Rania przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ekran telefonu, zastanawiając się, czy to już jawa, czy wciąż sen.
„To wyglądało jak sceny z filmu akcji” – wspomina.
Była sobota, 7 października 2023 roku. Na nagraniach wideo, które tamtego ranka krążyły po internecie, widziała młodych mężczyzn i chłopców obalających ogrodzenie otaczające Strefę Gazy i przedostających się na zewnątrz. Poruszali się białymi pickupami i motocyklami. Niektórzy byli uzbrojeni i zamaskowani, a na czołach mieli opaski z nazwami ugrupowań – Brygad Al-Kassam, czyli zbrojnego skrzydła Hamasu i kilku innych[1]. Ale byli też tacy, którzy mieli na sobie zwyczajne cywilne ubrania. Wśród nich widziała także zwyczajnych młodych chłopców z pustymi rękoma.
Byli po drugiej stronie muru. „Jak to w ogóle możliwe?” – myślała Rania.
„Oni nas wszystkich zabiją”
„To, co zobaczyłam, wydawało mi się kompletnie nierealne. Jako Palestynka urodzona w Strefie Gazy doskonale zdawałam sobie sprawę, jak szczelnie jest ona odgrodzona od reszty świata. Przecież do tej pory nie można było nawet zbliżyć się do ogradzającego ją muru. A tam? Nie było widać żadnych żołnierzy. Nikogo. Patrzyłam na te obrazy i nie mogłam uwierzyć.”
Początkowe niedowierzanie Ranii szybko ustąpiło miejsca mieszance radości i nadziei:
„Po tylu latach okupacji i ucisku, bez jakichkolwiek perspektyw na zmianę, wreszcie poczułam, że nie jesteśmy tak całkowicie bezsilni,” opowiadała mi półtorej roku temu.
Kiedy jednak dziś przypominam jej tamte słowa, Rania czuje, jakby wypowiedział je kto inny. Przypominają jej, jak naiwna była trzy lata temu.
Tamtego dnia zadzwoniła do koleżanki, palestyńskiej uchodźczyni z Syrii, dziś – tak jak Rania – mieszkanki Austrii:
„Obudź się, chłopcy przekroczyli granicę i biorą zakładników” – powiedziała do słuchawki.
Chwilę później wybrała numer swojej siostry, która razem z resztą rodziny została w Gazie. Jej słowa były jak uderzenie obuchem w głowę:
„O nie, Rania, nie, nie, nie. To będzie miało dla nas poważne konsekwencje. Oni nas wszystkich zabiją”.
„Dosłownie to powiedziała. »Ich zemsta będzie straszna«” – wspomina Rania.
Jeszcze tego samego dnia na Gazę zaczęły spadać bomby.
Rania na chwilę milknie, a mi po plecach przechodzą ciarki.
Arabskie media przypisały mieszkańcom Gazy rolę superbohaterów
Spotkałyśmy się z Ranią w wiedeńskiej kawiarni w lutym ubiegłego roku. W Gazie, gdzie została jej rodzina i przyjaciele, od miesiąca trwało wówczas drugie w trakcie tej wojny zawieszenie broni, które weszło w życie 19 stycznia 2025 roku.
Jej najbliżsi, podobnie jak tłumy innych Palestyńczyków, zaledwie tydzień przed naszą rozmową wrócili do ruin swojego miasta, Gazy. Przybyli z Rafah, gdzie izraelska armia wypędziła ich nakazami ewakuacji. Na miejscu zastali miasto-widmo, pełne gruzów, ze zniszczonymi drogami, gdzie woda pojawiała się zaledwie raz w tygodniu. W powietrzu unosił się zapach rozkładających się ciał, prochu i Bóg wie czego.
Rania zwróciła uwagę na rozdźwięk między rzeczywistym doświadczeniem powracających Palestyńczyków a sposobem, w jaki to wydarzenie przedstawiano w arabskich mediach, zwłaszcza w Al Jazeerze. Kamery pokazywały przede wszystkim obrazy radości i wzruszenia. Można było zobaczyć wybiórcze radosne kadry z rodzinami witającymi się przy wejściu do miasta Gazy, wzruszające sceny spotkań z bliskimi po miesiącach rozłąki. A to przecież tylko część prawdy.
