W tym samym tygodniu Paryż błyszczy jako światowa stolica sztuki współczesnej. A jednak targi Art Basel Paris — które w ubiegłym roku odwiedziło 73 tysiące osób w ciągu czterech dni — zamykają się o 48 godzin wcześniej, niż planowano. W przededniu kolejnych, sobotnich protestów 24 października, niektóre media społecznościowe wzywały do zniszczenia i splądrowania gmachu, w którym odbywa się to wielkie wydarzenie: Grand Palais, wspaniałej, świeckiej katedry ze szkła i żelaza, położonej u stóp Pól Elizejskich. Powodem miała być konieczność walki z uderzenia w ulgi podatkowe i majątek bogatych. W tegorocznych targach sztuki uczestniczyło 211 galerii z 41 krajów — całe kolekcje zamknięte za szkłem i wystawione na groźbę zniszczenia.
W tym samym czasie, zaledwie dwa kroki dalej, jedno z wydarzeń towarzyszących odbywało się w Carreau du Temple — położonej w słynnej dzielnicy Marais charakterystycznej hali ze szkła i żelaza, będącej symbolem paryskich targowisk, zwłaszcza tych z XIX wieku.
Była to jedenasta edycja AKAA, corocznych targów poświęconych artystom afrykańskim i osobom pochodzenia afrykańskiego. Wzięło w nich udział 39 wystawców, a publiczność była pełna entuzjazmu. Pod względem mody i awangardy wydarzenie niemal dorównywało temu w Grand Palais. Z tą różnicą, że tutaj zdecydowana większość wystawców i odwiedzających była czarna — co stanowiło radosne i eleganckie zaprzeczenie wspomnianemu wcześniej stereotypowi.
Można tam było podziwiać między innymi fascynującą i magnetyczną twórczość fotografki Angèle Etoundi Essamby, urodzonej w Holandii, o francusko-kameruńskich korzeniach. Jej praca Girl with an Amber Earring (Dziewczyna z bursztynowym kolczykiem), powstała w 2023 roku, przedstawia czarną modelkę w chuście, której kolorystyka nawiązuje do oryginalnych barw obrazu Vermeera — błękitu i żółci — przywodząc zarazem na myśl ukraińską flagę.
Wszystko jest za drogie
Poza osłupieniem i goryczą wywołaną grabieżami i przemocą warto zauważyć, że według najnowszych sondaży, ogromna większość Francuzów rozumie i popiera postulaty licealistów, którzy od miesiąca coraz liczniej wychodzą na ulice. Demonstracje z 8 października, odbywające się w radosnej atmosferze w całej słonecznej Francji, wspierały liczne związki zawodowe oraz stowarzyszenia rodziców uczniów — określanych potocznie jako darons et daronnes, czyli „starzy” i „stare” — aby zaprotestować przeciw brutalnym metodom utrzymywania porządku publicznego. Chodzi o taktykę otaczania demonstrantów kordonami, rozpylanie gazu łzawiącego, bicie pałkami, użycie broni określanej jako nieśmiercionośna lub o ograniczonej śmiercionośności, takiej jak wyrzutnie pocisków obronnych LBD i granaty hukowe. A także lekkich pojazdów opancerzonych wyposażonych w armatki wodne.

Ten ruch społeczny nabiera charakteru ogólnoeuropejskiego, a przyczyny protestów w kolejnych stolicach są do siebie podobne. Wzrost opłat za studia w Grecji. Astronomiczne koszty wynajmu mieszkań w największych miastach — między innymi w Portugalii, Hiszpanii i Włoszech. Rosnące ceny żywności. A także, we Włoszech, oburzenie wywołane decyzją o ograniczeniu za pomocą kwot liczby uczniów pochodzenia zagranicznego w poszczególnych szkołach i klasach.
