Od początku kampanii wyborczej tylko raz w tej sprawie rozdzwoniły się telefony od polskich dziennikarzy do rosyjskiej izby niższej parlamentu, Dumy Państwowej. Powodem było niedopuszczenie do startu w wyborach opozycyjnej Partii Jabłoko. Jak pisało wiele polskich mediów, „Jabłoko to jedna z dużych rosyjskich partii, które otwarcie sprzeciwiają się wojnie przeciwko Ukrainie”.
Nie chodzi nawet o to, że Jabłoko wcale nie jest duże, tylko kanapowe i zakurzone. Ale o to, że nie potrafimy w Polsce inaczej odtwarzać wydarzeń w Rosji niż przez hollywoodzką fabułę walki dobra ze złem. Nawet jeśli wewnątrz Rosji dzieją się sprawy o wiele ważniejsze z punktu widzenia polskich interesów.
W poszukiwaniu straconej Rosji
W wyborach do rosyjskiej Dumy Państwowej wszystko poszło zgodnie z planem. Frekwencja była jedną z wyższych epoki putinizmu, tj. prawie 60 procent. Partia Jedna Rosja, polityczne zaplecze Putina, znów posiada większość konstytucyjną – i to z zapasem. Do Dumy zaś weszły te same partie, co 4 lata temu, czyli Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (KPRF) z wynikiem 13,7 procent, nacjonaliści z LDPR (Parta Liberalno-Demokratyczna) – 9 procent, Nowi Ludzie – 8 procent i Sprawiedliwa Rosja – 5,1 procent. Co więcej, imprezy nie zrujnowały zmasowane ukraińskie ataki dronowo-rakietowe (mimo trafienia rosyjskiej rafinerii) ani ataki cybernetyczne nacelowane na elektroniczny system głosowania. Słowem, nuda jak w polskim Netflixie.
Prawdą jest też, że obserwowanie środowiska partii politycznych w Rosji to zajęcie dla konesera z upodobaniem do masochizmu. Po pierwsze, nawet jeśli w takim obwodzie amurskim czy Chanty-Mansyjskim Okręgu Autonomicznym (którego przeliterować poprawnie nie potrafią nawet niektórzy rusycyści), spore wpływy posiadają inne partie niż Jedna Rosja, to niewiele z tego wynika dla decyzji podejmowanych na Kremlu. Ugrupowania, które weszły do Dumy mają swoje regionalne struktury. I to całkiem rozbudowane, jak LDPR, a zwłaszcza Komuniści, bo obie istnieją od rozpadu ZSRR.
Wiemy jednak, że w tym ogromnym kraju partie opozycyjne pełnią jedynie rolę zróżnicowanej ideologicznie atrapy aktywności politycznej i obywatelskiej. W dodatku, pod czujnym okiem FSB.
Po drugie, życie partyjne Rosji stało się zupełnie nieprzejrzyste, zwłaszcza w regionach. Zapewne znajdą się koneserzy-masochiści, których doba trwa tyle co nasze trzy, i którzy trzymają w domach wielkie mapki z 89 podmiotami administracyjnymi Federacji Rosyjskiej (sześć z nich to tereny okupowane), na które nakładają mapki 225 jednomandatowych okręgów wyborczych. Następnie na mapkę mapki przypinają flagi partii i partyjek i jeszcze wciskają neuronalne sieci patronacko-klientelistycznych grup interesów, biegnących po całym kraju i znajdujących swój finał w Moskwie.
Żeby było śmieszniej, wokół każdego regionu krążą lokalni pracownicy FSB, merowie miast i gubernatorzy regionów. Drogi czytelniku, pewnie już się domyśliłeś, że kiedy wchodzisz do pokoju takiego konesera-masochisty z automatu przesuwasz go do szufladki „wielbiciel LSD żyjący z poszukiwania straconego czasu”. Z jego tablicy można zrozumieć tyle samo co z tablicy obsesyjnych wykładowców fizyki.