„Arabskie media przedstawiały to jako niemal symboliczny moment. A ja przyglądałam się tym ludziom – osobom starszym, chorym, dzieciom, kobietom, zmęczonym ludziom, którzy musieli pokonywać długą trasę pieszo, po zniszczonych drogach, taszcząc cały swój dobytek – i widziałam ich dramat.”

Jej bracia także wracali pieszo. Jakieś pięć godzin. Mijali nie tylko ogromne zniszczenia, ale także ciała ofiar. „Taka podróż jest nie tylko fizycznie wyczerpująca, ale przede wszystkim niezwykle obciążająca psychicznie,” mówi Rania.
„Żadna z tych kamer nie podążyła za tymi ludźmi dalej, do ich domów i do rzeczywistości, którą tam zastali. Kamery nie rejestrowały szoku, rozpaczy i gniewu ludzi, którzy po powrocie zobaczyli, że stracili cały dorobek życia. Nie rejestrowali momentów, gdy widzieli te zniszczenia i przeklinali wszystko: świat, który milczy, Hamas, arabskich przywódców.”
Palestynka wspomina pewnego starszego mężczyznę, z którym rozmawiał przed kamerą dziennikarz Al Jazeery. Mężczyzna siedział w samochodzie w korku. Wtedy nawet podróż samochodem trwała wiele godzin – w przypadku siostry Ranii i jej rodziny, trasa z Dajr al-Balah do Gazy, która w normalnych warunkach zajmuje maksymalnie 40 minut, zajęła im aż 16 godzin. Dziennikarz zapytał tego mężczyznę o powrót do domu i pewnie chciał usłyszeć wyrazy wielkiej radości. Tymczasem starszy pan był bardzo bezpośredni i szczery: „Utknęliśmy na wiele godzin, nie mamy jedzenia ani wody, nie mamy nic”. A dziennikarz na to: „No tak, ale wie pan, to nie jest najważniejsze, wujku; proszę to potraktować jak post”. Po czym… przerwał wywiad.
„Bo oni nie chcą słyszeć innej wersji”, uważa Rania. „Celem Al Jazeery jest przedstawianie mieszkańców Gazy jako superbohaterów: pokazywanie ich wytrwałości i promowanie Hamasu jako ruchu oporu.”
Gdy jej rodzina dotarła na miejsce, okazało się, że mieszkania rodzeństwa i samej Ranii zostały całkowicie zniszczone. Ocalał jedynie dom rodzinny, który i tak był w dramatycznym stanie. Bracia przeprowadzili prowizoryczne naprawy, zasłaniając dziury w ścianach folią. Bo cementu nie było.
Zawieszenie broni zakończyło się miesiąc po naszym spotkaniu, 18 marca 2025 roku. Wtedy to Izrael wznowił intensywne naloty. Dziś wiem, że dom rodziny Ranii znów został zniszczony – podobnie jak około 82% budynków w Strefie Gazy.
Życie w Gazie przypomina więzienie
Rania opowiadała mi o tym, jak żyło się w Gazie, także przed 7 października 2023 roku. I o frustracji, stanie emocjonalnym, który towarzyszy wielu jej mieszkańcom.
Blisko 20 lat temu Izrael – przy wsparciu Egiptu i za cichym przyzwoleniem Zachodu – otoczył tę palestyńską enklawę wielkości Krakowa restrykcyjną blokadą, tym samym odbierając jej mieszkańcom swobodę przemieszczania się i perspektywy na życie.
Wyjazd na studia stał się przywilejem dla nielicznych – tych, którym uda się zdobyć stypendia i zgodę pracowników izraelskiego ministerstwa obrony.