Niezależnie od tego, czy jest się licealistą, czy studentem w Lizbonie, Porto, Madrycie, Mediolanie, Bolonii lub Brukseli, wniosek jest ten sam: wszystko jest za drogie. Protestom niekiedy towarzyszą akty przemocy wymierzone w mienie publiczne, a we Francji również starcia z siłami porządkowymi. Licealiści i licealistki nie zawsze są pokojowymi aniołami. We Francji policja odnotowuje niezwykle dużą liczbę rannych funkcjonariuszy. Również w tę sobotę, 24 października, zarówno podczas wielkiego paryskiego marszu, jak i demonstracji w blisko pięćdziesięciu francuskich miastach, najczęściej skandowane hasła wyrażały nienawiść do policji.
W wielu miastach, w chwili rozpraszania demonstracji, znikąd pojawiały się grupy tzw. Black Blocs, które atakowały siły porządkowe w zapadającym zmierzchu. W Paryżu działo się to na ogromnym skrzyżowaniu, u zbiegu dwóch wielkich arterii wschodniej części miasta, na skraju Lasku Vincennes — przy avenue du Trône i boulevard des Maréchaux. Tymczasem wokół, w autobusach, taksówkach, barach i restauracjach, życie toczyło się dalej. A stu tysięcy demonstrantów, którzy uczestniczyli w spokojnym, pięciogodzinnym marszu, spieszyło się, by w deszczu wrócić do domów.
Demonstracje są prawem
Ruch gniewu społecznego poszerza swoją bazę, ponieważ coraz większa część opinii publicznej jest oburzona naruszaniem zasad państwa prawa i państwa liberalnego.
Nawet jeśli jednocześnie potępia dewastacje i grabieże. Zbyt wielu nieletnich zostało okaleczonych: stracili oko, dłoń, szczękę, część czaszki lub stopę od pocisków gumowych albo granatów. Dochodzi do masowych zatrzymań, a tysiące osób trafiają do aresztów. Premier wzywa do opowiedzenia się po jednej ze stron: obozu porządku i policji albo ruchu społecznego i demonstrantów, z których ogromną większość stanowią przecież licealiści! A teraz prezydent Republiki sugeruje, że niektóre grupy i organizacje powinny mieć prawo do demonstrowania, podczas gdy wszystkie pozostałe miałyby zostać wykluczone.
W liberalnej demokracji demonstracje są prawem. Nie wymagają żadnego zezwolenia. Ewentualne ograniczenia mogą dotyczyć trasy lub miejsca zgromadzenia. Prawo do demonstracji nie zależy od kaprysu władzy wykonawczej.
Autorytarna pokusa ograniczania tego prawa nie jest wyłącznie francuskim zjawiskiem. We Włoszech premierka Giorgia Meloni, wywodząca się z postfaszystowskiej tradycji politycznej, po grabieżach, do których doszło w sobotę 17 października, wydała dekret przewidujący rozmieszczenie wojska na ulicach Mediolanu. Ona również wybiera represje jako odpowiedź na ruch licealistów.
W stolicy Francji od 18 października helikoptery krążą nad miastem dniem i nocą. Ich niezwykle silne reflektory konkurują ze światłem obrotowego reflektora wieży Eiffla — tak dobrze znanym, radosnym i swojskim. Sama wieża nadal jest oświetlona i lśni, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

Młodzi i bojówkarze
Trzeba jednak rozróżnić trzy zjawiska, które zbyt pochopnie wrzuca się do jednego worka.
Po pierwsze, ruch społeczny i gniew młodych ludzi.
Młodzież ta, daleka ruchów kontestacyjnych czy wywrotowych, domaga się jak najpełniejszego włączenia do istniejącego społeczeństwa. Chce wejść do ogrzewanego liceum, dostać się na uniwersytet, wejść na rynek pracy, znaleźć mieszkanie… Owszem, demonstranci blokują wejścia do szkół, ale wyrażają pilne potrzeby, których źródła sięgają daleko w przeszłość.