Rosja jest nieprzenikniona
Mówiąc nieco poważniej, nie da się dziś zza granicy analizować życia partyjnego Rosji w czasie rzeczywistym, ponieważ kraj ten stał się zbyt zamknięty. To tak jakby w czasie rzeczywistym analizować działania zbrojne ukryte za mgłą wojny, gdzieś w Demokratycznej Republice Konga.
Jeśli chodzi o polityczne życie Rosji, jesteśmy skazani na powidoki stanu faktycznego.
To, że komuniści zdobyli w obwodzie wołgogradzkim tyle i tyle głosów. Albo aresztowanego gubernatora Kraju Krasnodarskiego zastąpił ten czy tamten, który pracuje dla tej czy tamtej grupy interesów (Timczenki albo Rottenbergów). To wszystko wiemy jednak dopiero post factum, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Czasem nie wiemy nawet, dlaczego na przykład działaczka LDPR trafiła do aresztu. Bo co, bo naraziła się lokalnemu pułkownikowi FSB? A klan Kowalczuka wygryzł panią mer w Magadanie? Bo zdobył większe wpływy niż klan Patruszewów? Nie wiadomo.
Ja mimo wszystko – choć jestem jedynie masochistą, a nie koneserem – uważam, że warto przyglądać się rosyjskiej Dumie Państwowej. Nawet pomijając 2,5 tysiąca parlamentów miejskich i regionalnych wyłanianych w drodze głosowania. Dlaczego?
Od gangsterów do korporacji
Jako stosunkowo niedawni obywatele PRL-u, powinniśmy pamiętać, że aparat partyjny i państwowy wraz z rodzinami, stanowił wedle konserwatywnych obliczeń jedną czwartą narodu. Wszyscy rozumiemy, że nikt nie podejmował decyzji w marionetkowych partiach – a nawet nie w PZPR – ani w żadnych organizacjach politycznych czy obywatelskich. Ale to, co się w nich działo, dawało pewien obraz procesów wewnątrz elity tamtego reżimu. W jaki sposób cyrkuluje i się przeobraża, jakie tendencje wykazuje, gdzie powstają frakcje oraz o jakim charakterze.
Jeśli poobserwujemy uważniej rosyjską Dumę, zobaczymy w niej właściwy obecnej Rosji rozkład grup lobbingowych i grup interesów, delegacji państwowych instytucji i koncernów – a wreszcie całego społeczeństwa. Bo w Dumie z 2021 roku nie było już deputowanych finansowanych przez oligarchów lat 90. czy gangsterów, którzy za pieniądze zarobione w czasach dzikiej transformacji kupowali sobie jeszcze w pierwszej dekadzie putinizmu mandaty deputowanego lub senatora (Rada Federacji).
Jeśli ktoś oglądał gangsterskie amerykańskie filmy, w istocie traktujące o amerykańskim kapitalizmie i tak zwanej pierwotnej fazie akumulacji kapitału (Casino, Ojciec chrzestny, Dawno temu w Ameryce), ten wie, że im bardziej krzepnie państwo, tym słabsza staje się przestępczość zorganizowana. Porównajcie potężną rodzinę Corleone z dość rachitycznym Tonym Soprano, o przestępczości w Baltimore z The Wire nie wspominając. Nie są to wyłącznie filmy rozrywkowe, ponieważ pokazują ewolucję amerykańskiego państwa i gospodarki, gdzie aparat państwowy nabiera mięśni, a gangsterów zastępują korporacje. To samo zobaczymy, porównując Dumę lat 90. i wczesnego putinizmu, z tą obecną.
Putinizm okrzepł, wymienił elity i stał się autorytarno-korporacyjny.
Wciąż dla koneserów? Być może.
Weterani do Dumy
Duma Państwowa stanowi jeden z mechanizmów wyławiania nowych osób do systemu politycznego. Odzwierciedla w ten sposób zmiany w społeczeństwie, strukturze własności i układzie sił grup patronacko-klientelistycznych. W obecnej kadencji będzie to prawdopodobnie nadreprezentacja lobbystów sektora zbrojnego, wojska i służb.
