Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Cztery lata temu rząd przygotował dla obywateli poradnik na czas kryzysu i wojny, rok temu rozsyłał go do domów. Od 2022 roku działa aplikacja z lokalizacją najbliższych miejsc schronienia, bo nie schronów – tych wciąż brakuje. Czy obywatel, który usłyszy syreny wie, co robić?

Weronika Grzebalska: Poradnik na wypadek kryzysu jest bardzo potrzebny. Problem w tym, że samo przekazanie ludziom informacji nie wystarczy do zbudowania społecznej gotowości. 41 procent Polaków, do rąk których trafił poradnik, nie podjęło żadnych rekomendowanych w nim działań.

Trudno jest zachęcić ludzi do mobilizacji wokół bezpieczeństwa w obecnej sytuacji, kiedy z jednej strony mamy wzmożone ataki, ale jednak poniżej progu otwartej wojny. A Polacy są tym tematem coraz bardziej zmęczeni.

Natomiast, co do zasady, to świetnie, że rząd przygotowuje społeczeństwo na kryzys. 

Tylko czy robi to dobrze?

Podjęte działania należy ocenić pozytywnie. Są jednak niewystarczające. Nie towarzyszy im też spójna, zintegrowana strategia obrony powszechnej – wciąż bowiem nie mamy takiego doktrynalnego dokumentu. 

Poradnik jest podobny do tych, jakie publikują inne kraje. Od niedawna Ministerstwo Spraw Wewnętrznych we współpracy z organizacjami społecznymi, takimi jak Ochotnicze Straże Pożarne i Polski Czerwony Krzyż, prowadzą też szkolenia z ochrony ludności. Docierają z nimi do cywilów, do kobiet, do lokalnych organizacji społecznych.

Natomiast problemem jest to, że ludzie wciąż nie wiedzą, z czym ten nowy system obrony powszechnej jeść. Nie ma ogólnospołecznej świadomości, że państwo w ogóle buduje system obrony powszechnej, na czym polega odporność społeczna, kto ma jakie zadania. 

Wiem to z wywiadów jakościowych, które przeprowadziliśmy wraz z zespołem, przygotowując dla Fundacji Batorego raport „Filar, a nie zaplecze. Kobiety w obronie powszechnej i odporności w Polsce”. Oczywiście wywiady jakościowe nie są reprezentatywne, ale pozwalają zrozumieć, co stoi za postawami wobec obronności. 

Brakuje strategii obrony powszechnej. O naszych rolach w systemie każdy podmiot – wojsko, premier czy różne resorty – mówi do nas nieco inaczej. O tym chaosie komunikacyjnym pisał w naszym raporcie profesor Marcin Kotras. Tymczasem ideą obrony powszechnej jest kompleksowość. Dyskurs musi być zintegrowany, usystematyzowany, zakomunikowany w jednolity sposób.

Jest jeszcze inny problem, który widzę, gdy rozmawiam z ekspertami od „wąskiego” bezpieczeństwa. Wpadają oni w coś, co nazywam „technokratycznym solucjonizmem” – oczekiwaniem, że parę magicznych instrumentów rozwiąże wszystkie problemy. 

Logika „będziemy odporni, gdy wydrukujemy poradnik, przygotujemy aplikację lub wprowadzimy powszechne szkolenia” nie działa w praktyce. 

Być może my, którzy pracujemy w naukach społecznych, intuicyjnie wiemy, że zasobów takich jak kapitał społeczny, zaufanie czy spójność nie buduje się jednym narzędziem. Trzeba mieć zintegrowany plan, działać wielopoziomowo i myśleć w długim horyzoncie czasowym.

Czego konkretnie brakuje? 

Badacze, którzy zajmują się tym tematem, ostrzegają ostatnio przed tendencją, by o odporności myśleć ilościowo i technokratycznie. A odporność społeczna nie jest czymś, co można obiektywnie zmapować, potem zmierzyć ilościowo checklistą i na koniec „wyprodukować” przez komplet narzędzi, takich jak poradnik, plecak ewakuacyjny czy szkolenie kryzysowe. 

Odporność buduje się też w innych sferach niż ścisłe zarządzanie kryzysowe. Ujmując to najbardziej konkretnie – odporność zyskujemy także dzięki budowaniu jakościowych relacji społecznych oraz między państwem a obywatelami. Najlepiej działa w społeczeństwach, które mają spójność społeczną, zaufanie do siebie nawzajem i do państwa.