Jeśli chodzi o zdewastowane licea we Francji — zimą przypominające sita, przez które ucieka ciepło, a podczas upałów lata 2026 roku zamieniające się w rozgrzane kotły — trudno zrozumieć tę sytuację. Za utrzymanie budynków szkół średnich odpowiadają rady regionalne. Czy finanse lokalne we Francji, gdzie niektóre samorządy należą do najbogatszych w Europie i na świecie, są naprawdę w tak opłakanym stanie, że nie można naprawić ogrzewania, zamontować okien z podwójnymi szybami i zasłon, doprowadzić wody pitnej ani udrożnić toalet?
Po drugie, mamy do czynienia z bojówkami skrajnej lewicy, które rzucają wyzwanie państwu i nienawidzą władzy.
To stara tradycja europejskiego życia demokratycznego.
Problemowe dzielnice?
Po trzecie, są grabieżcy. Wywodzą się oni z tej części francuskiego społeczeństwa, którą niektórzy określają mianem „zepchniętych na margines”. Chodzi, jak się wydaje, przede wszystkim o wielkie osiedla na przedmieściach metropolii. W tych dzielnicach niewiele się dzieje. Otoczenie jest szare i raczej surowe, a życie społeczne być może bardziej zdominowane przez podziały płciowe i wspólnotowe niż w innych częściach kraju. Jest tam wiele mieszkań socjalnych o regulowanych, niskich czynszach, komunikacja publiczna nie zawsze działa dobrze, a budynki niszczeją na większą skalę niż gdzie indziej.
Opowiadają o tym dwa głośne filmy z ostatnich lat: Nędznicy (Les Misérables) Ladja Ly’ego z 2019 roku oraz Imigranci (Dheepan) Jacques’a Audiarda z 2015 roku, nagrodzony Złotą Palmą na festiwalu w Cannes.
Kiedy w latach sześćdziesiątych XX wieku pojawiły się tego rodzaju osiedla i dzielnice, postrzegano je jako wielki postęp. Dwie lub trzy dekady później zaczęto je odbierać jako miejsca zepchnięte na margines, zdegradowane i zamknięte w izolacji.
Dziś, osoby urodzone we Francji jako drugie albo trzeci pokolenie rodzin przybyłych z Afryki i Maghrebu, mające francuskie obywatelstwo od urodzenia są w tych dzielnicach nadreprezentowane. Bardziej rozwinięta niż gdzie indziej jest tam również nielegalna gospodarka.
Jednak ogromna większość mieszkańców tych osiedli — niezależnie od tego, czy praktykują jakąś religię, czy nie —
pragnie spokojnego życia, zatrudnienia, zwyczajnych codziennych przyjemności i szkół średnich, które normalnie funkcjonują.
Ruch licealistów rozpoczął się w miastach podparyskiego departamentu Sekwana-Saint-Denis, na północ od obwodnicy, która fizycznie oddziela je od Miasta Świateł — tak bliskiego, a zarazem tak odległego.
Podobne dzielnice istnieją również punktowo, rozproszone na terenie samego miasta, przede wszystkim w północno-wschodniej części stolicy. Można postawić hipotezę, że wśród grabieżców, którzy rzucili się na dziesiątą dzielnicę Paryża, było równie wielu młodych ludzi z regionu Île-de-France, co z dziesiątej, jedenastej, dwunastej i dwudziestej dzielnicy samego Paryża.

Winiarnia i apteka za płytami pilśniowymi
Niektórzy działali na własnym terenie. Było to niczym gigantyczne ognisko radości, podczas którego — podobnie jak co roku 14 lipca i 31 grudnia albo w wieczór zwycięstwa Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów — niewielka część francuskiej młodzieży podpala, przywłaszcza sobie i oczyszcza przestrzeń, doprowadzając na chwilę do brutalnego, gwałtownego i amoralnego odwrócenia normalnego porządku rzeczy.
