Po 1 lipca 2026 roku z ośrodków zbiorowego zakwaterowania (OZZ) zniknęło około 4,8 tysiąca osób – Ukrainek i Ukraińców, którzy tam przebywali. Katarzyna Nowakowska, wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej, w połowie lipca podawała dane mówiące, że w 182 ośrodkach zbiorowego zakwaterowania przebywa teraz niespełna 7 tysięcy osób. OZZ-etów przed 1 lipca 2026 roku także było więcej, bo 320. 

O tym, jak wygląda dziś rzeczywistość osób z Ukrainy w najtrudniejszej sytuacji – często tych najstarszych, poważnie chorych, z niepełnosprawnościami, bez środków do życia, rozmawiamy z Lali Tvalchrelidze – członkinią Zarządu Fundacji Polskie Forum Migracyjne, która od 2007 roku wspiera wszystkie osoby z doświadczeniem uchodźczym lub migracyjnym, mieszkającymi lub przebywającymi w Polsce. Polskie Forum Migracyjne zabiega o włączanie migrantów i uchodźców do polskiego społeczeństwa, przestrzeganie ich praw i przeciwdziałanie dyskryminacji. 

Sylwia Góra: Z badań CBOS-u wynika, że liczba osób, które sprzeciwiają się przyjmowaniu przez Polskę Ukrainek i Ukraińców, właśnie przewyższyła liczbę tych, które to popierają. Jest to 52 procent. Zmianę w naszym nastawieniu do uchodźców z Ukrainy widać już od jakiegoś czasu, ale w ostatnich miesiącach niechęć zamieniła się w agresję i słyszymy o kolejnych aktach przemocy. Co pani zdaniem doprowadziło do aż takiej eskalacji?

Lali Tvalchrelidze: Moje osobiste wrażenie jest takie, że sytuacja zaostrzyła się po medialnych antyukraińskich wypowiedziach polityków. Na sytuację wpłynęła narracja, że Ukraińcy zabierają miejsca pracy, że dostają od państwa więcej niż Polacy. A fakt, że Ukraińcy przynieśli do budżetu Polski 17 miliardów złotych oraz że wpłacili do ZUS zdecydowanie więcej niż świadczenia, które pobrali, zupełnie się nie przebiła. 

Często słychać argument, że Ukraińcy dostają od państwa to, co się należy Polakom. A prominentni politycy PiS-u mówią, że mężczyźni, którzy nie pracują, powinni być deportowani. 

Jeśli Ukraińcy wyjadą, jak chcą niektórzy, to chciałabym zobaczyć, kto przyjdzie na miejsce salowych, pielęgniarek, do sektora handlu i usług. 

Przyznajmy szczerze, że cudzoziemcy tacy jak Ukraińcy, ale też Kolumbijczycy, Gruzini, Ormianie, Uzbecy przeważnie idą pracować w fabrykach na przykład drobiu czy ryb, bo tam są trudne warunki i Polacy nie chcą się podjąć takich zajęć. Pracują tam, gdzie nie chcą pracować Polacy. Tylko że obiektywnie nikt tego nie wylicza, nie ocenia, nie sprawdza i łatwo jest manipulować takimi sytuacjami.

Tu nie chodzi tylko o mężczyzn. Próbuję sobie także wyobrazić, co bym czuła w sytuacji takiej jak dziś, gdybym była samotną matką, która przyjechała tu dosłownie bez niczego i musiała sobie zbudować życie od zera. Przecież to się zazwyczaj wiąże z adaptacją i swoją, i dzieci, z barierą językową. Dodatkowo, cudzoziemcy często są ofiarami oszustw. Na przykład pracodawca coś obiecuje – umowę, zalegalizowanie pobytu – a ostatecznie nie spełnia tej obietnicy.

Jeśli chodzi o dzieci, problem może być jeszcze większy. Nikt nie pytał tego dziecka, czy chce przyjechać. Ono nagle zostało wyrwane ze swojego kręgu przyjaciół, bliskich, trafiło do nowego środowiska, gdzie nie zawsze jest akceptowane. 

To też musi udźwignąć rodzic, zwykle matka. A dodatkowo znaleźć pracę, utrzymać się, zapewne wynająć mieszkanie, a wszyscy wiemy, jakie są ceny wynajmu.

Migranci nie dostają też wysokich wynagrodzeń, najczęściej to jest najniższa krajowa, funkcjonują „od pierwszego do pierwszego”. I oczywiście rozumiem, że tak żyje również wielu Polaków, ale cudzoziemcy są tutaj bez żadnego wsparcia rodziny czy kogokolwiek bliskiego.