I właśnie to jest chyba najtrudniejszym zadaniem dla naszych elit politycznych: zbudowanie powszechnego poczucia, że państwo jest rzeczywiście – a nie tylko deklaratywnie – wspólną wartością, którą warto chronić.

Jak zbudować w społeczeństwie „kulturę obronności”, czyli świadomego reagowania na zagrożenie? 

W mojej Polsce marzeń istniałaby specjalna komórka międzyrestortowa, która zajmowałaby się wzmacnianiem odporności kompleksowo – badaniami, mapowaniem aktorów, ale też prowadzeniem kampanii, działań wspierających. 

Bo budowa odporności i kultury obronnej to projekt na przynajmniej jedno pokolenie. 

Ważne, żeby to wiedzieć i nie wpadać w fatalizm, bo patrząc na sondaże publikowane w mediach, można się przestraszyć. Te alarmują, że jest coraz gorzej i już mniej więcej tylko jedna czwarta Polaków chce bronić kraju. 

Badanie Eurobarometr pokazało zresztą, że Polacy są w wielu aspektach dużo gorzej przygotowani na kryzysy niż inni Europejczycy. Chlubimy się przed Zachodem tym, że jako państwo przyfrontowe i sąsiadujące z Rosją lepiej ją rozumiemy i realistycznie postrzegamy zagrożenie. Ale nie prowadzi nas to do przygotowania zapasów leków, które stale przyjmujemy, posiadania zapasów wody, latarki czy kopii dokumentów.

Widząc to wszystko, łatwo dojść do fatalistycznej diagnozy, powracającej od dekad w europejskich debatach: że społeczeństwa dobrobytu przedkładają inne wartości ponad wspólnotowość i poświęcenie. A zatem utraciły zdolność do wspólnego działania w obronie państwa. 

Na postawy społeczne można jednak wpływać. To, jak postrzegana jest jedność NATO czy elity polityczne, może się zmienić. Poza tym prywatne media, które zamawiają sondaże, chcą, żeby się klikało. Więc w sondażach pytanie: „Czy będziesz bronił kraju?”, często redukuje całe spektrum zachowań do fałszywej alternatywy, w której albo walczysz, albo nie robisz nic. A przecież obrona powszechna to dużo więcej.

Ale już teraz trzeba się bronić, bo wojna naprawdę dotarła do Europy. Na terytoria europejskich państw wlatują rosyjskie drony, rakiety uderzają w elektrownie, na tory kolejowe podkładane są ładunki wybuchowe, wywoływane są pożary. 

Dlatego fatalizm tym bardziej nie jest dobrym doradcą. W raporcie dla NATO Roderick Parkes pisze wręcz, że pesymizm elit może stać się samospełniającą się przepowiednią. Jeżeli z góry zakładamy, że ludzie nie będą nic robić, przestajemy szukać lepszych kanałów komunikacji i sposobów ich angażowania. 

A przecież mamy przykłady różnych kryzysów ostatnich lat, w czasie których ujawnił się potencjał współpracy w polu odporności. 

Przypomnijmy przyjęcie uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy w 2022 roku i tę ogromną oddolną mobilizację. Albo mobilizację sołtystek i sołtysów oraz organizacji społecznych w czasie powodzi. A także różne nowe otwarcia i sieciowania – ostatnio na przykład Rady Kobiet i Koła Gospodyń Wiejskich podpisały wraz z sołtyskami deklarację współpracy na rzecz ochrony ludności.

Sporo przykładów pokazuje, że wcale nie jest tak źle. Nie mamy systemu obrony powszechnej, ale mamy dużo „wyspowych” przejawów obywatelskiej kultury obronnej. 

Działają różne instytucje, obywatele i inicjatywy – i nie jest ich mało. Być może nawet wystarczająco i trzeba by je tylko mocniej wesprzeć, by docierały do kolejnych ludzi.

Co to za instytucje i inicjatywy?

Początkowo były to organizacje paramilitarne, które istniały od lat dziewięćdziesiątych, ale stały się bardzo widoczne po zajęciu Krymu w 2014 roku i opowiadały się za budową Wojsk Obrony Terytorialnej. 

To zazwyczaj organizacje o profilu prawicowo-patriotycznym i związane z prawicą. 

