Wieczorem 29 września Jarosław Kaczyński dołączył do protestujących, którzy od 12 września stoją w miasteczku namiotowym przed Trybunałem Konstytucyjnym przy alei Szucha w Warszawie. Nazajutrz szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki nazwał Donalda Tuska „politycznym łomiarzem”, który ze swoją grupą włamuje się do kolejnych instytucji. Odpowiadał samemu Tuskowi, który 24 września na spotkaniu wyborczym w Krakowie porównał swoją relację z opozycją do grania , że gra w szachy z facetem z kijem bejsbolowym. I zapowiedział: „Grzeczny to już byłem”.
Jeśli wierzyć niektórym ostatnim posunięciom rządu, czas grzeczności rzeczywiście minął. 23 września prokuratura postawiła dyrektorce Kancelarii Trybunału i komendantowi Straży Trybunalskiej zarzuty przekroczenia uprawnień i uporczywego naruszania praw czworga sędziów wybranych przez Sejm w marcu, których prezes TK Bogdan Święczkowski nie uznaje.
Minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński zapowiada, że policja będzie działać, jeśli prokuratura stwierdzi, że w Trybunale łamane jest prawo, a jeśli prezydent Karol Nawrocki w ciągu kilku dni nie odbierze ślubowania od Macieja Berka, wybranego przez Sejm 4 września, należy je odebrać w takiej formie jak od marcowej czwórki.
Koniec gry?
Przez większą część kadencji koalicja grała z Trybunałem w szachy. W marcu 2024 roku Sejm uznał, że trzech zasiadających w TK sędziów nie jest sędziami, a rząd przestał publikować orzeczenia Trybunału. Potem koalicja czekała, aż wygasną kadencje. Teraz, na rok przed wyborami, sięga po prawo karne, groźbę użycia policji i ślubowanie bez udziału prezydenta. W zeszłym roku na łamach „Journal of Democracy” pisaliśmy ze Stanleyem Billem, że Tusk może stanąć przed wyborem między „nieskutecznym kuśtykaniem ku porażce” w 2027 roku a drogą radykalnych działań, prowadzącą do „pełniejszego zwrotu ku »demokracji walczącej«“. Wygląda na to, że wybrał.
We wrześniu 2024 roku, długo po tym, jak minął krótki powyborczy miesiąc miodowy koalicji, sfrustrowany Tusk snuł rozważania, że jego rząd być może będzie musiał działać w kategoriach demokracji walczącej, nawet jeśli niektóre autorytety prawne uznają wówczas jego działania za nie do końca zgodne z prawem. Dwa tygodnie później zastanawiałem się na tych łamach, czy to szansa, czy zagrożenie.
Zauważyłem, że rządy naprawiające państwo mogą liczyć na miesiąc miodowy u wyborców, ale pozostawiłem to pytanie otwarte. Dwa lata później mogę udzielić na nie częściowej odpowiedzi: jeśli demokrację walczącą w ogóle należy wypróbowywać, to jej miejsce jest w miesiącu miodowym.
Właściwy moment na zmierzenie się koalicji z Trybunałem takimi metodami, przypadał na grudzień 2023 roku, a nie na wrzesień 2026.
W grudniu 2023 roku koalicja miała trzy rzeczy, których dziś jej brakuje
Po pierwsze, świeży mandat, zdobyty pod hasłem przywrócenia demokracji, przy najwyższej frekwencji od upadku komunizmu. Jej prezydenckiemu przeciwnikowi zostało niespełna dwa lata urzędowania. Po drugie, czas: prawie cztery lata, by wytłumaczyć swoje działania, zamortyzować ich koszty i pokazać, że naprawione instytucje działają lepiej niż zawłaszczone.
Była to okres zwykłej polityki, w której wyborcy spoza obozu rządzącego mogli oceniać jego działania co do meritum, a nie jako ruchy w kampanii. Koalicja zdawała się zresztą rozumieć, że otworzyło się przed nią okno możliwości. Sześć dni po zaprzysiężeniu rządu odwołała władze mediów publicznych, a w ciągu miesiąca odsunęła prokuratora krajowego. Choć wielu – w tym Bill i ja – krytykowało te metody, w styczniu 2024 roku CBOS odnotował 53 procent poparcia dla polityki rządu wobec mediów publicznych i tylko 36 procent sprzeciwu. Były powody, by sądzić, że pięknoduchy z prodemokratycznej koalicji potrafią skutecznie posłużyć się kijem bejsbolowym. W sprawie Trybunału kij pozostał jednak w torbie.
Dziś wszystkie trzy sprzyjające dotąd warunki się odwróciły. Najświeższy mandat wyborców ma nie koalicja, lecz prezydent Nawrocki, wybrany w czerwcu 2025 roku. Sejm, który odbierze ślubowanie od sędziego mimo odmowy prezydenta, w oczach wielu będzie wyglądał jak obóz, który nie pogodził się z tym werdyktem. Zostało niewiele czasu, by koszty zdążyły się zamortyzować: zarzuty, zawieszenia i być może policja przy alei Szucha, przyjdą przed wyborami, a sprawnie działający Trybunał – jeśli w ogóle – długo po nich.