Ale przede wszystkim pamiętajmy o tym, że jeśli chodzi o Ukrainę – w tym kraju jest straszliwa wojna. Nikt, kto sam nie przeżył sytuacji wojennej, bombardowań, nie zrozumie jaki strach i trauma towarzyszy tym ludziom. Wiem, co mówię, bo sama przeżyłam to w 2008 roku w Gruzji. 

W takiej sytuacji wszyscy, którzy wcześniej uważali się za patriotów, zabierają swoje dzieci i próbują je wywieźć jak najdalej, w bezpieczne miejsce. I to jest absolutnie normalny odruch ludzki.

Jednak politycy nie na to zwracają uwagę ludzi. Urządzają nagonkę na osoby z Ukrainy. Agresywne wypowiedzi przedstawicieli elit politycznych dają ludziom przyzwolenie na przemoc. Agresorzy mogą myśleć, że za swoje zachowanie nie poniosą konsekwencji. Owszem, ostatnio słyszymy, że sprawcy przemocy wobec osób z Ukrainy są zatrzymywani przez policję, ale tak naprawdę nie wiemy, co dalej się z nimi dzieje. 

A ofiarami są nie tylko Ukraińcy, ale także Polacy, bo zdarza się i tak, że ktoś zaczepi i zaatakuje polskiego obywatela, bo wygląda mu na cudzoziemca. 

A czy to nie jest tak, że zamieniliśmy pytanie: „czy oni nadal potrzebują pomocy?”, na pytanie: „czy my nie pomogliśmy już wystarczająco”?

Pojawiają się takie pytania, ale ja zadam inne: „czy wojna się skończyła?”. Po co było zatem wkładać tyle milionów czy miliardów w pomoc, żeby teraz to wszystko poszło na marne? Poza tym te wszystkie działania były podejmowane także w interesie Polski. Czy nagle Rosja przestała stanowić zagrożenie? 

Uważam, że jeśli ktoś jest ministrem spraw zagranicznych czy ministrem obrony narodowej i piastuje najwyższe stanowisko w Polsce, to odpowiedzialnością tej osoby jest zadbanie o kraj i jego bezpieczeństwo. Kiedy za granicą toczy się wojna i jest duże ryzyko, że może przyjść do mnie, na moim terytorium pojawiają się drony czy bomby rosyjskie, to priorytetem powinno być ustalenie, co się stało i wyciągnięcie konsekwencji. A ten temat został zakrzyczany przez kłótnię o Wołyń oraz o to, która partia lepiej i skuteczniej ograniczy pomoc osobom z Ukrainy. Rozumiem, że historia i pamięć historyczna są ważne, ale czy na pewno powinny być „kartą przetargową”?

W Polsce są Ukraińcy, którzy mieszkają tu od dziesięciu czy piętnastu lat i mają ułożone życie. A jednak zdarza się, że w obawie o bezpieczeństwo swoich dzieci podejmują decyzję o wyjeździe do innego kraju albo o powrocie do Ukrainy. Bo jak oswoić się z tym, że dwunastoletnie dziecko chodzi z gazem pieprzowym na wypadek, gdyby zostało przez kogoś napadnięte. Dla mnie jest to tym bardziej niezrozumiałe, że przecież Polska to kraj, który całe stulecia walczył o wolność i demokrację. Dlatego wydawało mi się, że naród, który najlepiej wie, co to jest walka o wolność, zachowuje się tak, jakby w ogóle całej tej historii nie było.

Mimo to, gdy patrzę na zbiórkę, którą ogłosiliśmy – „Pomóżmy Ukraińcom” – i zebrane tam ponad dwa miliony złotych, ile osób się zaangażowało, ile było dobrych komentarzy, to daje mi nadzieję, że ta widoczna w sondażach tendencja może się jednak odwrócić. Że teraz fala agresji osiąga swój szczyt, ale kiedy jej skutki staną się widoczne, doprowadzą do uspokojenia nastrojów. 

Na razie jest jednak naprawdę niebezpiecznie. Zauważam, że migranci udzielają sobie wzajemnie rad, co robić, a czego nie, że lepiej nie rozmawiać na ulicy po ukraińsku. Jeśli człowiek nie może rozmawiać w ojczystym języku, to znaczy, że łamie się jego podstawowe prawa człowieka.

Sama jestem Gruzinką, mówię w pięciu językach i używam ich wtedy, kiedy chcę i potrzebuję. Ale sama odczuwam też lęk o moje dziecko – że ktoś uzna, że jest z Ukrainy i będzie wobec niego agresywny. 

