Trzeba było ponad dwóch dekad, by w USA mógł się pojawić popularny youtuber, Hasan Piker, który wyraża aprobatę dla ataku na WTC, bo „Ameryce to się należało”. Ale wyrazy entuzjazmu dla ataku Hamasu pojawiły się już nazajutrz – nie w Izraelu, gdzie nawet arabscy obywatele byli wstrząśnięci, lecz właśnie w USA. Uchodzący za historyka Norman Finkelstein porównał tę rzeź do powstania w getcie warszawskim i stwierdził, że wieść o niej „rozgrzała wszystkie włókna jego duszy”. 35 organizacji studenckich na Harvardzie podpisało się pod oświadczeniem oznajmiającym, że „całą odpowiedzialność ponosi reżim izraelski”. Wszystko to działo się, kiedy jeszcze trwały w Izraelu walki z napastnikami, którzy wymordowali 1200 osób, głównie cywili.

Pamiętam też dobrze pierwszą warszawską manifestację „solidarności z walczącą Palestyną” w tydzień po rzezi, pod Pałacem Staszica. Żydowska kontrmanifestacja tuż obok była dużo mniejsza, ale najbardziej różniło ją to, że kontrmanifestanci stali pogrążeni w smutku i żałobie – po zamordowanych Izraelczykach, ale także po cywilnych ofiarach izraelskiego kontruderzenia w Gazie. Uczestnicy palestyńskiego zgromadzenia byli radośni i triumfujący.

Ludobójstwo – teza powszechnie przyjęta

Ostrzeżenia przed możliwym ludobójstwem pojawiły się niemal natychmiast – ale wymierzone nie w Hamas, którego bojówki wymordowały w ciągu doby 1 procent ludności podbitego obszaru, i którego karta wzywa do likwidacji Izraela, ale w Izrael właśnie. Kanadyjski Instytut im. Lemkina pierwsze takie ostrzeżenie wydał już w tydzień po rzezi Hamasu. Kiedy dwa miesiące później RPA wniosła do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (MTS) skargę przeciw Izraelowi o ludobójstwo, teza, że Izrael popełnia ludobójstwo w Gazie, zaczęła zyskiwać na popularności. Dziś jest powszechnie przyjęta, a zaprzeczanie jej spotyka się z oburzeniem.

Dzieje się tak pomimo oczywistego faktu, że wniesienie oskarżenia nie jest dowodem, że MTS – wbrew prasowym doniesieniom – nigdy nie uznał tego oskarżenia za „prawdopodobne”, a dowody przedstawione przez RPA są na tyle niepewne, że Trybunał wystąpił o uzupełnienie wniosku, przedłużając postępowanie o lata.

Z kolei Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK), który zarzucił premierowi i byłemu ministrowi obrony Izraela zbrodnie wojenne i ludobójstwo, koniec końców ich nie oskarżył, stwierdzając brak odpowiednich dowodów. O ludobójstwo oskarżyła Izrael ONZ, której antyizraelska większość i tak systematycznie generuje wymierzone w państwo żydowskie rezolucje, stanowiące 25 procent wszystkich takich rezolucji, kiedykolwiek przez ONZ uchwalonych. Oskarżyła Izrael także Amnesty International, zarazem domagając się zmiany definicji zbrodni, bo na podstawie obecnej oskarżyć Izraela nie można. Oskarżyło go także Międzynarodowe Stowarzyszenie Badaczy Ludobójstwa, do którego wszelako zapisać się może każdy, kto opłaci składkę członkowską.

Spośród szanowanych badaczy ludobójstwa do oskarżycieli dołączył profesor Omer Bartov. List odrzucający to oskarżenie, podpisany przez ponad pięć tysięcy osobistości życia publicznego, w tym szanowanych profesorów, takich jak Deborah Lipstadt, Niall Fergusson, Steven Pinker czy Benny Morris, miał znacznie mniejsze zasięgi medialne.

7 października jest dziś pamiętany jako początek izraelskiego ludobójstwa Palestyńczyków – i to stanowi ogromny triumf Hamasu.

