Do debaty publicznej powrócił temat powszechnego poboru. Niestety, nie w formie poważnej propozycji, ale populistycznej wrzutki. W efekcie zamiast konstruktywnego dialogu o kolektywnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo Polski dostaliśmy emocjonalny festiwal wzajemnych oskarżeń pogłębiający polaryzację.
Debatę z wysokiego C rozpoczął Sławomir Mentzen. „Mamy dziadowskie państwo, mamy beznadziejnych polityków, mamy skomplikowane przepisy i podatki”, ogłosił. „Ale – kontynuował – jeśli nie obronimy tego dziadowskiego państwa, to będziemy żyli w jeszcze bardziej dziadowskim państwie rosyjskim”.
Trudno się z Mentzenem nie zgodzić: lepiej żyć we własnym państwie niż pod rosyjską okupacją. Problem w tym, że jest to teza tak oczywista, że służy ona w zasadzie wyłącznie dwóm celom – stygmatyzowaniu oponentów poprzez poddawanie ich szantażowi moralnemu oraz sygnalizowaniu własnej cnoty, o czym więcej za chwilę.
Armia z poboru?
Z tej oczywistej prawdy, że lepiej żyć we własnym państwie niż pod rosyjską okupacją lider Konfederacji przechodzi bezpośrednio do wniosku, że potrzebujemy armii z poboru i dlatego należy jak najszybciej przywrócić obowiązkowe szkolenia wojskowe dla dziewiętnastolatków.
Sławomir Mentzen zdiagnozował więc egzystencjalne zagrożenie dla państwa polskiego i tonem nieznoszącym sprzeciwu wskazał tych, którzy mają wziąć na swoje barki ciężar obrony Polski – maturzystów.
Dlaczego postulat nie objął innych roczników włącznie z urodzonymi w 1986 roku, czyli tym w którym urodził się sam Mentzen?
Przecież na Ukrainie, na której przykład powołał się sam polityk, średnia wieku żołnierzy na froncie przekracza 40 lat. Wydawałoby się więc, że w imię troski o bezpieczeństwo ojczyzny 39-letni Mentzen swoją propozycją obejmie więcej roczników, w tym i swój (jak i autora tego tekstu urodzonego w 1987 roku)?
Może dlatego, że dla siebie wybrał jednak inny krzyż. „Wolę stracić poparcie w sondażach niż stracić swój kraj”, zadeklarował z patosem. Cóż za poświęcenie! Dla jednych kamasze, dla Mentzena co najwyżej spadek sondażowego poparcia. A i czy na pewno spadek? A w końcu do powszechnych szkoleń wojskowych z aprobatą odnosi się większość Polek i Polaków. Największe poparcie postulat ten ma wśród starszych roczników, w których Mentzen ma niewielkie poparcie. Może więc lider Konfederacji postanowił zawalczyć o ten elektorat wiedząc, że to od nich w większej mierze zależy wynik wyborów niż od najmłodszych wyborców, którzy stanowią jego dotychczasową bazę wyborczą?
Powszechne szkolenia wojskowe to poczucie wspólnoty
I proszę nie zrozumieć mnie źle. Sam jestem zwolennikiem jakiejś formy obywatelskiej służby i powszechnych szkoleń – czy to w wojsku, czy innych służbach mundurowych, policji, straży pożarnej, służbie zdrowia czy szeroko rozumianej opiece. Nie tylko dlatego, że żyjemy w niespokojnych czasach, ale i dlatego, że buduje to silniejsze więzi społeczne, poczucie wspólnoty i wzajemnej odpowiedzialności.
Budowa takiego systemu społecznej i państwowej odporności nie może jednak polegać na wyizolowaniu jednej grupy społecznej i obarczeniu jej dodatkowym ciężarem, podczas, gdy innym przypada tylko rola widza.
Sławomir Dębski, były szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, dziś publicysta Kanału Zero, który przyszedł Mentzenowi w sukurs stwierdził, że „państwo ma obowiązek się bronić i ma obowiązek zbudowania systemu, który obowiązek obrony Ojczyzny wyegzekwuje od wszystkich obywateli, którzy będą do realizacji tego celu potrzebni”.
Zgoda, ale czy ojczyźnie w momencie zagrożenia potrzebni są tylko 19-latkowie? Preambuła do Konstytucji głosi, że Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli i że jesteśmy równi w prawach i w powinnościach wobec niej. Jeśli więc oczekujemy od 19-latków poświęcenia dla ojczyzny, to musimy też wymagać go od siebie. Rozmawiajmy więc nie tylko o poborze dla młodych, ale i szkoleniach dla starszych. Porozmawiajmy też o daninie solidarnościowej dla najlepiej zarabiających albo tych, który poboru uniknęli, a dziś już nie są w stanie służyć. Pomyślmy o całym systemie odporności państwa i tym jak go skutecznie i sprawiedliwie zaprojektować.
Tymczasem wspomniany Dębski, który sam służby wojskowej nie odbył, już wpadł na pomysł jak zdyscyplinować młodych: trzeba im utrudnić życie. Zabrać paszporty, odciąć od państwowych stypendiów albo uniemożliwić zaciąganie kredytów. Żadnych marchewek, od razu przywalić kijem.
Nie tędy droga w demokratycznym państwie
Wszystkich innych, którzy mieli wątpliwości co do pomysłu Mentzena, Dębski dyscyplinował już słownie określając ich mianem „jaśniepaństwa”, „klasy cwaniaków”, czy „funkcjonalnych polskojęzycznych analfabetów”, którzy zbiorowo dokonać chcą „narodowej apostazji”. Tymczasem, wydaje się, że w dyskusji o obronności Polski ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, jest stygmatyzowanie inaczej myślących i prowadzące do pogłębiania podziałów i polaryzacji podsycanie emocji.
Potrzebujemy poważnej debaty o obronności, ale i relacji pomiędzy państwem a obywatelami.
Musimy do niej jednak podejść odpowiedzialnie, a nie populistycznie. Nie potrzebujemy też histerycznego alarmizmu i stygmatyzowania młodych. Jak pokazał raport Stan Młodych 2025, przygotowany przez More in Common Polska i Fundację Ważne Sprawy, aż 76 procent młodych Polek i Polaków uważa Polskę za dobre miejsce do życia. To solidna podstawa.
Dlatego zamiast ciskać gromy z uprzywilejowanych pozycji na szczytach wież z kości słoniowej może warto zadać sobie na przykład pytanie, dlaczego tylko 35 procent młodych Polek i Polaków uważa, że w kryzysowych sytuacjach może liczyć na wsparcie państwa, któremu sami mają ruszyć z pomocą?