Koalicja rządząca dołożyła do tej trudnej sytuacji ustawy utrudniające Ukraińcom życie w Polsce. Ostatnio za sprawą nowych zasad pobytu w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania. W marcu weszła w życie ustawa wygaszająca pomoc Ukraińcom. Od 5 marca jest to ograniczenie korzystania z opieki medycznej, które skutkuje na przykład przerywaniem terapii onkologicznych, a od lipca, zmniejszenie katalogu tak zwanych grup wrażliwych, które mogą na koszt państwa mieszkać w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania (OZZ).

Tak, w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania mieszkają osoby w najtrudniejszej sytuacji, czyli często osoby starsze, które dodatkowo mają jakieś niepełnosprawności albo choroby wymagające ciągłości leczenia. A od lipca prawo do zakwaterowania i wyżywienia w OZZ-etach drastycznie ograniczono właśnie kobietom z dziećmi – z wyjątkiem, gdy są w ciąży lub wychowują dziecko do dwunastego miesiąca życia, emerytom czy osobom z niepełnosprawnościami, jeśli nie mają polskiego orzeczenia o niepełnosprawności. Czyli wszystkim tym, którzy z takiej pomocy najczęściej korzystali.

I teraz osoby te mają duży problem, aby skorzystać z pomocy medycznej w ramach NFZ. Już wcześniej musiały mieć zaświadczenie z OZZ, że tam zamieszkują, ale i tak nie wszystkie przychodnie je respektowały. Teraz jest jeszcze gorzej. Jako Polskie Forum Migracyjne zgłaszaliśmy te problemy do wojewody, próbowaliśmy to rozwiązać, ale systemowego rozwiązania tych najtrudniejszych sytuacji nie ma. Kierownicy konkretnych OZZ-ów biorą te ludzkie, konkretne sytuacje na siebie i sami, często bez pomocy państwa, próbują ludziom pomóc, zatrzymując ich w OZZ-etach, choć według nowych zasad już nie powinni. Ale jak taki kierownik ma wyrzucić na przykład chorego onkologicznie człowieka, skoro zna go od lat, często od samego początku, czyli 2022 roku? Gdzie ten człowiek ma pójść? Pod most? 

W tej chwili jedynym wyjściem dla takich osób jest zasiłek celowy, na przykład na wykup leków. Ten zasiłek wydają Ośrodki Pomocy Społecznej. Jednak i one często nie wiedzą, że mają taką możliwość. Muszą bowiem zawnioskować o pieniądze do ministerstwa. I mamy błędne koło.

Rząd powtarza, że to ma być zachęta do usamodzielnienia się osób przebywających w OZZ-etach. Czy nie jest jednak tak, że kto mógł, już się usamodzielnił?

Dokładnie tak, osoby, które przebywają w OZZ-etach, są tam najczęściej od samego początku, czyli 2022 roku. To nie są osoby, które mogą podjąć zatrudnienie, więc w jaki sposób mogą się usamodzielnić, żeby na przykład wynajmować mieszkanie? Skąd mają wziąć pieniądze, jeśli mają na przykład po 300 złotych miesięcznie dochodu? A takie są emerytury starszych osób z Ukrainy w przeliczeniu na złotówki. 

Często pada argument, że starsze osoby zwykle nie uciekały same, ale z dziećmi. Owszem, ale często jest tak, że dzieci pojechały dalej, na przykład do Niemiec. Przecież także starsze osoby nie mogą z Polski zmusić swoich dzieci, gdy ich tutaj nie ma, żeby podjęły się opieki nad nimi.

Znam sytuację, że, owszem, córka starszej osoby jest w Polsce, ale wychowuje dorosłe dziecko z poważną niepełnosprawnością w malutkiej kawalerce i ledwo wiąże koniec z końcem. To są po prostu często sytuacje życiowe, które są niemożliwe do zorganizowania, tak jak to przewiduje ustawa.

Zapominamy też, że nieraz ludzie przyjechali z małych ukraińskich miejscowości, przez całe życie uprawiali rolę, z tego się utrzymywali i dla nich odnalezienie się w obcym kraju jest praktycznie niemożliwe. Niektórzy mają także poważne zaburzenia psychiczne, są w głębokich depresjach.

Pamiętam starszego mężczyznę w terminalnym stadium nowotworu, który przestał się kwalifikować do pobytu w OZZ-ecie oraz pomocy medycznej. Jedyne, czego potrzebował, to uśmierzenie bólu i nawet to mu nie przysługiwało. W XXI wieku, w kraju katolickim, państwo pozwoliłoby mu umrzeć pod mostem, w niemożliwym do pojęcia bólu i bez odrobiny godności, gdyby nie dobra wola kilku prywatnych osób.

