Szanowni Państwo!

Rolki z głupimi filmikami, o tym, że ktoś komuś coś zjadł albo schował. Reklamy, dużo reklam. Konflikt między aktorką i pisarką w sprawie roli w komedii romantycznej na podstawie książki pisarki. Kolejny pozbawiony sensu filmik wytworzony za pomocą sztucznej inteligencji. Zanim przedrę się do wpisu prawdziwego znajomego w mediach społecznościowych muszę grzebać jak w śmietniku, chociaż to, co podsuwają mi algorytmy, ani trochę mnie nie interesuje.

Wiem, że nie jestem sama w tej frustracji. Między innymi o tym problemie pisze Cory Doktorow, kanadyjski pisarz i dziennikarz w wydanej właśnie w Polsce książce „Gównowacenie. Jak cyfrowi giganci zmieniają nasz świat na gorsze”. Tytuł brzmi dosadnie [w oryginale – enshittification], ale wyraża to, co dzieje się w internecie. 

Media społecznościowe najpierw dostarczyły nam za darmo siebie w wersji atrakcyjnej dla nas – widzieliśmy, co piszą znajomi albo interesujące nas osoby, które obserwujemy. Potem zaczęły zarabiać na reklamach, które pojawiały się obok wpisów znajomych. Następnie poukrywały znajomych i zaczęły eksponować reklamy i to, co im się opłaca, zazwyczaj miałkie i zwyczajnie głupie.

Ale nie boją się, że odejdziemy, bo nie odchodzimy. Gorsza jest dla nas perspektywa utraty kontaktu ze znajomymi niż grzebanie w cyfrowych śmieciach.

Zwykli oszuści

O tym, że platformy cyfrowe polaryzują społeczeństwa i manipulują nimi, bogacą się na wyzysku i dewastacji środowiska, rozmawiamy już od dawna. Pisaliśmy o tym w „Kulturze Liberalnej” wielokrotnie, chociażby w rozmowie z Karen Hao, autorką książki „Imperium sztucznej inteligencji. Sny i koszmary w OpenAI Sama Altmana” czy Aleksandrą Przegalińską, badaczką z Akademii Leona Koźmińskiego. 

Bezkarność cyfrowych gigantów pokazał ostatnio przedsiębiorca Rafał Brzoska, który walczy z wykorzystywaniem swojego wizerunku w reklamach scamów, na których zarabiają media społecznościowe. Chociaż Brzoska jest znanym miliarderem i to mógłby być jego atut w negocjacjach, to i tak platformy nie usuwają tych reklam i nic nie robią sobie z jego protestów. 

Tym bardziej znaczenie mają regulacje, które miałyby zmusić platformy do większej odpowiedzialności. Mógłby pomóc prezydent Karol Nawrocki, ale zamiast tego zawetował ustawę o implementacji unijnego rozporządzenia Digital Service Act. 

„Uzasadnienie weta odwołuje się do polskiego orzecznictwa i źródeł akademickich na temat wolności słowa z wczesnych lat dwutysięcznych. Czyli sprzed wprowadzenia przez Telekomunikację Polską usługi pod nazwą Neostrada. I też wydaje się, że z takiej epoki pochodzi rozumowanie stojące za tą decyzją”, pisała Maria Magierska, stała współpracowniczka „Kultury Liberalnej”. 

Od dawna rozmawiamy też o bańkach technologicznych, które mogą pęknąć. Bigtechy chcą pieniędzy w zamian za nowe wizjonerskie obietnice. Produkty, które z czasem służą wyłącznie ich zarobkom.

Doctorow proponuje odczarowanie CEO cyfrowych korporacji i nienazywanie ich wizjonerami czy władcami, ale zwykłymi oszustami. 

I być może to jest pierwszy krok do uporządkowania rzeczywistości, którą ci „oszuści” nam stworzyli. Bo oni nie działają jak ktoś, kto oferuje coś zbawiennego, odmieniającego świat na lepsze, tylko jak zwykli szantażyści. Ten szantaż brzmi tak: albo jesteś z nami, albo nie ma cię w cyfrowej rzeczywistości, czyli tak, jakby cię naprawdę nie było. I tak: albo godzisz się z tym, że zarabiamy na tobie i dajemy ci w zamian „gównowacenie”, albo szykuj się na kryzys, gdy upadniemy.

Bo rzeczywiście upadek technologicznych gigantów wywołałby finansowe i społeczne tsunami. Nieporównywalnie większe niż upadek Lehman Brothers w 2008 roku, który był symbolicznym początkiem kryzysu na światowych giełdach. Teraz, z powodu specyfiki mediów platform internetowych, byłby to również globalny kryzys polityczny, który wzmocniłby radykalne siły polityczne. 

Ruch społeczny, a nie pojedynczy bojkot

W nowym numerze „Kultury Liberalnej” Jakub Bodziony rozmawia z Corym Doctorowem o jego najnowszych książkach – tej, którą wydało właśnie w Polsce wydawnictwo Szczeliny, i o nieprzetłumaczonej jeszcze na polski „The Reverse Centaur’s Guide to Life After AI”. 

„Ludzie myślą, że Facebook to miejsce, gdzie można spotkać się ze znajomymi. I to jest dobra część Facebooka. Zła część jest taka, że jest pełen śmieci. Wyciska z ciebie wszystko, co się da. Szpieguje cię.

[…] Jeśli nienawidzisz Marka Zuckerberga, to według niego nienawidzisz rozmawiać ze znajomymi. Tyle że to nieprawda. To, że korzystasz z Facebooka, żeby rozmawiać z przyjaciółmi, nie znaczy, że lubisz Zuckerberga. To znaczy tylko, że nienawidzisz go mniej, niż lubisz swoich znajomych”.

Doctorow twierdzi, że podejścia bigtechów do konsumentów nie da się zmienić bojkotami. Nie robią one wrażenia na globalnych gigantach. Można na nie wpłynąć jedynie ruchami społecznymi. Przypomina: „Weźmy bojkot autobusów w Montgomery, poprzez który walczono z segregacją rasową. Przez 381 dni ludzie konsekwentnie odmawiali korzystania z autobusów. Ale to nie polegało na tym, że każdego ranka ktoś mówił sobie: «Dziś pójdę do pracy pieszo»”. Organizowali spotkania, tłumaczyli swoje cele opinii publicznej i politykom, tworzyli system wspólnych dojazdów, naciskali na pracodawców, żeby nie karali spóźniających się pracowników. To był ruch społeczny”.

Ruch społeczny być może jest skuteczniejszy od pojedynczego bojkotu. Ale pierwszy krok jest prostszy: zrozumieć, że cyfrowy śmietnik, w którym codziennie grzebiemy, nie jest skutkiem przypadku. To model biznesowy platform.

Zapraszam do czytania wywiadu z najgorętszym nazwiskiem wśród autorów technologicznych. I do pozostałych tekstów w nowym numerze.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin,

Zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”