Najłatwiej powiedzieć: Niemcy się radykalizują. Tyle że ten obraz jest zbyt wygodny. Pozwala sprowadzić wszystko do sukcesu AfD i potraktować kolejne wybory jako następny etap marszu prawicowego populizmu. Tymczasem umyka nam znacznie ważniejsza zmiana.
Przez dziesięciolecia niemiecka polityka opierała się na silnym centrum. Chadecja i socjaldemokracja zmieniały się u władzy, ale dla większości wyborców pozostawały naturalnym wyborem. Nawet gdy traciły poparcie, to właśnie one wyznaczały granice politycznego sporu. Dzisiaj ten model wyraźnie się kończy. CDU ponosi historyczne porażki, SPD od lat nie potrafi odzyskać dawnej pozycji, a coraz większa część wyborców szuka odpowiedzi poza partiami, które jeszcze niedawno wydawały się filarami niemieckiej demokracji.
Najlepiej pokazują to ostatnie wybory. W niedzielę w Meklemburgii-Pomorzu Przednim zwyciężyła AfD. W Berlinie wygrała lewicowa partia Die Linke. To dwa zupełnie różne miejsca, z inną historią, strukturą społeczną i problemami. Łączy je jednak to, że coraz mniej Niemców wierzy, że dotychczasowe partie potrafią odpowiedzieć na pytania o bezpieczeństwo, migrację, gospodarkę czy koszty życia. Jedni przenoszą głosy na AfD, inni na lewicę. Coraz rzadziej wybierają partie, które przez dekady organizowały niemiecką politykę.
Jak zauważa Kamil Frymark z Ośrodka Studiów Wschodnich w rozmowie z „Kulturą Liberalną”, „wyborcy traktowali elekcję jako okazję do wyrażenia sprzeciwu wobec polityki rządu federalnego”.
Dlatego samo pytanie o AfD nie wystarcza. Znacznie ciekawsze wydaje się to o kondycję niemieckiego państwa i klasy politycznej. Demokracja, która przez lata uchodziła za najbardziej stabilną w Europie, coraz wyraźniej traci zdolność przekonywania własnych obywateli.
Polska debata często upraszcza ten obraz. Z jednej strony pojawiają się głosy, że AfD stanowi śmiertelne zagrożenie dla niemieckiej demokracji. Z drugiej – że sukces tej partii to wyłącznie reakcja na błędy polityki migracyjnej czy kryzys gospodarczy. Oba wyjaśnienia są niewystarczające. Dlatego w tym numerze rozmawiamy z Ralfem Fücksem, dyrektorem zarządzającym w berlińskim Zentrum Liberale Moderne, który uważa, że większym problemem od samego wyniku AfD jest erozja niemieckiej polityki.
„Zagrożenie widzę w mniejszym stopniu w tym, że AfD byłaby w stanie zdobyć absolutną większość i przejąć władzę. A bardziej w tym, że jej istnienie i działanie wzmacniają ciągłą erozję demokratycznego systemu partyjnego. Być może rzeczywiście dochodzimy do końca dotychczasowego zachodnioniemieckiego systemu partyjnego z dwiema głównymi partiami ludowymi – SPD i CDU. A więc znajdujemy się w sytuacji przełomu, w której nikt dokładnie nie wie, co z tego wyniknie”, twierdzi.
Fücks przekonuje również, że sama moralna mobilizacja przeciwko skrajnej prawicy nie wystarczy, jeśli partie głównego nurtu nie odzyskają wiarygodności i zdolności skutecznego rządzenia. Dopełnieniem tej rozmowy jest nasz wideopodcast z Krzysztofem Rakiem z Instytutu Zachodniego, poświęcony wielowymiarowemu kryzysowi współczesnych Niemiec.
Pytanie o powrót faszyzmu jest zrozumiałe. Tyle że niewiele wyjaśnia. Znacznie ciekawsze wydaje się inne: czy Niemcy potrafią odbudować polityczne centrum, zanim kolejne wybory jeszcze bardziej osłabią jego znaczenie? Nie chodzi już tylko o przyszłość niemieckiej polityki. Od odpowiedzi na to pytanie zależy również przyszłość Europy, w tym Polski.
Zapraszam Państwa do lektury,
Jakub Bodziony
zastępca redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”