W ostatnim roku kadencji wszystko, co robi rząd, zaczyna wyglądać na kampanię – zresztą Tusk ogłosił koniec swojej grzeczności właśnie na spotkaniu wyborczym. Jeśli koalicja przegra, jej następcy odziedziczą zarówno Trybunał, jak i precedensy: prokuraturę ścigającą urzędników konstytucyjnego organu państwa, sędziów zaprzysiężonych bez prezydenta i być może policję decydującą o tym, kto wchodzi do sądu. Kolejne rządy – ostrzegaliśmy z Billem w „Journal of Democracy” – mogą wtedy rościć sobie te same „wyjątkowe uprawnienia” do własnych radykalnych działań.
Wybory to metapolaryzacja
Rok wyborczy sprzyja też temu, co nazwaliśmy z Billem metapolaryzacją: utrwalonemu przekonaniu, że polityka jest nierozwiązywalnym konfliktem z przeciwnikiem, który nie przestrzega reguł. Kij bejsbolowy i łom to ten sam obraz oglądany z dwóch stron. Jak wykazali Alia Braley i jej współpracownicy w opublikowanym w 2023 roku badaniu amerykańskich wyborców, ludzie ceniący demokrację popierają niedemokratyczne środki, gdy wierzą, że druga strona zrobiłaby to samo. Kampania, w której każdy obóz zdaje się otrzymywać potwierdzenie swoich oczekiwań co do intencji drugiego, to idealne warunki dla spirali metapolaryzacji.
Koalicja może zasadnie odpowiedzieć, że w 2023 roku nie miała pod ręką kija. Marcową czwórkę wybrano dopiero w tym roku, a ściganie urzędników, którzy fizycznie nie wpuszczają do budynku legalnie wybranych sędziów, to przecież egzekwowanie prawa, a nie polityczna gra bez pardonu. Co do meritum może to być słuszne. Ale źródło problemu – Trybunał, który koalicja uważała za nielegalnie obsadzony – istniało od pierwszego dnia jej rządów. Zamiast radykalnych działań koalicja postanowiła grać z nim w szachy, posługując się jednak kijem gdzie indziej. W spolaryzowanej demokracji o legitymacji nie rozstrzyga samo meritum. Zależy ona od tego, czy racje przyjmą ludzie spoza własnego obozu, a racje, na podstawie których zaczyna się działać dopiero w roku wyborczym, przyjąć najtrudniej.
Czy policja wejdzie to Trybunału?
Opinia publiczna wskazuje na to samo. Wejście policji do Trybunału, by nie wpuścić do niego Święczkowskiego, w sondażu SW Research dla „Wprost” popierało 30 procent, a 37 było przeciw; w sondażu DGP opublikowanym 28 września „rozwiązaniom siłowym” w celu usunięcia prezesa sprzyjało 36 procent, a sprzeciwiało się im 26. Żaden z tych wyników nie zbliża się do większości, która w styczniu 2024 roku poparła politykę rządu wobec mediów, a w obu badaniach zdania nie miała co najmniej jedna trzecia respondentów. Ta niezdecydowana jedna trzecia to jedyna publiczność, którą koalicja może jeszcze przekonać, a na rok przed wyborami raczej uzna ona posunięcia rządu za owoc frustracji niż chęci obrony konstytucji.
Węgry pokazują alternatywę, i to nie tylko dlatego, że Péter Magyar ma większość dwóch trzecich, której brakuje Tuskowi. W lipcu, zaledwie dwa miesiące po objęciu przez niego urzędu, jego partia Tisza uchwaliła poprawkę do ustawy zasadniczej, która zakończyła kadencję prezydenta Tamása Sulyoka i przywróciła granicę 70 lat dla sędziów węgierskiego Trybunału Konstytucyjnego, zmuszając do odejścia jego prezesa Pétera Polta. Sulyok nazwał ją jawnym naruszeniem praworządności, a Viktor Orbán – tyranią. Magyar działał jednak ze świeżym mandatem i miał przed sobą prawie cztery lata, by przekonać węgierskich wyborców, że zyskała na tym sama demokracja. Tusk miał taką szansę w grudniu 2023 roku. Dziś już jej nie ma.
Sprawdzianem przed 2027 rokiem nie jest to, czy Tusk „wygra” Trybunał, lecz to, czy koalicja zdoła przekonać wyborców spoza własnego elektoratu, że jej metody służą praworządności, a nie kampanii. W ostatnim roku kadencji jest to znacznie trudniejsze, niż byłoby w pierwszym. Szachista, który sięga po kij już w debiucie, może twierdzić, że broni szachownicy. Ten, kto sięga po niego w końcówce, zostanie posądzony o to, że chce ją wywrócić.