Są one jednak propaństwowe, a nie partyjne. Ich uczestnicy częściej mogą mieć nachylenie konserwatywne, prawicowe, ale ich celem nadrzędnym jest jednak obrona państwa i społeczeństwa przed Rosją, a nie działania polityczne.

W ostatnich latach powstają jednak też proobronne inicjatywy lewicowe – na przykład Stowarzyszenie im. Pużaka czy te wokół klubów Dwóch Lewych Rąk. W odporność zaczęły angażować się także organizacje, które nie interesowały się dotąd obroną i militariami. To NGO-sy, które na co dzień zajmują się wolontariatem, pomocą społeczną, społecznościami lokalnymi. Dziś wiele z nich mobilizuje się wokół ochrony ludności, jak na przykład Ochotnicza Straż Humanitarna Fundacji Folkowisko.

Te NGOsy, włączające się w cywilną stronę obronności skuteczniej niż organizacje paramilitarne, mobilizują liberalno-lewicową stronę naszego społeczeństwa. Myślą też o obronie szerzej. Przy okazji przygotowania na kryzysy budują coś trudniejszego do stworzenia odgórnie przez państwo czy wojsko – lokalne sieci, zaufanie i poczucie sprawczości. 

Co powinno zrobić państwo, żeby kształtować kulturę obronności?

Różne badania sondażowe pokazują, że Polacy, tak jak inni Europejczycy, są już zmęczeni rosyjską wojną. Mają dosyć tego, co postrzegają jako straszenie, sianie paniki. To z kolei prowadzi polityków do prostego wniosku, że może lepiej już o tym nie mówić, przyhamować trochę z budową społecznej kultury obronnej.

Nasz raport zwraca uwagę na pewien opór polityków, aby komunikować fakt, że potrzebujemy budowy systemu obrony powszechnej. I że ta inicjatywa wymaga zaangażowania obywateli i cywilnych instytucji. Nie chodzi o to, że wszyscy mamy przywdziać mundur jak w militarnej fantazji. Nie chodzi też o to, że każdy ma ochronić siebie, jak jakiś prepper w dystopijnej narracji. 

Chodzi o to, że powinniśmy czuć się częścią systemu, w którym mamy swoje role. 

Od tego, czy się przygotujemy i będziemy w stanie zapewnić sobie i rodzinie bezpieczeństwo w pierwszych godzinach kryzysu, może zależeć to, że służby będą mogły zająć się kimś, kto tego bardziej potrzebuje. Na przykład mieszkającą samotnie staruszką albo rodziną z dzieckiem z niepełnosprawnością. 

Mam jednak wrażenie, że nasze państwo nie chce tego komunikować ludziom z obawy, jak to będzie wyglądać w cyklu wyborczym, kampanijnym. Politycy mogą obawiać się, że stracą poparcie, jeśli zaczną mówić ludziom, że są częścią obrony i mają obowiązki.

Polacy stale popierają wysokie wydatki na armię. Mam hipotezę, że poza racjonalną analizą środowiska bezpieczeństwa idzie za tym też pewne myślenie magiczne. Mamy nadzieję, że dofinansowane wojsko wszystko za nas zrobi i będziemy mogli żyć jak dotąd. A to jest iluzja.

Duża część ataków poniżej progu wojny, z którymi stykamy się na co dzień, uderza przecież w społeczeństwo – w różne jego słabości i podziały. Dlatego we wspólnocie międzynarodowych analityków rośnie przekonanie, że odporność społeczna jest pierwszą linią odstraszania.

Jeśli społeczeństwo trudno zdestabilizować i nie reaguje tak, jak chciałby tego wróg, to ataki robią się bardziej kosztowne. Czyli jeśli się okazuje, że nie da się łatwo wmówić Czechom, że Polacy chcą im zabrać część terytorium, jeśli nie da się zniechęcić Polaków do przygotowań kryzysowych w duchu „to i tak nic nie zmieni”, to znacząco podnosimy koszty tych ataków. I to należy komunikować.

Tyle że polaryzacja opłaca się polskim politykom, budują na niej swoje poparcie. Ostatnio na wzniecaniu nastrojów antyukraińskich.