Ale przecież zbiórki pieniędzy nie rozwiążą systemowego problemu, który stworzyło państwo.

Czy w ślad za ustawami, które mówią, czego nie można, pojawiają się także rozwiązania? Gdzie miałyby pójść te osoby? 

Nie, te ustawy nie uwzględniły osób w bardzo skomplikowanych sytuacjach, które nie będą w stanie sobie poradzić. Decyzje zostały podjęte w ostatniej chwili, nikt nie przygotował ludzi wcześniej do nagłych zmian, które realnie wpływają na ich dalsze życie.

Trzeba także pamiętać, że nie każdy jest zaradny. Niektórzy potrzebują, żeby im podpowiedzieć, co dalej zrobić, bo po prostu tego nie wiedzą. Przecież wciąż trwa wojna, ludzie budzą się i myślą: czy mój mąż żyje, czy moi bliscy wciąż żyją. Nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień. 

Ludzie są w stanie, nazwałabym to, postraumatycznego stuporu – nie mają poczucia bezpieczeństwa ani w sensie fizycznym – bo mieszkają przecież w ośrodkach prowizorycznych, tymczasowych – ani w sensie psychicznym. Często takie osoby mają długotrwałe problemy ze snem, co przekłada się na ich zdrowie.

Czyli na przykład uchodźczyni, która doświadczyła w Ukrainie przemocy, a w związku z tym ogromnej traumy, uciekła, przyjechała do Polski, nie jest w stanie dobrze o siebie zadbać, ale jest w wieku produkcyjnym, nie może liczyć na żadne wsparcie państwowe, nawet krótkoterminowe?

W Warszawie można znaleźć jakąś pomoc dzięki organizacjom pozarządowym, ale w mniejszych miejscowościach to jest praktycznie niemożliwe. 

A na Ukrainie jest teraz naprawdę bardzo różnie. Na przykład miasto Sumy we wschodniej Ukrainie jest bombardowane, nie ma działających stacji benzynowych, są problemy z dostawą prądu. Ludzie uciekają, bo nie da się już bezpiecznie żyć. W tej chwili są obszary, w których wojna ma jeszcze gorsze oblicze niż w 2022 roku. 

Jak już wspomniałam, przeżyłam coś podobnego jako dziecko w 2008 roku w Gruzji i pamiętam bardzo dobrze, co wtedy czułam. Myślę, że gdyby ktoś choćby w jednej setnej poczuł, co to jest wybuch bomby albo zobaczył, jak ta bomba rozrywa jego przyjaciela czy krewnego, to nie mógłby mówić, że Ukraińcy powinni wracać do siebie i że nie należy im pomagać. 

Naprawdę bardzo duża część Ukraińców próbuje funkcjonować samodzielnie, więc uważam, że powinno się do tego podejść ze zdrowym rozsądkiem.

Wspomniała pani, że podobnie jak w 2022 roku, teraz to na barkach organizacji pozarządowych leży pomoc. Zatoczyliśmy koło. Co więcej, ministrowie przerzucają się odpowiedzialnością. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zrzuca winę na MSWiA i tłumaczy, że do 1 lipca za wszystko odpowiadali ministrowie Marcin Kierwiński i wiceminister do spraw migracji Maciej Duszczyk.

Tak, od lat to wszystko tak funkcjonuje, kolejny minister mówi, że jego poprzednik powinien był coś zrobić. A to my, pracownicy organizacji pozarządowych, zostajemy z tymi ludźmi, którzy patrzą nam w oczy. Na górze musi być dobra wola i po prostu ludzkie podejście, żeby to zmienić. Ustawy powinny być po prostu dobrze przemyślane, biorąc pod uwagę człowieka, a nie tylko formułki.

Jeśli deklarujemy jakieś wartości, to pamiętajmy o tym, żeby pielęgnować je na co dzień.

Uważam, że Polacy zdali egzamin na samym początku wojny. I chcę wierzyć, że Polaków otwartych, z dobrym sercem, jest więcej niż tych, których ośmielili populiści. 

Profesor Ewa Łętowska zwróciła także uwagę na coś bardzo ważnego – że decyzję podjął rząd, ale to osoba prowadząca ośrodek musi ludziom powiedzieć, że mają opuścić OZZ-ety. Podobnie jest z pracą w Polskim Forum Migracyjnym. To wy jesteście na pierwszej linii. 