17 października przyznali to sami przywódcy polityczni i przedstawiciele policji: francuskie władze, zarówno polityczne, jak i policyjne, wyjątkowo wykazały się amatorszczyzną i brakiem przewidywania.
Nad kanałem Saint-Martin, coraz częściej odwiedzanym przez miłośników modnych, alternatywnych przewodników turystycznych, panuje całkowite niezrozumienie i ogromny smutek.
Zniszczono maleńką, rzemieślniczą lodziarnię Sucre Glace, uwielbianą przez okolicznych mieszkańców, polecaną przez prestiżowy francuski przewodnik gastronomiczny Gault & Millau. Można ją było rozpoznać po długiej kolejce na chodniku przy nabrzeżu Valmy. Pomyślcie tylko: była to jedna z nielicznych lodziarni na świecie, które oferowały sorbet czekoladowy, przygotowywany według wyjątkowej receptury i mający cudowny smak.
Apteka i winiarnia przy rue Beaurepaire, zegarmistrz i laboratorium analityczne przy boulevard Magenta, niewielki sklep z telefonami komórkowymi, który służył całej okolicy jako punkt odbioru przesyłek, a także osiedlowy supermarket. Dziś ich witryny są oszpecone odrażającymi płytami ze sklejki i płyt wiórowych. Za nimi poszły z dymem oszczędności całego życia drobnych przedsiębiorców, z których część pochodzi z Azji Południowej.
Republika w chmurze gazu
I to właśnie zaledwie dwa kroki dalej, na placu Republiki, który pojawia się we wszystkich francuskich podręcznikach szkolnych, przy pomniku odsłoniętym w 1883 roku, symbolizującym trwałe ustanowienie republiki i górującym nad monumentalnymi, kamiennymi zabudowaniami koszar Gwardii Republikańskiej, policja przeprowadziła szarżę niczym oddział RoboCopów.
Chmura gazu łzawiącego spowiła radosną orkiestrę dętą, która dodawała otuchy uczestnikom, gdy 17 października rozpoczynał się wielki marsz.
Dziś plac Republiki objęty jest godziną policyjną i pozostaje zamknięty dla pieszych. To samo dotyczy centralnej dzielnicy Châtelet–Les Halles.
W sobotę 24 października marsze i demonstracje odbyły się w sześciu dużych francuskich miastach, mimo że prefekt i mer całkowicie ich zakazali.
„To dla twojego dobra” — mówi część społeczeństwa Francji w 2026 roku.
A przecież jest to ta sama Francja, która dzień po ogłoszeniu przez generała Jaruzelskiego stanu wojennego w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku demonstrowała 14 grudnia przed ambasadą Polski w Paryżu,
solidaryzując się z Solidarnością Lecha Wałęsy i potępiając stan wojenny. W tych demonstracyjnych pochodach uczestniczyli między innymi Yves Montand i Simone Signoret, Michel Foucault oraz Pierre Bourdieu.
Obecna władza polityczna nieustannie powtarza słowo „Republika”, ale w praktyce jej jedyną konkretną odpowiedzią wydaje się polityka bezpieczeństwa i represji.
Emmanuel Macron prowadzi, świadomie lub nieświadomie, politykę odpowiadającą demograficznej strukturze Francji. Zarówno majątek prywatny, jak i publiczny jest — podobnie jak w całej Europie — nieproporcjonalnie skoncentrowany w starszych grupach wiekowych.
Osób poniżej 25. roku życia jest coraz mniej. Jednocześnie są one coraz lepiej wykształcone i mają coraz wyższe kwalifikacje. A mimo to coraz bardziej frustrują je stanowiska poniżej tych kwalifikacji, na które są skazane, choć zdobyte dyplomy powinny otwierać im drogę do lepszej pracy.
To właśnie Peter Turchin w swojej inspirującej książce End Times — wydanej po francusku pod tytułem Le Chaos qui vient („Nadchodzący chaos”) — określił mianem „nadprodukcji elit”.