To jest kolejny punkt, który pokazuje, jak ważny dla odporności jest pewien podstawowy konsensus w obszarze bezpieczeństwa, tak wśród społeczeństwa, jak i wśród elit. Wiedzą o tym Finowie. Oczywiście to jest inne społeczeństwo, inna kultura polityczna i nie mamy z Finlandią na tyle dużo wspólnego, żeby kopiować jej model. Ale tam różne rzeczy działają i możemy się zastanowić, jak stworzyć coś podobnego, dostosowanego do naszych warunków. 

W Finlandii od dekad istnieją szkolenia dla elit z bezpieczeństwa narodowego, organizowane przez państwo. Jest to prestiżowe wydarzenie, którego materiały częściowo są jawne, a częściowo utajnione. Spotykają się na nim politycy, profesorowie, dziennikarze. W ten sposób buduje się rodzaj wspólnoty ponad podziałami wokół najważniejszych spraw.

Czy u nas to jest możliwe? 

Teraz mam co do tego wątpliwości, ale należy do tego dążyć. Bo jeżeli ludzie widzą, że w czasie kryzysu elity prezentują wspólny front, wpływa to także na ich zachowanie.

Warto jednak zauważyć, że i u nas w każdym większym kryzysie politycy ostatecznie zgadzali się co do spraw najważniejszych. Nasze badania fokusowe dla fundacji Batorego pokazały zresztą, że jest to silny element naszego pozytywnego autostereotypu.

Polacy uważają, że możemy się kłócić, ale w kryzysach różnice schodzą na dalszy plan i jako społeczeństwo potrafimy się zjednoczyć i współdziałać. 

To jest ważny zasób. Ale właśnie tutaj widać, jak społeczna cnota może stać się słabością. Skoro zawsze sobie jakoś radziliśmy, to po co się szkolić i przygotowywać?

Czyli możliwość zjednoczenia się w kryzysach to nasza moc, a jednocześnie przekleństwo.

Przekonanie, że w kryzysie potrafimy się zjednoczyć, improwizować, wzmacnia poczucie sprawczości, ale może też osłabiać motywację do przygotowań. Poza tym, o ile kryzys uruchamia w nas przećwiczony wielokrotnie w historii skrypt, to funkcjonujemy dużo gorzej w czasie „agresji szarej strefy”, jak teraz. Oficjalnie wojny u nas nie ma. Ale nie żyjemy też przecież w pokoju. W takich sytuacjach ciężej jest nam zbudować szeroki front dla reform.

Analitycy mówią zresztą, że to, co nazywamy wojną hybrydową, to po prostu „faza zero” regularnej wojny – kiedy Rosja testuje nasze słabości.

Obecnie dzielenie polskiego społeczeństwa wychodzi Rosjanom świetnie. Jesteśmy skłóceni, rośnie niechęć do Ukraińców i samej Ukrainy. Nasza odporność społeczna na działania Rosji w tej dziedzinie jest bardzo mała. A politykom nie opłaca się tego zmieniać. Czy w tej sytuacji nie byłoby lepiej postawić na indywidualne działania? Stworzenie schronów, których wciąż brakuje. Udostępnienie plecaków ewakuacyjnych i innych form obrony, które nie wymagają działania wspólnotowego, tylko bardziej indywidualnego?

Schronów rzeczywiście nadal brakuje, choć mówi się o nich od 2022 roku. I dlatego też mówię, że tworzenie odporności to zadanie na pokolenia. Trzeba mieć do tego wymagania techniczne, przepisy, uproszczone procedury dla obywateli, a potem wymagać tego rygorystycznie od każdego dewelopera.

Jednocześnie brak schronów stał się też swoistym wytrychem w debacie o bezpieczeństwie: dowodem na to, że państwo „nic” nie robi, a w związku z tym społeczne działania właściwie nie mają sensu. Słyszałam to często w czasie wywiadów grupowych z kobietami. To kolejna forma fatalizmu, której powinniśmy unikać. Czekając na schrony, możemy jednocześnie już dziś przygotować doraźne miejsca ukrycia, które sprawdzają się w Ukrainie.

Przepisy wymagają od deweloperów budowania miejsc doraźnego schronienia, a nie schronów. To na instytucjach państwowych spoczywa odpowiedzialność, a nie tylko na deweloperach.

Jednocześnie państwo jest dziś jakościowo innym tworem niż to z czasów dwóch wielkich wojen światowych czy nawet zimnej wojny. To chociażby państwo po dekadach prywatyzacji kluczowych sektorów. Nie ma już możliwości, aby samo zbudowało system obrony powszechnej. 