W naszej pracy łatwo się wypalić, ale rozumiemy, że osoba, która słyszy złą informację, ma żal i wylewa go na tego, kto ją przekazuje. Czasem my także zabieramy ze sobą ten problem – do domu, do rodziny. Zastanawiamy się, co się stało z tą osobą, czy żyje, czy wróciła na Ukrainę, czy nie, czy ma gdzie spać, co jeść. 

Ale niestety jest to sytuacja niezmienna od lat. Jeszcze gorzej będzie pod koniec sierpnia czy na początku września, bo do 31 sierpnia wszystkie osoby z Ukrainy, które mają specjalny PESEL, będą musiały go potwierdzić. Zapewne nie wszyscy o tym wiedzą, ale też nie każdy będzie umiał sobie sam poradzić. Przewidujemy, że mogą pojawić się z tym problemy. 

W ogólnopolskim badaniu bezdomności przeprowadzonym w nocy z 28 na 29 lutego 2024 roku formularz zawierał osobną kategorię miejsca pobytu: „Ośrodek dla uchodźców”. W badaniu z marca 2026 roku tej kategorii już nie było, choć nadal pytano o obywatelstwo, a także status pobytowy. Co nam to mówi?

Że polskie państwo nie chce widzieć bezdomności cudzoziemców. A ona jest. I działa według podobnych mechanizmów, jak kryzysy bezdomności Polaków. Bo co się stało z tymi wszystkim osobami, które przestały się kwalifikować do pobytu w OZZ-etach? Część z nich znalazła się w bezdomności ulicznej. Latem takie osoby sobie radzą, a zimą szukają miejsc do spania, znikają ze statystyk, ale są w noclegowniach czy innych miejscach tylko na chwilę, na kilka nocy, a po tygodniu taka osoba znowu wyląduje na ulicy. 

Czasami Polskie Forum Migracyjne kwateruje takie osoby w różnych miejscach kilkukrotnie, ale one, czasami z racji swojego niestabilnego stanu psychicznego, nie są, na przykład, w stanie podporządkować się panującym tam zasadom albo prowadzić życie wspólnie z innymi sąsiadami. A to są często osoby bez odpowiedniego leczenia albo takie, które je przerwały, a w polskie prawo nie dopuszcza przymusowego leczenia psychiatrycznego, jeśli osoba nie zagraża sobie lub innym. A wiemy, że ta osoba mogłaby normalnie funkcjonować, gdyby brała leki. 

Mówimy tu o głębokich problemach psychiatrycznych, jak schizofrenia czy choroba afektywna dwubiegunowa, nie tylko depresjach czy traumie wojennej. 

Można zgodzić się z tym, że w OZZ-etach nie można mieszkać bez końca, bo życie w zbiorowej placówce nie jest normalnym życiem. Ale jak rozwiązać to, że zamyka się drzwi przez osobami najsłabszymi?

Pamiętam doskonale narrację, że w OZZ-etach oraz w ogóle w ośrodkach dla migrantów, warunki życia są niesamowite, wręcz jak w pięciogwiazdowych hotelach. Pamiętam, jak najróżniejsze grupy zbierały się pod ośrodkiem w Dębaku, żeby pokazać, jak tam jest luksusowo. Pojawiały się zdjęcia, które miały pokazywać, jak wspaniały catering jest tam dostarczany. A to było zdjęcie z jakiejś konferencji, która odbywała się tam wcześniej i catering był dla jej uczestników. Trudno walczyć z takimi manipulacjami. 

Naprawdę nikt nie chce spędzić całego życia w takim miejscu, jak OZZ. Wiele osób chce tam tylko przeczekać, wierzy, że wojna się skończy i będą mogły wrócić do swojego kraju. 

Nie można wymagać od ludzi, którzy są w trudnym stanie emocjonalnym, żeby nagle zaczęli sobie świetnie radzić. 

Po prostu pamiętajmy, że za tymi wszystkimi ustawami, procedurami stoją prawdziwi ludzie. 

Czy zauważa pani, że niechęć i agresja w stosunku do osób z Ukrainy przekłada się także na innych cudzoziemców?

Tak, takie osoby deklarują nam i naszym wolontariuszom, że czują większy niepokój. Zresztą nasi pracownicy i wolontariusze to także w dużej części osoby, które nie urodziły się w Polsce. Jeśli mają inny kolor skóry niż biały, to bywają zaczepiani, właśnie dlatego, że teraz mamy duże przyzwolenie na agresję w stosunku do cudzoziemców. 

Kiedy jako Polskie Forum Migracyjne organizujemy jakieś większe wydarzenie, zawsze informujemy dzielnicowego, a ostatnio prosimy o wzmożony patrol policji. 

Również osobiście mam w sobie poczucie niepokoju, którego wcześniej nie odczuwałam.