Jeśli dodamy do tego niepokój wywołany rosyjską inwazją na pełną skalę na Ukrainę, oburzenie losem mieszkańców Gazy — które, co bardzo niepokojące, często idzie w parze z hasłami antysyjonistycznymi, a także z praktykami antysemickimi — coraz bardziej widoczne skutki ocieplenia klimatu, niepewność, niekiedy opartą na fantazjach, dotyczącą wpływu sztucznej inteligencji na rynek pracy, rzeczywiste doświadczenie lockdownów podczas pandemii COVID-19, które w niemal całej Europie zawiesiły możliwość przemieszczania się i ograniczyły wolności w imię ochrony zdrowia, a także wspomniane już problemy mieszkaniowe i żywnościowe, można — nieco prowokacyjnie — powiedzieć, że dzisiejsza młodzież w Europie czuje się jak mniejszość.
Mniejszość niezrozumiana, mało widoczna i w niewielkim stopniu uwzględniana przez społeczeństwo oraz gospodarkę — zarówno w sferze wartości, jak i interesów.
Debata, w której weźmie udział Sylvain Kahn, Jan-Werner Müller, Mariya Zolkina, Jarosław Kuisz odbędzie się 16 listopada o godz. 17 w siedzibie Kultury Liberalnej przy ul. Chmielnej 15/9 w Warszawie. Tytuł: Czy Europa potrzebuje nowych przestrzeni solidarności? Trójkąt Weimarski, Ukraina i przyszłość demokratycznej Europy. Prowadzenie: Agnieszka Lichnerowicz
***
L’image de Paris pillé et en flammes de l’automne 2026 contraste brutalement avec celle, encore fraîche, des Jeux olympiques de l’été 2024 et de sa vasque aérienne, lumineuse, réconfortante et poétique tel un feu de cheminée dans le ciel des Tuileries et de la Concorde.
Au même moment, les commentaires rapides, épidermiques, à tonalité ethnique, remobilisent tous les stéréotypes sur la politique de creuset migratoire source de tous les maux et de la décadence.
La même semaine, Paris brille comme capitale mondiale de l’art contemporain : cependant, Art Basel Paris (73 000 visiteurs sur 4 jours l’an passé) ferme ses portes 48 heures plus tôt que prévu. Certains réseaux sociaux appelaient à la veille du nouveau samedi de mobilisation du 24 octobre à casser et piller le monument qui accueille ce grand événement, le Grand Palais, somptueuse cathédrale laïque de fer et de verre au pied des Champs Elysées, au motif qu’il faut s’en prendre aux niches fiscales et aux biens des riches. La foire d’art réunissait cette année 211 galeries venues de 41 pays — des collections entières sous verre et sous menaces.
Dans le même temps, à deux pas de là, l’une des excroissances de l’événement accueillait au Carreau du Temple, halle de fer et de verre emblématique du Paris des marchés de toujours et du 19ème siècle en particulier, dans le célèbre quartier du Marais, la onzième édition d’AKAA, la foire annuelle consacrée aux artistes africains et afrodescendants : 39 exposants, un public enthousiaste, presque autant de mode et d’avant-garde qu’au Grand Palais. Sauf qu’ici, l’immense majorité des exposants et des visiteurs sont noires et noirs — un démenti joyeux et élégant au cliché susmentionné. On y découvrait notamment l’œuvre fascinante et magnétique de l’artiste photographe néerlando-franco-camerounaise Angèle Etoundi Essamba : Girl with an Amber Earring (La Jeune Fille à la boucle d’oreille d’ambre), une pièce de 2023 où un modèle noir porte aussi un foulard qui reprend les couleurs d’origine bleu et jaune de Vermeer en mode drapeau ukrainien.