Spora część infrastruktury krytycznej i usług jest w rękach prywatnych. Zmienił się też sposób organizowania społeczeństwa. Nie mamy już masowych struktur, przez które państwo mogło przygotowywać i mobilizować obronnie obywateli – powszechnej służby wojskowej czy obowiązkowych szkoleń w zakładach pracy.

Mamy za to rozwinięty sektor organizacji społecznych, które dysponują własnymi kompetencjami, sieciami i coraz częściej chcą uczestniczyć w budowaniu odporności państwa. W tej sytuacji państwo musi raczej wyznaczać standardy i koordynować współpracę między różnymi aktorami, bo nie wszystkie potrzebne zasoby znajdują się w jego rękach.

Rząd niechętnie korzysta z oferty organizacji pozarządowych, także w innych dziedzinach.

Mówimy dużo o słabym zaufaniu obywateli do państwa. Wiemy, dlaczego tak jest, znamy kontekst historyczny i współczesny.

Ale czy państwo na pewno ufa obywatelom? Czy umie im to okazać?

Znam sporo historii organizacji proobronnych, czy w ogóle społecznych, które chcą włączyć się w budowę obrony powszechnej, ale napotykają przeszkody właśnie ze strony administracji.

Organizacje te mają poczucie, że działają na rzecz naszego dobra i państwa, ale ich zasoby i wiedza nie są dostatecznie wykorzystywane. Że państwo trochę się ich wciąż boi, utrudnia im rejestrację, chętniej włącza je do oddolnej roboty niż do planowania i współdecydowania. 

Ale jednocześnie już dziś dzieje się bardzo wiele w duchu obrony powszechnej. Zamiast budować system od zera, powinniśmy dostrzec istniejące inicjatywy, połączyć je w spójny system i na nich budować. I mam na myśli nie tylko organizacje społeczne.

W pojedynczych szkołach nauczycielki szkolą się, żeby wiedzieć, jak zachować się w kryzysie, jak mówić o tym uczniom i uczennicom. To samo się dzieje w różnych instytucjach państwowych. Gdy byłam na szkoleniach „W gotowości”, to zauważyłam, że wszystkie kobiety w mojej grupie pracowały w budżetówce, tak jak ja. I wszystkie mówiły wprost, że w czasie kryzysu będziemy przecież polegać na tych instytucjach, a one same dostaną zadania do zrealizowania. Dlatego chcą wiedzieć, co mają robić w sytuacji kryzysu. 

W raporcie postulowaliśmy zresztą, żeby kulturę obrony powszechnej wpisać w codzienne życie, jakkolwiek enigmatycznie to brzmi. Żeby jej elementy były w szkole, wspólnotach mieszkaniowych, miejscach pracy. A nawet w kościele, bo kościół bywa przecież w Polsce bardzo ważną instytucją lokalną, wspólnotową. 

Szkolenia, które słusznie oferuje nam teraz państwo, wymagają od obywateli zdecydowanej decyzji i sporego wydatku czasowego. Ośmiogodzinne szkolenie w weekend to niby nie jest dużo, ale jak ktoś ma dzieci czy dorabia po pracy, to niekoniecznie może sobie na to pozwolić. A jednorazowe szkolenie i tak nie rozwiąże wszystkich problemów. 

Czyli potrzebujemy nauki przez osmozę. Jak to wygląda w praktyce?

Kampanię plakatową „ty też jesteś częścią obrony totalnej” zrobiła niedawno Szwecja. Na naszych zamkniętych warsztatach eksperckich w Fundacji Batorego padł natomiast pomysł, żeby obronę powszechną i umiejętności kryzysowe „lokować” w kulturze popularnej. W serialu mógłby pojawić się wątek o sygnałach alarmowych albo aplikacji, w której można sprawdzić, gdzie jest miejsce schronienia. W ten sposób można też pokazywać różne szkolenia ochrony ludności. 

A jakie szkolenie może przejść matka, która ma małe dziecko? 

To jest ważna grupa, do której trzeba osobno dotrzeć. W zogniskowanych wywiadach grupowych matki małych dzieci myślały o sobie raczej w kategoriach odbiorczyń bezpieczeństwa, a nie jego aktywnych współtwórczyniach. Czyli tych, które będą czekać na wojsko albo uciekać, żeby ochronić dzieci.