Konieczne ofiary

Architekt masakry Jahja Sinwar przewidywał taki bieg wypadków, gdy pisał w listach przechwyconych przez Izraelczyków i opublikowanych przez „Wall Street Journal”, że straty cywilne w Gazie to „konieczne ofiary”, które „będą zastrzykiem życia do żył narodu, pobudzając go na wyżyny chwały i honoru”. Według nieweryfikowalnych, chociaż popartych przez IDF, danych Hamasu, które zarazem nie różnicują między cywilnymi a wojskowymi ofiarami konfliktu, tych „koniecznych ofiar” było ponad 70 tysięcy. Liczba ta została powszechnie przyjęta jako skala „izraelskiego ludobójstwa”.

Tym samym za ludobójstwo uznaje się także zabijanie przez Izraelczyków uzbrojonego wroga w walce, na przykład 7 października. Zaś zabijanie jakichkolwiek Izraelczyków staje się głęboko moralnym aktem samoobrony. Rozszerzając to rozumowanie, za ludobójstwo niektórzy są gotowi uznać wojnę, jaką Izrael toczy z Hezbollahem w Libanie, czy naloty na Iran, przeprowadzane w odpowiedzi na irańskie ataki rakietowe i dronowe.

Sinwar spodziewał się jednak także, iż rzeź wywoła powszechny atak na Izrael i jego klęskę. Tak się nie stało, a sami Palestyńczycy dziś w 55,8 procent popierają negocjacje pokojowe, zaś za walką zbrojną optuje jedynie 28 procent. Podczas gdy w trzy miesiące po ataku poparło go niemal trzy czwarte palestyńskiej opinii. Zarazem ogromna większość Palestyńczyków odrzuca oskarżenia, że podczas 7 października Hamas popełniał okrucieństwa lub zbrodnie na cywilach, i to wbrew świadectwu samych hamasowców, którzy swe zbrodnie rejestrowali na przenośnych kamerach.

Ta groteskowość oskarżeń sprawia, że znaczna część Izraelczyków odrzuca często zagraniczną krytykę działań armii izraelskiej w Gazie jako motywowaną antysemityzmem, a więc niezasługującą na rozpatrzenie. Podobną krytykę prowadzoną przez samych Izraelczyków uznaje się zaś często za akt zdrady. Tyle tylko, że krytyka może być zasadna niezależnie od pobudek.

Zasadne jest stawianie Izraelowi oskarżeń o zbrodnie wojenne, a także zapewne przeciwko ludzkości.

I to nie tylko wobec indywidualnych żołnierzy, ale wobec dowództwa armii, które sprawców chroni, prokuratury wojskowej, która ich ściga niezmiernie anemicznie, i władz rządowych, a także znacznej części opozycji, które starają się unikać tego problemu, przynajmniej póki trwa wojna.

To z kolei uzasadnia pogląd, że zbrodnie mają – jak często się na wojnie dzieje – charakter systemowy, a ich potępienie i rozliczenie nie będą możliwe bez zasadniczej zmiany politycznej.

Na tej samej jednak zasadzie słuszność krytyki nie może zwalniać krytykujących z odpowiedzialności za motywację jej podejmowania. Jeżeli przeciwko zbrodniom Izraela na ulicach europejskich i amerykańskich miast demonstrują setki tysięcy ludzi, a podobne czy większe zbrodnie Saudyjczyków w Jemenie czy Etiopczyków w Tigraju nie wyprowadzają na ulice nikogo, to zasadna jest hipoteza, że oburzonym chodzi nie tyle o solidarność z cierpiącymi, ale również o narodowość sprawców.

Zwłaszcza że taka dysproporcja reakcji przejawia się na każdym możliwym poziomie – od ONZ, przez sprawiedliwość międzynarodową, po decyzje polityczne poszczególnych państw. Można w pełni zrozumieć i poprzeć decyzję rządu brytyjskiego, by objąć sankcjami izraelskie osiedla na Zachodnim Brzegu – ale pod warunkiem, że sankcje spotkałyby też brytyjskich obywateli masowo kupujących nieruchomości w samozwańczej Tureckiej Republice Cypru Północnego, pozostałe po wypędzonych stamtąd cypryjskich Grekach. Można zrozumieć analogiczne decyzje władz holenderskich – ale już nie groźbę konfiskaty produktów mogących pochodzić z tych osiedli z bagażu indywidualnych podróżników, skoro nie stosuje się takich obostrzeń wobec pasażerów z okupowanego przez Rosję Krymu. Wybiórcza sprawiedliwość przestaje być sprawiedliwością.