Au delà de la stupéfaction et de l’amertume qu’ont causé les pillages et les violences, l’immense majorité des Français, selon les derniers sondages, comprennent et soutiennent les revendications des lycéens qui manifestent de plus en plus depuis un mois. La journée du 8 octobre, avec ses rassemblements joyeux dans toute une France ensoleillée, étaient soutenue par de nombreux syndicats de salariés et d’associations de parents d’élèves (les “darons et les daronnes”) pour dire stop à la dureté du maintien de l’ordre, avec ses nasses, ses gaz lacrymogènes, ses coups de matraques, ses armes intermédiaires non létales (LBD, grenades assourdissantes), ses blindés légers à canons à eau. Ce mouvement social prend un tour paneuropéen, et les déclencheurs se ressemblent d’une capitale à l’autre : hausse des droits d’inscription universitaires en Grèce, coût du logement exorbitant dans les très grandes villes, ainsi au Portugal, en Espagne et en Italie, inflation des prix alimentaires et des repas, ainsi que, en Italie, la stupeur provoquée par la mesure consistant à limiter par des quotas le nombre de lycéens d’origine étrangère par établissement et par classe.
Que l’on soit lycéen ou étudiant à Lisbonne, à Porto, à Madrid, à Milan, à Bologne ou à Bruxelles, le constat est le même : c’est trop cher. Ces mouvements s’accompagnent parfois de violences contre certains biens publics et, en France, d’affrontements avec les forces de l’ordre. Les lycéens et les lycéennes ne sont pas toujours des anges pacifiques. En France, les forces de police déplorent un nombre inhabituel de blessés dans leur rang. Encore ce samedi 24, dans le grand cortège parisien comme dans près de cinquante villes de France, le slogan le plus scandé est celui de la détestation de police. Et, dans bien des villes, des Blacks Blocs ont surgi de nulle part au moment de la dispersion des manifestations pour s’en prendre aux forces de l’ordre dans une atmosphère crépusculaire à la tombée de la nuit ; à Paris sur cet immense carrefour, à la jointure de deux immenses avenues de l’Est, en bordure du bois de Vincennes : l’avenue du trône et le boulevard des Maréchaux. Pendant ce temps tout autour bus, Taxi, Bars, restaurants, la Vie suivait son cours… Et sous la pluie, les 100 000 manifestants se dépêchaient de rentrer chez eux à l’issue d’un cortège et d’une marche tranquilles de cinq heures.
Le mouvement de colère élargit sa base, car une partie croissante de l’opinion publique est choquée par les atteintes à l’État de droit et à l’État libéral – quand bien même elle est choquée par les saccages et les pillages. Trop de mineurs estropiés : un œil, une main, une mâchoire, une boîte crânienne, un pied perdus à coups de flashball ou de grenade. Des interpellations massives, des gardes à vue par milliers. Un premier ministre qui appelle à choisir son camp entre le parti de l’ordre et de la police et le mouvement social et les manifestants (dont l’immense majorité sont des lycéens !). Et maintenant un président de la République qui indique que certains groupes et certaines organisations seraient légitimes et autorisés à manifester, à l’exclusion de toutes les autres ! Dans une démocratie libérale, manifester est un droit. Il n’est soumis à aucune autorisation. Les éventuelles restrictions peuvent porter sur le trajet et le lieu ; manifester ne s’accorde pas selon le bon plaisir de l’exécutif.
Cette tentation autoritaire n’est pas franco-française : en Italie, la présidente du Conseil, Mme Giorgia Meloni, issue de la tradition politique post-fasciste, a pris un décret mobilisant l’armée dans les rues de Milan après les pillages du samedi 17 octobre ; elle privilégie, elle aussi, une approche répressive comme réponse au mouvement des lycéens. Dans la capitale française, depuis le 18 octobre, des hélicoptères survolent jour et nuit la ville ; leurs projecteurs surpuissants font, la nuit, concurrence à celui, tournant, gai et si familier, de la tour Eiffel — par ailleurs illuminée et scintillante comme si de rien n’était.
