„To inwazja”. Tak hiszpański premier Pedro Sánchez określił ubiegłotygodniowy nagły napływ 60 tysięcy marokańskich migrantów do 84-tysięcznej hiszpańskiej enklawy Ceuta na marokańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego.
Maroko nie uznaje hiszpańskiej suwerenności nad Ceutą i drugą hiszpańską eksklawą – Melillą. Określa je mianem terytoriów okupowanych, a marokańscy pogranicznicy nie usiłowali powstrzymać migrantów, więc oskarżenie mogłoby nie być bezpodstawne. Ale hiszpański premier nie przedstawił żadnych dowodów na aktywny udział Rabatu w “inwazji”. A wręcz chwalił pomoc władz marokańskich w przyjmowaniu migrantów z powrotem, gdy przekonali się, że w Ceucie nie ma dla nich ani pracy, ani nawet jedzenia czy wody. Pozostało ich w Ceucie kilka tysięcy, głównie nieletnich, oraz ciała około setki osób, które utonęły bądź zostały zadeptane podczas próby dotarcia do enklawy. Pozostali wracają tak, jak przybyli – z pustymi rękami i rozpaczą w oczach.
Komu to było na rękę?
Do masowej migracji doszło zaledwie w dwa dni po uroczyście celebrowanej w Maroku dorocznej mowie tronowej króla, co także przemawia przeciwko hipotezie o celowym działaniu Rabatu. Mohammed VI wychwalał w niej sukcesy kraju pod swoim panowaniem, a tuż potem dziesiątki tysięcy jego poddanych ryzykuje przepłynięcie pięciu kilometrów morzem wpław, w nadziei na pracę i lepszą przyszłość.
Bezpośrednim bodźcem do tego exodusu było, jak się wydaje, orzeczenie hiszpańskiego Sądu Najwyższego z 8 lipca, zabraniające automatycznej deportacji z afrykańskich eksklaw uchodźców, którzy przybyli tam nielegalnie. Najpierw powinny być ustalone indywidualne okoliczności w jakich to się stało. Chodziło o obronę praw osób, które miałyby szanse na azyl, ale w marokańskim internecie zinterpretowano to jako znak, że droga do Europy stanęła w Ceucie otworem, wystarczy dopłynąć.
„Pedro Sánchez to kłamca. Powiedział nam, że jeśli przybędziemy, dostaniemy dokumenty i pracę, ale odesłali nas z powrotem”, powiedział reporterowi AP Adam Assil z Casablanki.
Hiszpański premier niczego takiego nie powiedział – ale w ubiegłym roku postanowił zalegalizować w Hiszpanii pobyt ćwierć miliona migrantów. Trudno się dziwić, że Assil i dziesiątki tysięcy innych uznali to, oraz szeroko w Maroku nagłośnione orzeczenie Sądu Najwyższego, za zachętę.
Politycy będą ratować przed inwazjami
Nie tylko oni zresztą: okazując zdumiewający brak europejskiej solidarności, 22 państwa UE potępiły Madryt za rzekome wspieranie nielegalnej imigracji do Europy, a Dania i Włochy wręcz zażądały zawieszenia Hiszpanii w Schengen. Nie przeszkadzało im, że z Ceuty nie ma jak się dostać do Hiszpanii, o Danii czy Włoszech nie wspominając, bez ważnych dokumentów, a żądanie zawieszenia jest prawnie niewykonalne. Tu bowiem już nie o politykę międzynarodowa, lecz o wewnętrzną chodzi.
Kadry z Ceuty będziemy odtąd oglądali, jako dowód na groźbę, jaka rzekomo zawisła nad Unią, w każdej europejskiej kampanii wyborczej, i każda partia będzie nas przekonywała, że to ona nas ochroni przed zagrożeniem.
Groźba rzeczywiście istnieje, ale jest nieco innego rodzaju. Powody do migracji nie znikną: bezrobocie wśród młodych Marokańczyków sięga 40%, a w Unii jest dla nich praca, której Europejczycy już wykonywać nie chcą.
Jeżeli UE nie wypracuje wspólnej polityki migracyjnej, szanującej zarówno wymogi rynku, jakprawa człowieka i konieczność kontroli granic, każda zmiana w polityce migracyjnej któregoś z państw członkowskich, jeśli zostanie uznana za korzystną dla migrantów, może zaowocować nową Ceutą.
Co więcej, taką interpretację zmian można wygenerować.W marokańskich mediach społecznościowych zaroiło się, po lipcowym orzeczeniu hiszpańskiego Sądu Najwyższego, od zachęt do skorzystania z okazji i praktycznych rad w co się wyposażyć i którędy płynąć. Niektóre wpisy ponaglały, bo okazja na dotarcie do Europy wpław może się skończyć.
Pojawiły się głosy, że ta nawałnica postów mogła być sterowana. „Nie ma jeszcze żadnych dowodów łączących bezpośrednio Stany Zjednoczone czy Izrael” z tym kryzysem migracyjnym – pisze z nutką żalu komentator poważnego portalu „New Lines Magazine”. Brzmi to jak sugestia, że w przyszłości dowody będą, a tymczasem musimy się zadowolić pośrednimi. Z tych ostatnich najmocniejszy jest tweet Jaira Netanjahu, syna izraelskiego premiera, w którym złośliwie sugeruje arabskim bojownikom narodowowyzwoleńczym, by się raczej zajęli dekolonizacją Ceuty i Melilli.