Przede wszystkim jednak do Dumy wejdą weterani. Źródła dziennikarskie mówią, że administracja prezydenta pod wodzą jej wice szefów Siergieja Kirijenki (zarządzanie polityką partyjną i regionalną) i Aleksandra Gromowa (zarządzanie mediami i propagandą) postawiła przed partiami startującymi w wyborach – zwłaszcza przed Jedną Rosją – zadanie, by w Dumie znalazło się od 40 do 100 weteranów, czyli od 9 do 22 procent. Całkiem sporo.
Na ten moment wiemy, że z samej partii rządzącej weteranów będzie 49. W kolejnych dniach wyjaśni się, ilu kolejnych. Należy oczekiwać, że nawet jeśli KPRF, LDPR, Nowi Ludzie i Sprawiedliwa Rosja wprowadzą ich w niedostatecznej liczbie, administracja prezydenta każe im wpuścić weteranów z listy znajdujących się na kolejnych miejscach.
Nadreprezentacja weteranów z punktu widzenia Rosji jest logiczna, a nawet całkiem mądra.
Wystarczy popatrzeć na legiony szwendających się weteranów z PTSD po USA, Iranie, Rosji czy Bałkanach. Kreml tworzy ścieżki awansu, choćby symbolicznego. Mówi do powracających z frontu: jeśli się postarasz, możesz w swojej ojczyźnie zostać „kimś”. Pewna grupa weteranów już weszła do urzędów, ministerstw i władz regionalnych. Teraz wejdzie do Dumy, a więc po raz pierwszy z „demokratycznego”, czy, jak mawiają Rosjanie, „elektoralnego” procesu.
Bo tak przy okazji, Rosjanie już dawno nie chcą nas naśladować i odżegnują się od słów „demokracja” i „demokratyczny”. Otwarcie mówią o sobie „dyktatura elektoralna”. Słuszne to i sprawiedliwe.
Bez wątpienia będziemy mieli do czynienia w nowej Dumie ze wzrostem wojowniczej retoryki wobec Polski i UE.
Z naciskiem na użycie wobec nas broni jądrowej, nowoczesnych rakiet i pocisków dalekiego zasięgu. Prawdopodobnie większość z weteranów nie będzie mówiła tego pod publiczkę, ale całkiem serio. W końcu to byli żołnierze, obeznani z ogniem i śmiercią, zazwyczaj wykazujący znacznie mniejszy margines oporu przed użyciem siły zbrojnej. Poza tym nas nienawidzą, bo to nasz sprzęt albo sprzęt przez nas finansowany do nich strzelał. I wielu zabił.
Jak osiągnąć wyborczy KPI
Trzeba też pamiętać, że kampania wyborcza do Dumy, a następnie sama Duma, stanowią w Rosji namiastkę wolnej debaty, w której sprzeczne interesy i nastroje społeczne mogą zostać ze sobą skonfrontowane. Następnie administracja prezydenta wyławia z tej konfrontacji najbardziej atrakcyjne retorycznie kwestie, włączając je do własnej agendy. Pozostałe deleguje do dyskusji w Dumie.
Stawiam na to, że jeśli naprawdę w kolejnych wyborach Putin zdecyduje o rozpoczęciu całkowitej lub częściowej mobilizacji lub też zastosuje formy pośrednie (zalegalizowane łapanki, kwoty zakładowe czy regionalne), dyskusja nad tym „spontanicznie” rozpocznie się w Dumie Państwowej.
Propaganda Dumy Państwowej ma się dobrze
Duma to miejsce – obok telewizji, państwowych fundacji i programów edukacyjno-propagandowych w szkołach – do urabiania i przygotowywania społeczeństwa. I do kanalizowania złych emocji. A więc można tutaj pokrzyczeć na migrantów, Zachód, a także pijanych piratów drogowych. Oprócz tego deputowani, tak jak i w Polsce, krzyczą i wyzywają siebie nawzajem.