Il faut pourtant distinguer trois phénomènes que l’on confond trop vite. Le mouvement social, d’abord et en premier lieu, et la colère sociale de la jeunesse qui, loin d’être contestataire et subversive, demande à être intégrée le plus possible à la société telle qu’elle est : entrer dans un lycée chauffé, entrer à l’université, entrer sur le marché de l’emploi, entrer dans un logement…Les manifestants, certes bloquent l’entrée des lycées, mais expriment une urgence réelle et qui vient de loin. S’agissant des lycées dégradés en France, passoire thermique l’hiver, bouilloire thermique sous les canicules torrides de l’été 2026, on a du mal à comprendre : ce sont les conseils régionaux qui ont la charge de l’entretien des bâtiments de l’enseignement lycéen. Les finances locales de la France dont certaines des collectivités sont parmi les plus riches d’Europe et du monde sont-elles à ce point défaillantes qu’elles ne peuvent réparer le chauffage, mettre des fenêtres à double vitrage et des rideaux, faire venir l’eau potable et déboucher les toilettes ?
Les casseurs de l’ultra-gauche ensuite, qui défient l’État et détestent le pouvoir : vieille tradition de la vie politique démocratique européenne. Les pillards, enfin : ces derniers viennent de cette partie de la société française que d’aucuns appellent les « territoires relégués ». Il s’agit souvent, semble-t-il, des grands ensembles des banlieues des métropoles françaises. Dans ces quartiers, il n’y a pas grand-chose à faire ; le cadre de vie est gris, plutôt rugueux, peut-être plutôt plus genré et plus communautaire que dans d’autres types de territoires, les habitations sociales à loyer modéré y sont nombreuses, la desserte par les transports en commun pas toujours idéale et les immeubles s’y dégradent en nombre plus grand qu’ailleurs. Deux grands films récents, Les Misérables de Ladj Ly (2019) et Deepan de Jacques Audiard (2015, palme d’or au festival de Cannes) nous les racontent.
Quand ce type d’habitat et de quartier est apparu dans les années 1960, il était perçu comme un grand progrès ; deux ou trois décennies plus tard, il a été ressenti comme relégué, dégradé, confiné. Aujourd’hui, deux ou trois générations après l’arrivée des familles venues d’Afrique et du Maghreb, les Français bien français depuis leur naissance issus de l’immigration post coloniale y sont surreprésentés, et l’économie illégale y est plus développée qu’ailleurs. Mais l’immense majorité de ses habitants, quels que soient leurs choix en termes de pratiques religieuses, quand ils en ont une, aspire à une vie tranquille, insérée dans l’emploi, dans les loisirs simples du quotidien et dans des lycées en état de fonctionnement. Le mouvement lycéen a débuté dans les villes de la banlieue parisienne du département de Seine Saint Denis, au nord du boulevard périphérique qui les séparent physiquement de la Ville Lumière si proche mais si lointaine.
De tels quartiers existent aussi, de façon ponctuelle, disséminés dans cette Ville lumière, plutôt dans le quart nord-est de la capitale. On peut émettre l’hypothèse que parmi les pillards qui se sont abattus sur le 10e arrondissement, il y avait tout autant de jeunes d’Île-de-France et des 10e, 11e, 12e et 20e arrondissements de Paris. Certains jouaient à domicile : comme un immense feu de joie où, comme à chaque 14 juillet et chaque 31 décembre, ou comme le soir des victoire du Paris Saint Germain en ligue des champions, une toute petite fraction de la jeunesse française brûle, s’approprie et fait place nette, le temps d’une inversion brutale, violente et amorale de l’ordre des choses. Ce 17 octobre, les dirigeants politiques et policiers l’ont reconnu, le pouvoir comme la police français ont, une fois n’est pas coutûme, brillé par leur amateurisme et leur manque d’anticipation.