Trochę to słabe, ale wszak izraelski ambasador przy ONZ właśnie zamieścił na X podobną sugestię. Wprawdzie – będąc, inaczej niż syn premiera, publicznym funkcjonariuszem – został natychmiast zdezawuowany przez własny MSZ, ale i tak hiszpański minister transportu skomentował „No to sprawy zaczynają się wyjaśniać”.
Rzecz w tym oczywiście, że potępienie przez Hiszpanię wojen w Gazie i Iranie istotnie budzi oburzenie Jerozolimy i Waszyngtonu. Oba państwa mogłyby mieć ochotę, by w odpowiedzi Madrytowi zaszkodzić.To jednak jeszcze nie dowód na to, że namawiały Marokańczyków do inwazji Ceuty, zwłaszcza że „nie ma jeszcze bezpośrednich dowodów” na aprobatę Rabatu. Już prędzej można by podejrzewać o to przestępczość zorganizowaną, która na tego rodzaju niekontrolowanych migracjach z reguły zarabiają. Albo, jako że ucieczka 60 tysięcy poddanych w dwa dni po mowie tronowej kompromituje jednak marokańskiego monarchę, oskarżyć o jej sprowokowanie Algierię, arcywroga Rabatu.
Chyba, że jednak było odwrotnie, i to Maroko zorganizowało „inwazję”, żeby ukarać Hiszpanię za zbliżenie z Algierem. W końcu na dziesięć dni przed nią premier Sánchez złożył w Algierii udaną wizytę. A Rabat już raz użył migracji jako broni, wysyłając w 2021 roku do Ceuty pięć tysięcy migrantów. Była to kara za to, że Hiszpania zgodziła się na przyjęcie do szpitala Brahima Ghalego, przywódcy Polisario, zachodniosaharyjskiego ruchu oporu. Maroko anektowało Saharę Zachodnią w 1975 roku i uznało pobyt Ghalego w szpitalu za akt wrogi. Madryt się ugiął, uznał aneksję Sahary i kryzys migracyjny się skończył.
I chyba w konsekwencjach inwazji z 1975 roku należy upatrywać szerszych konsekwencji kryzysu wokół Ceuty. Maroko swej całkowicie bezprawnej okupacji dokonało wysyłając na terytorium byłej hiszpańskiej kolonii w „Zielonym Marszu” 350 tysięcy cywili, dla porządku wspieranych przez czołgi. Dziś na przylegającej do Algierii nieokupowanej części jej terytorium i w obozach uchodźców w samej Algierii, żyje jedna piąta Saharyjczyków. Pozostali są już mniejszością we własnym kraju, zdominowanym przez marokańskich osadników i gospodarczo eksploatowanym przez Rabat.
Status quo stopniowo uznały inne państwa; jego akceptacja przez Jerozolimę i Waszyngton była ceną za przystąpienie Rabatu do Porozumień Abrahamowych. Następnie dołączyła Hiszpania i inne kraje Unii, aż w ubiegłym roku Rada Bezpieczeństwa uznała marokańską suwerenność nad Saharą. Dziś prawa do samostanowienia Saharyjczyków broni jedynie Algieria w ramach wrogości do Maroka, RPA w ramach antykolonialnej solidarności i Iran w ramach solidarności antyizraelskiej.
Trudno uniknąć hipokryzji
Dla Rabatu saharyjski precedens jest podstawą do roszczeń do Ceuty i Melilli, choć żadne z tych terytoriów nigdy nie należało do Maroka, a hiszpańska suwerenność nad enklawami trwa od setek lat. Są one oczywiście – jak Falklandy, Nowa Kaledonia czy Gibraltar – pozostałościami europejskiej kolonialnej przeszłości, ale trudno powoływać się na ich prawo do samostanowienia, skoro ich mieszkańcy chcą kontynuacji status quo.
Trudno tu uniknąć hipokryzji: Maroko żąda przekazania mu enklaw a samo kolonizuje Saharę. Hiszpania eksklaw broni, ale żąda zwrotu Gibraltaru. Pro-palestyńska flotylla do Gazy miała też wciągnąć na sztandary solidarność z Saharą, ale zrezygnowała, bo uznano zapewne, że nie można, w imię walki z domniemanym kolonializmem izraelskim, przeciwstawiać się realnemu kolonializmowi arabskiemu.
UE bojkotuje produkty izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu, lecz eksploatuje zasoby Sahary Zachodniej. USA uznają eksklawy za „administrowane przez Hiszpanię miasta na terytorium Maroka”, ale same zgłaszają pretensje terytorialne do Grenlandii. Właściwie jedynie Izrael jest tu konsekwentny: anektował Golan i uznał marokańską aneksję Sahary.
Nic nie wskazuje na to, by tym razem za rzekoma „inwazją” stał Rabat. Ale Maroko istotnie może igrać z myślą o powtórce z „Zielonego Marszu”. Eksklawy nie są, inaczej niż sama Hiszpania, formalnie częścią UE, nie obejmują ich też gwarancje bezpieczeństwa NATO. Ich bezkrwawą aneksję poparłyby i USA, i antyamerykańskie globalne Południe, zaś Unia, akceptując aneksję Sahary, poważnie osłabiła podstawy do ewentualnego sprzeciwu.
Trudno więc się dziwić, że Hiszpanom na widok wychodzących z morza Marokańczyków cierpnie skóra. Zaś Saharyjczycy pewnie odczuwają coś w rodzaju Schadenfreude.