Co więcej, legitymizować może ona niesprawiedliwość

Wzrost liczby incydentów antysemickich w Europie i Ameryce Północnej oraz aprobaty dla nich po 7 października nie byłby zapewne tak dramatyczny, gdyby nie normalizacja wybiórczej krytyki i potępienia Izraela. To, że 15 procent Włochów uważa, że można w odpowiedzi na wojnę w Gazie bić Żydów, jest tylko jednym z wielu empirycznych przejawów tego wzrostu. Towarzyszy temu wzrost oskarżeń pod adresem Żydów o nieuczciwość czy podwójną lojalność i wzrost popularności takich polityków jak Grzegorz Braun w Polsce, którzy z jawnego antysemityzmu uczynili centralną część swego programu. Na antysemityzmie już nie traci się głosów, lecz je zyskuje.

Oznacza to, że klęskę poniosła powojenna europejska edukacja o Zagładzie, skupiona głównie na upamiętnianiu tragicznego losu ofiar, a nie na haniebnej ideologii sprawców. Gdy potomków ofiar oskarża się o tę samą zbrodnię, której ich przodkowie padli ofiarą, budzenie empatii do nich przestaje działać – a skoro nie zbudowano mechanizmów zwalczających antysemityzm, ten brak empatii może owocować akceptacją dla motywacji sprawców. Pogląd, że „gdyby Adolf dokończył dzieła, nie byłoby dziś problemów”, ma w internecie licznych zwolenników. Zaś rozpowszechnione poleganie na internecie, z jego bańkami informacyjnymi i bazowaniem na emocjach, sprawia, że walka z takimi postawami staje się trudna.

Takie odradzanie się antysemickich postaw winno niepokoić tych, którzy ze swej krytyki Izraela nie zamierzają rezygnować – podobnie jak antyarabski rasizm w Izraelu winien niepokoić tych, którzy bronią tych działań Izraela, które rasiści popierają.

Zwycięstwo zza grobu

Tymczasem i jedni, i drudzy zdają się polegać na legitymizacji uprzednio nieakceptowanych postaw poprzez ich powszechność. Skoro tyle osób, na przykład, uważa, że Izrael popełnia ludobójstwo, to przecież to nie może być nieprawda. Dokładnie ta samo w przeszłości uzasadniano wiarę w mord rytualny, która nawet w dzisiejszej Polsce deklaruje jedna czwarta respondentów, w tym profesor KUL-u Tadeusz Guz, którego jego uczelnia nie chciała za to skrytykować. Zaś dziś kłamstwo może liczyć na internetowe wsparcie.

Ten nawrót antysemityzmu – który, powtórzmy dla jasności, sam w sobie nie unieważnia krytyki Izraela – sprzyjać będzie dalszemu utrwalaniu się antyżydowskich postaw. Warto z ogromnym niepokojem zauważyć, że podobne przewartościowanie postaw tyczyć się może także innych uprzedzeń, wcześniej wstydliwych, dziś coraz częściej akceptowalnych. Widać to choćby w ogromnym pogorszeniu się postaw Polaków wobec Ukraińców.

Po osiemdziesięciu latach potępiania uprzedzeń wobec Żydów, Europa zdaje się powracać do utrwalonego przez półtora tysiąclecia nienawistnego stereotypu. On zaś nieuchronnie wzmocni wśród części Żydów równie bezpodstawne przekonanie, że nie-Żydzi zawsze będą ich nienawidzić. Oba są błędne, ale siła rażenia tego pierwszego jest nieporównywalnie większa, zaś mechanizmy chroniące przed nim osłabły.

Widać to było chociażby na niedawnym kongresie Partii Zielonych Anglii i Walii, która przyjęła rezolucje uznające syjonizm za rasizm i wzywające do „rozwiązania Izraela”. Zieloni nie są partią marginalną, lecz zarazem nie mają jeszcze wpływu na brytyjską politykę zagraniczną. Rezolucje wskazywały członkom wroga wewnętrznego, nie zewnętrznego, jako obiekt nienawiści. Jahja Sinwar odniósł na tym kongresie zza grobu zwycięstwo. I może spodziewać się następnych.