Ale do Dumy można też wpuszczać takie tematy jak kolejna wojna. Kolejna aneksja. Albo broń jądrowa i wysłanie studentów na front. A co powiecie na przymusową pracę w fabrykach uzbrojenia? Rzeczy niełatwe, ale nikt nie powiedział, że w czasie wojny będzie łatwo. No a przecież te trudne tematy wnoszą wybrani przez naród deputowani. Z różnych opcji i patrz pan, wszyscy mówią to samo. Że jak trzeba, to trzeba – dozbrajać, rekrutować, poświęcać.
Dlatego Dumę warto obserwować, bo to tu zostanie wyjęty z kabury pierwszy pistolet i następnie położony na stole.
Hasła „Krym jest nasz”, nie mówiąc o „naszej Ukrainie” i „naszym Kazachstanie”, padały w Dumie od lat 90. Naturalnie często były to zlecone komunikaty na zagranicę. Ale nawet wtedy obrazowały koloryt rosyjskiego myślenia o ambicjach państwa i odzwierciedlały zapotrzebowanie społeczne.
Zresztą, odnośnie do zapotrzebowania społecznego, wybory do Dumy są oczywiście sterowane z Kremla – aczkolwiek nie w taki sposób, jaki się większości wydaje. Putin i jego administracja nie chcą powtórzyć jawnego fałszerstwa wyborczego Łukaszenki z 2020. Jeśli Kirijenko zdecydował, że na przykład Jedna Rosja ma zdobyć większość konstytucyjną, a Komuniści między 10-20 proc., to najlepiej, aby stało się to naprawdę. Na sam koniec coś tam można sfałszować, ale w skali minimalnej. Stąd partie polityczne zatrudniają polittechnologów, którzy jadą w regiony i harują, by osiągnąć wyznaczony z Moskwy wyborczy KPI. Harują też lokalni politycy i urzędnicy. To czas kolejnej państwowej mobilizacji.
Zagranicą Rosjanie mają swoją dumę
Trzeba na koniec powiedzieć, że spora część bloku siłowego nie była specjalnie chętna do organizowania tych wyborów. Nie bez racji wskazują, że skoro na cele w głąb Rosji spadają tysiące ukraińskich dronów, płoną magazyny, drogi i rafinerie, po co bawić się w wybory? Rosja i tak funkcjonuje de facto w reżimie dyktatury wojennej, z wojenną cenzurą i kontrolą aparatu siłowego. Putin jednak zdecydował się na organizację wyborów, ponieważ bardzo chciał pokazać, że mimo prowadzenia wojny system polityczny funkcjonuje w normalnym trybie. I, co ważniejsze, że rosyjska Duma i prezydent różnią się od ukraińskiego prezydenta i deputowanych, rządzących poza swoimi kadencjami; ci pierwsi mają elektoralną legitymację.
Dla nas może to brzmieć zabawnie, ale w państwach Globalnego Południa – nie wspominając o Stevie Witkoffie i Jaredzie Kushnerze, negocjatorach pokojowych Trumpa – argument, że rosyjski legalizm elektoralny stoi naprzeciwko „nazistowskiej dyktatury” kijowskiego reżimu pozbawionej legitymacji własnego narodu, nie będzie wcale od czapy.
Tym bardziej, że Wołodymir Zełenski i jego ekipa robią wszystko, by oddalić wybory, wyeliminować konkurentów i przypadkiem nie stracić władzy.
Zdaje się, że ten ostatni fakt nie irytuje już tylko państw Unii Europejskiej. Ale i one na dłuższą metę nie będą mogły ignorować braku wyborów u naszego sojusznika, gdzie jedna afera korupcyjna goni kolejną. Inaczej wygrywać na tym będzie Rosja.
Jak mówi stary suchar, Rosjanie mają swoją dumę.