Wybrałem Polskę. Nie po raz pierwszy, ale tym razem raczej na dobre. Wyemigrowałem ze Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym się urodziłem. Gdzie założyłem rodzinę i gdzie z żoną wychowaliśmy dwoje dzieci. Gdzie budowałem swoją karierę naukową.
W Ameryce zostawiam wielu bliskich – siostry, ojca, wujków, przyjaciół. Zostawiam krajobrazy, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci, takie jak wyspy na wybrzeżu Maine czy szlaki górskie w Kolorado.
Gdy to piszę, mam przed sobą zdjęcie siebie jako trzyletniego chłopca na podwórku wiejskiej chatki w McKee, biednej mieścinie w stanie Kentucky. W latach sześćdziesiątych moi rodzice zostawili swoją pracę w stanie Connecticut i przyjechali tu, aby się włączyć w ówczesną „wojnę z biedą”. Niedawno w McKee poznałem starszą panią, koleżankę moich rodziców. Otóż po sześćdziesięciu latach od razu poznała mnie jako chłopca ze zdjęcia. Nagle kontekst się wyostrzył i odnalazłem kolejne miejsce na ziemi, gdzie czułem, że do czegoś przynależę. Wyjeżdżając stąd, mam wrażenie, że zamykam bezpowrotnie furtkę do mojej osobistej historii. Historie przeszłych pokoleń powoli tracą swój bezpośredni kontekst.
Dlaczego Polska?
Muszę przyznać, że moja decyzja o emigracji ze Stanów do Polski jest po części wynikiem wyboru, którego dokonałem ponad czterdzieści lat temu. Jako ówczesny student slawistyki na Harvardzie, pomyślałem, że po latach nauki języka rosyjskiego i udanym semestrze w Moskwie, dobrze by było nauczyć się drugiego języka. Polski pasował do harmonogramu moich zajęć lepiej niż serbsko-chorwacki (sprawa była trochę bardziej złożona, ale to, że zadecydował przypadek, nie jest dalekie od prawdy). Niestety, dwa lata nauki polskiego nie pozbawiły mnie ciężkiego rosyjskiego akcentu. Więc gdy przyjechałem do Wrocławia po raz pierwszy we wrześniu 1986 roku, moje stwierdzenia typu „ja Amerykaniec” nie zawsze przekonywały tutejszych.
Polska tamtych lat niezbyt wabiła ludzi z Zachodu.
Zresztą trudno mi opowiadać o tym, co mnie wtedy w Polsce przyciągało, bo przecież wszystko jest ciekawe, jak się ma dwadzieścia parę lat.
Może tak: Polska wtedy była dla mnie krajem o wciągającej historii. Napisałem na ten temat pracę doktorską, potem książkę, potem następną i następną. A nawet gdy te książki miały regionalną lub globalną tematykę, to
Polska zawsze była kluczem do narracji o tym, jak zwykli ludzie walczą o wolność i swoje prawa na przestrzeni całego XX wieku.
Zbierając materiały do swoich badań naukowych, a czasem jako turysta, jeździłem po całej Polsce – od Bieszczad po Lubuskie. A Wrocław, gdzie wszyscy pochodzą z różnych części Polski, stał się „moim” miastem; chyba łatwiej było mi najpierw przyswoić miasto niż od razu cały kraj, wraz z kulturą. Nie ma miejsca na kuli ziemskiej, z którym bardziej się utożsamiam. Życie naukowca prowadziło mnie po kolei z Harvardu do Toronto, stamtąd do Michigan, a potem do Kolorado, Indiany, Kentucky. Wrocław przez cały ten czas pozostawał niezmiennym punktem odniesienia. Od lat mówię, półżartem, że jestem Dolnoślązakiem amerykańskiego pochodzenia. Jednocześnie moje córki chodziły parę lat do szkoły we Wrocławiu, dostały polskie paszporty. A po studiach wybrały życie w Europie.
Dlaczego żegnam się ze Stanami?
Żyć w dwóch krajach naraz jest jak być zanurzonym w pasjonującej powieści, którą odkładasz w połowie rozdziału, by chwycić inną. Wszyscy wokół rozmawiają o tym, co się dzieje w rodzinie, w mieście, w kraju. Realizują się jakieś plany, toczą się osobiste historie, chcesz się dowiedzieć, co się wydarzy na kolejnej stronie… Ale nagle gubisz niedoczytany tom i zatapiasz się w drugi: z innymi postaciami, które mają zupełnie inne historie. I tak przez lata, dziesięciolecia, wahadło drgało nad oceanem tam i z powrotem, pomiędzy jednym a drugim brzegiem.
Aż w końcu musiałem wybrać którąś z tych dwóch powieści.
Decyzja o emigracji jest zazwyczaj uwarunkowana czynnikami, które odpychają od jednego kraju, a przyciągają do drugiego. Stany Zjednoczone – o tym pisałem kilka razy w „Kulturze Liberalnej” – nie są tym krajem, którym były kiedyś.
