców w Polsce apelował: „Odpowiedzialny polityk to nie ten, który surfuje po fali społecznych niechęci, ale taki, który ma odwagę zło nazwać złem, podłość podłością. To ten, który potrafi iść pod prąd”. W rzeczywistości politycy robią coś gorszego. Nie tyle płyną z prądem antyukraińskich i antymigranckich nastrojów, ale sami je napędzają i tworzą warunki, które napędzają agresję.

Radykalizacja spływa z góry od elit politycznych i opiniotwórczych. A następnie rozlewa się i truje resztę społeczeństwa.

I proszę nie zrozumieć mnie źle – nie chodzi w tej sprawie o kształt polskiej polityki migracyjnej. Możemy szeroko otworzyć nasze granice, możemy też je szczelnie zamknąć – obydwie opcje i wszystkie pośrednie mieszą się w demokratycznym spektrum. Natomiast

wszystkim ludziom, którzy żyją już w Polsce należy się ochrona i szacunek, a przemoc i jej źródła musi spotkać się z jednoznacznym potępieniem – bez owijania w bawełnę, bez usprawiedliwiania i relatywizowania, bez szukania alibi.

Być może politycy i liderzy opinii, zaślepieni cynizmem i skrzywionym obrazem rzeczywistości, jaki obserwują w mediach (anty)społecznościowych czy własnymi uprzedzeniami, nie dostrzegają, jak wiele jest na szali. Dżina raz wypuszczonego z lampy bardzo trudno jest zagonić do niej z powrotem. Wiemy to z naszej historii. Fala agresji rozlewa się i zatacza coraz szersze kręgi, a gdy nie postawi się jej tamy, może ostatecznie zagrozić nawet samym fundamentom politycznej wspólnoty. W II Rzeczpospolitej ofiarą nagonki na mniejszości narodowe stał się ostatecznie prezydent Gabriel Narutowicz, zamordowany przez prawicowego fanatyka.

Słowa mają konsekwencje. Kiedy politycy i opiniotwórcze media zamieniają strach przed migrantami w polityczny kapitał, nie mogą udawać zaskoczonych, że przekłada się on na przemoc wobec ludzi uznanych za obcych. Taka jest cena cynicznej polityki. I wszyscy ją zapłacimy.