Powołani przez Sejm sędziowie Trybunału Konstytucyjnego weszli w piątek wieczorem do siedziby tego sądu, odsunęli od obowiązków prezesa Bogdana Święczkowskiego i powołali na jego miejsce najstarszą stażem sędzię Annę Korwin-Piotrowską. Tak zaczął się kryzys, w który zaangażowali się najważniejsi politycy w kraju, z prezydentem Karolem Nawrockim na czele.
Krytycy tego brawurowego ruchu, jakim jest według jednych przejęcie, a według innych – próba przywrócenia konstytucyjnej roli Trybunału, mówią, że teraz sąd konstytucyjny właśnie stracił swoją funkcję na długie lata. Bo co do tego, czy sędziowie mogli zrobić to, co zrobili, nie są zgodni nawet prawnicy, którzy przez ostatnią dekadę demaskowali bezprawne działania PiS-u i dwóch kolejnych prezydentów wobec tej instytucji.
Można patrzeć na to tak, że od piątku Trybunał już na długo stał się właśnie politycznym łupem. Że teraz każda kolejna ekipa parlamentarna będzie czuła się uprawniona, żeby bezprawnie zmieniać tam sędziów tak, jak jej się podoba. Jak, nie przymierzając, ekipy w publicznych redakcjach informacyjnych. Można też się zgodzić, że Trybunał został właśnie pozbawiony swojej konstytucyjnej nietykalności. Na to, co się stało w piątek, można się od teraz powoływać, forsując każde bezprawie.
Czy to będzie jednak cała prawda? Nie.
Trybunał nie stał się łupem w piątek
Trybunał Konstytucyjny stał się politycznym łupem w roku 2016, kiedy parlament wybrał, a prezydent Andrzej Duda odebrał przysięgę od osób wybranych na miejsce legalnie wybranych sędziów. Następnie, kiedy premier Beata Szydło odmawiała publikowania prawomocnie wydanych wyroków. Także wtedy, kiedy prezesurę w Trybunale przejęła Julia Przyłębska, chociaż nie została prawidłowo wybrana na to stanowisko. A potem, kiedy sąd konstytucyjny był już w całości obsadzony przez PiS i wydawał wyroki zbieżne z interesem partii, a za to niezgodne z prawem, co potwierdził Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. To wszystko już było.
Wiarygodność Trybunału malała z roku na rok, leżąc już bez życia na ziemi za czasów prezesury Bogdana Święczkowskiego.
Prezes nie zwoływał Zgromadzenia Ogólnego, nie kierował spraw do rozpoznania. Trybunał istniał formalnie – ale tak, jakby go nie było. Działał jak płachta na byka, czy też na polityków, kiedy byli do niego wybierani kolejni sędziowie – ale nie jak konstytucyjny sąd.
Autorytet Trybunału jako instytucji, z której wyrokami liczyliby się powszechnie politycy i obywatele, upadł już wcześniej, zanim do jego gmachu weszli sędziowie, by pozbawić władzy prezesa Święczkowskiego. To, że w piątek w powszechnym odbiorze Trybunał odbił Donald Tusk, nie oznacza, że prawica dostała zielone światło do dowolnych zmian na wypadek wygranych wyborów.
Prawica i tak robi z Trybunałem, co chce.
Widzimy to przecież od dziesięciu lat. Nie potrzebuje ani siłowych, ani widowiskowych działań obecnego rządu, czy też zdeterminowanych sędziów. Robi to, co ogłosi za zgodne z prawem. Nie raz pokazała jak.
Nie tylko Trybunał
Dlatego, chociaż podstawa prawna piątkowych działań budzi wątpliwości prawników, chociaż konsekwencje tych działań budzą lęk osób pragnących naprawy instytucji państwowych, nie ma sensu przeceniać ich przełomowego znaczenia dla prawicy.
Instytucje zostały zniszczone. To, co powinno być niezależne, stało się upolitycznione i zmiana tego stanu rzeczy jest jeszcze bardziej skomplikowana niż przywrócenie prawidłowego działania Trybunału Konstytucyjnego.