Środowisko naukowe jest obecnie dominowane przez strach i niepewność. Oraz świadomość, że tracimy tę kreatywność, którą podziwiał cały świat.
Przy tym czuję zwyczajną bezradność wobec wszechobecności broni w rękach zwykłych, sfrustrowanych ludzi – oraz zazdrość, że w Europie nie ma tylu zabójstw.
Przywódcy mojego kraju przestali być zainteresowani budowaniem pozytywnego międzynarodowego wizerunku. Stany na pewno nigdy nie były symbolem cnoty, ale z dumą wyznawały pewne zasady, budziły zaufanie. Były trzonem światowego porządku.
Niełatwo mieszkać w kraju, który zaprzepaszcza wszystkie swoje ideały.
Bardzo wielu moich znajomych i przyjaciół mówi, że wyjechaliby z Ameryki, gdyby tylko mogli. To prawda, że tak się gadało przy wielu wyborach prezydenckich, sięgając przynajmniej do zwycięstwa George’a W. Busha w 2000 roku. A tym razem jest naprawdę inaczej: tysiące pracowników instytucji naukowych, uniwersytetów, mediów i instytucji pozarządowych straciło pracę. Przykład noblisty profesora Victora Ambrosa, który obecnie stara się o polskie obywatelstwo, nie jest odosobniony. Więc kiedy z powodu zmian strategii na mojej uczelni pozbawiono mnie stanowiska prorektora do spraw studentów podyplomowych, zdaliśmy sobie z żoną sprawę, że możemy, a nawet powinniśmy wyjechać.
W Polsce czuję się najlepiej
Nie musieliśmy emigrować do Polski. Mógłbym na przykład wybrać Irlandię, kraj moich przodków. Zastanawialiśmy się nad Szwecją albo Francją. Ale ja potrzebuję kontaktu z kulturą. A polska muzyka, literatura i teatr zadomowiły się w mojej głowie na dobre. (Są jednak luki: dopiero niedawno przeczytałem i naprawdę polubiłem „Pana Tadeusza”, ale sorry – Sienkiewicza nie strawię). Lubię język polski, mimo swoich licznych błędów i akcentu, już nie rosyjskiego, ale nadal zauważalnego. W towarzystwie serdecznych przyjaciół i kolegów odkryłem, że rytmy i rytuały polskiego życia także mi pasują.
Nie wiem, czy dziesięć lat temu wybór byłby taki sam. Ale teraz Polska jest krajem nie tylko wolnym, ale i młodym, otwartym, twórczym, nawet optymistycznym. Wiedząc, że to słowo jest dwuznaczne, dodam: krajem normalnym. Szanuję kraj, gdzie uchodźcy – wiem, że nie wszyscy i nie na zawsze – znaleźli schronienie. Szanuję kraj, gdzie miliony obywateli wspierają Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Dobrze mi jest w kraju, gdzie wolni ludzie podróżują po świecie, mówią w różnych językach i martwią się o stan czytelnictwa czy o przyszłość teatru.
Nie ponosimy żadnych strat, wymieniając Stany na Polskę.
No, chyba że wspomnę Bourbon z Kentucky, syrop klonowy z Vermontu i niedzielny „New York Times” podrzucony wprost na podjazd przed świtem.
Na Polskę patrzę z większym optymizmem
Nie mam złudzeń i wiem, że Polska jest również krajem, gdzie faszyści cieszą się niepokojącym poparciem. Jest krajem, gdzie wielu polityków świadomie osłabia państwo, odmawiając funduszy w wielu dziedzinach gospodarki i kultury. Jest też krajem, gdzie dużo ludzi słowem i czynem atakuje migrantów z Ukrainy, którzy widzą przyszłość w tym kraju. Cóż, mamy to samo w Stanach. Tylko że bez zabezpieczeń zewnętrznych w postaci Unii Europejskiej. Dlatego patrzę z większym optymizmem na przyszłość Polski.
Więc wybrałem Polskę, tym razem na stałe. Moja żona cieszy się, że wszyscy będziemy wreszcie w jednym miejscu, bliżej córek. Postaramy się zachować swoje polsko-amerykańskie Halloween i Święto Dziękczynienia. Ale będziemy świętować również po polsku. Pewnie jest, że nasze córki będą chciały z nami jak co roku lepić pierogi i gotować barszcz na Wigilię. A tym, którzy uważają, że powinienem nieco spolszczyć swoje imię i nazwisko – nigdy przecież nie wiadomo, jak wymawiać „Padraic” lub czy „Kenney” wymaga apostrofu w odmianie przez przypadki – powiem tak: Grzegorz Brzęczyszczykiewicz jest dla frajerów.
Mówcie do mnie… Szczęścisławie Stpiczyński.