Ten brak poczucia swojej roli i sprawczości sprawia, że często nie mają impulsu, żeby zainteresować się tematem i zdobyć nawet podstawowe kompetencje kryzysowe, które mogą im się przecież przydać w czasie niemilitarnych kryzysów.

Nawet uciekając, trzeba wiedzieć, jak się zachować, co rozpoznać.

I tutaj wracamy do podstaw kultury obronnej: otwartej i realistycznej komunikacji o zagrożeniach. I nie chodzi tu o straszenie. Psycholożka komentująca nasz raport zwróciła uwagę, że informacji o zagrożeniach powinien od razu towarzyszyć komunikat budujący poczucie sprawczości: co możemy zrobić jako jednostka, rodzina, sąsiedztwo i społeczeństwo, co już robi nasze państwo. Wówczas nie wywołujemy lęku i poczucia niemocy, tylko pokazujemy, że na zagrożenie można się przygotować i realnie ograniczyć jego skutki. 

Nasze wywiady z kobietami niechętnymi do zaangażowania obronnego zaprowadziły nas do obserwacji, że

jeśli kobietom uświadomi się, że mają już pewne kompetencje, że ich zasoby mogą mieć podwójne zastosowanie, to przestają myśleć o obronie jako wyłącznie zadaniu dla mężczyzn w mundurach.

I to powoduje w nich większą chęć zaangażowania.

Czyli nie narracja „musisz bronić kraju”, tylko „jesteś potrzebna, możesz działać na miarę swoich możliwości i jesteś częścią większej całości”.

Co konkretnie może dziś zrobić obywatel, by wzmacniać odporność? Gromadzić zapasy? Umawiać się z sąsiadami na wypadek kryzysu?

Mogą nas spotkać bardzo różne kryzysy i nie ma jednego uniwersalnego zestawu wskazówek. Czego innego potrzebujemy podczas powodzi, czego innego przy rosyjskim sabotażu na kolei, a jeszcze czego innego w przypadku dezinformacji.

Ale porady ekspertów zawarte w Poradniku Bezpieczeństwa układają się w coraz szersze kręgi odpowiedzialności. Zaczynamy od siebie: co potrafię i jak jestem przygotowana. Potem są rodzina i najbliżsi, dalej sąsiedztwo i lokalna społeczność, a następnie miejsce pracy, organizacje społeczne i wreszcie państwo. Na każdym z tych poziomów możemy zwiększać odporność.

Jednocześnie każdy z nas może się zastanowić, jakie ma zasoby i słabości z racji wykonywanej pracy albo funkcji społecznej. Na przykład ja jako socjolożka mogę badać społeczne postawy wobec obronności, przekładać język bezpieczeństwa na język społeczeństwa. Informatyk może się zgłosić do Cyber Legionu, dziennikarka – do CyberElfów, a członkini Kół Gospodyń Wiejskich – zorganizować mieszkankom szkolenie o dezinformacji.

Kolejna rzecz to zmiana świadomości potrzeb. Niemcy dostrzegły nagle, że nie mają żadnych schronów, bo je likwidowali. Myśleli, że już nigdy nie będą potrzebne, że w XXI wieku ważny jest już tylko rozwój gospodarczy.

To jakoś zrozumiałe, że nie budowaliśmy schronów czy że odeszliśmy od poboru powszechnego, w czasie kiedy urządzaliśmy się pod parasolem NATO i nie odczuwaliśmy bezpośrednich zagrożeń. A też sama służba wojskowa PRL-u kojarzyła nam się często z falą, niedemokratycznym reżimem i traceniem czasu. 

I z bezsensowną kulturą militarną panującą w tamtym ustroju. 

Nie jest tak, że trzeba było służbę wojskową PRL-u zachować jeden do jednego i dziś byłoby po problemie. Poparcie dla zniesienia poboru było potężne. Natomiast błędem było likwidowanie reliktów socjalistycznego militaryzmu i niebudowanie w pustym miejscu nowego systemu obrony powszechnej.

W całej Europie po upadku żelaznej kurtyny odcięliśmy się jako społeczeństwo od odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo. Przejęło ją NATO, armia zawodowa jeżdżąca na misje ekspedycyjne, wyspecjalizowane służby.

Wojny miały być daleko stąd, a my mieliśmy płacić podatki na wojsko i kibicować jego udziałowi w misjach pokojowych oglądanych w telewizji.

I to przekonanie wciąż jest obecne.