L’incompréhension est totale, et le malheur immense le long du canal Saint-Martin, de plus en plus prisé des guides touristiques branchés et alternatifs. Ce minuscule glacier artisanal si aimé du voisinage, Sucre Glace, recommandé par le grand guide gastronomique français Gault & Millau et qu’on repère par la longue file d’attente sur le trottoir du quai Valmy, a été pulvérisé : songez que c’était l’un des seuls glaciers du monde à proposer un sorbet au chocolat, une recette unique au goût merveilleux. La pharmacie et le bar à vin de la rue Beaurepaire, l’horloger et le laboratoire d’analyses du boulevard Magenta, la petite boutique de téléphonie mobile qui sert de point relais pour les colis de tout le quartier, le supermarché du coin : aujourd’hui, leurs vitrines défigurées sont remplacées par d’affreuses plaques de contreplaqué aggloméré, et derrière sont parties en fumée les économies de toute une vie de petits artisans, dont certains viennent d’Asie du Sud.
Et c’est bien à deux pas de là, sur cette place de la République qui figure dans tous les manuels scolaires français — celle de la statue inaugurée en 1883, symbole de l’installation durable de la République, qui veille sur l’imposante caserne de la Garde Républicaine à cheval en pierre de taille — que la police a chargé en mode Robocop, noyant sous un nuage de gaz lacrymogène la joyeuse fanfare de cuivres qui encourageait le départ de l’immense manifestation du 17 octobre. Cette même place de la République fait aujourd’hui encore l’objet d’un couvre-feu, interdite d’accès aux piétons, tout comme le quartier hyper central de Châtelet les Halles. Ce samedi 24 octobre, les marches et les cortèges ont eu lieu dans une demi-douzaine de grandes villes françaises où le préfet et le maire les avaient totalement interdits. « C’est pour ton bien », dit une certaine France de 2026 — dans cette France qui, le lendemain même de la proclamation de l’état de guerre par le général Jaruzelski dans la nuit du 13 décembre 1981, avait manifesté le 14 décembre devant l’ambassade de Pologne à Paris, en soutien au syndicat de Lech Wałęsa, Solidarność, et en détestation de l’État de guerre — cortèges dont Yves Montand et Simone Signoret, Michel Foucault ou Pierre Bourdieu faisaient partie.
L’actuel pouvoir politique n’a que le mot « République » à la bouche, mais dans les faits, sa seule réponse concrète semble d’ordre sécuritaire. Emmanuel Macron fait, consciemment ou inconsciemment, la politique de sa démographie française : la richesse privée comme la richesse publique est surreprésentée en fonction de l’âge croissant, comme dans toute l’Europe. Les moins de 25 ans sont de moins en moins nombreux ; mais, de plus en plus diplômés et qualifiés, ils sont de plus en plus frustrés par les emplois peu qualifiés auxquels ils sont contraints, alors que leur diplôme leur donnerait droit à mieux. C’est ce que Peter Turchin, dans son ouvrage stimulant End of Times (ce chaos qui vient en français), a nommé la « surproduction des élites ». Si l’on ajoute à cela l’inquiétude provoquée par l’invasion à grande échelle de l’Ukraine par la Russie, l’indignation par le sort des gazaouis (qui, de façon très préoccupante, va le plus souvent de pair avec des slogans antisionistes ainsi que, aussi, des pratiques antisémites) les effets du réchauffement climatique de plus en plus visibles, les incertitudes — parfois fantasmatiques — sur les effets de l’intelligence artificielle sur le travail, le souvenir des confinements du COVID, bien réels, qui avaient suspendu mobilités et libertés pour des raisons sanitaires dans toute l’Europe ou presque, et les difficultés déjà évoquées du logement et de l’alimentation, on peut dire, de manière un peu provocatrice, qu’en Europe, aujourd’hui la jeunesse se sent dans la situation d’une minorité, incomprise, peu visible et peu prise en compte par la société et par l’économie — tant sur le plan des valeurs que sur celui des intérêts.
Le dimanche 25 octobre 2026
Sylvain Kahn
Professeur Agrégé d’histoire à Sciences Po