„Mój siostrzeniec ma 17 lat” – wspomina Rania. „Urodził się już w trakcie blokady i przez całe swoje życie obserwował tylko, jak sytuacja coraz bardziej się pogarszała.”
Opowiadała mi też o swoim najmłodszym bracie. Opisywała go jako wrażliwego artystę; „był zawsze najgrzeczniejszy, najspokojniejszy z nas”.
W trakcie drugiej intifady, która trwała od 2000 do 2005 roku, brat Ranii był nastolatkiem. Malował wtedy na murach graffiti z palestyńskimi symbolami: Meczet Al Aksa, kopuła na skale, twarze męczenników. I tylko za to wojsko wywlekło go z domu i zabrało gdzieś w nieznane. Miał wtedy 16 lat, a rodzina przez trzy miesiące nie wiedziała nic o jego losach. Wypuścili go po pół roku.
„To doświadczenie naznaczyło go na resztę życia” – podkreśla Rania. „Figuruje dziś w izraelskim rejestrze jako były osadzony. Co oznacza, że choć wyszedł z więzienia, to wciąż jest pozbawiony wolności. Tyle że teraz jest w więzieniu na świeżym powietrzu, jakim jest Strefa Gazy. Nigdy nie mógł wyjechać i najprawdopodobniej nigdy mu się nie uda.”
„Tak bardzo się o niego martwiłam przez te 16 miesięcy,” opowiada. Obecnie rodzina zbiera pieniądze na ewakuację brata Ranii z Gazy.
Cała rodzina Ranii musiała opuścić miasto Gaza i wyruszyć na południe – najpierw do Chan Junus, stamtąd do Rafah, a jeszcze później do Nuseirat. Za każdym razem Rania popychała ich do działania, motywowała ich, żeby wyprzedzali bieg wydarzeń. Zwłaszcza brat. „Przekonywałam go: »Musisz jechać już teraz, nie możesz czekać, aż ogłoszą nakaz ewakuacji«. Bałam się, że kiedy będzie przekraczał posterunek kontrolny i sprawdzą jego dokumenty albo poddadzą go skanowaniu twarzy, to go zastrzelą albo aresztują, gdy zobaczą, że jest w tym pieprzonym rejestrze.”
Młodzi mężczyźni, których Rania widziała na ekranie swojego telefonu 7 października, tak jak jej bracia czy siostrzeniec, najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie postawili stopy poza Strefą Gazy. Pewnie dlatego, choć sama opuściła Gazę jeszcze przed wprowadzeniem blokady, Rania doskonale rozumiała ich radość.
Gaza – pułapka?
Pod koniec października 2023 roku, po około trzech tygodniach intensywnych bombardowań, Izraelczycy rozpoczęli szeroko zakrojoną ofensywę lądową.
„Zawsze wierzyliśmy – i obie strony, zarówno Izrael, jak i Hamas, utwierdzały nas w tym przekonaniu – że jeśli dojdzie do kolejnej eskalacji, to jak zwykle Izrael użyje swoich sił powietrznych, ale nie zdecyduje się na pełnoskalową inwazję lądową – mówi Rania. „Myśleliśmy, że nie odważą się wkroczyć do Gazy, bo obawiali się walk w jej gęsto zabudowanych dzielnicach, wśród tuneli i zasadzek. Gaza była przedstawiana jako pułapka, w której ich wojsko mogłoby ugrzęznąć.”
Izraelscy żołnierze wkroczyli do Gazy już wcześniej – latem 2014 roku, podczas tzw. „operacji Ochronna Krawędź”. W połowie lipca, po dziesięciu dniach bombardowań z powietrza, morza i ostrzału artyleryjskiego, rozpoczęła się inwazja lądowa. Dwa tygodnie później czytelnicy The Times of Israel mogli przeczytać artykuł zatytułowany „Wśród tuneli i pułapek zmilitaryzowanej przez Hamas Strefy Gazy”. W podobnym tonie grzmiał portal Onet: „Analiza: Tunele terroru i związane z nimi zagrożenie”. Finalnie operacja lądowa trwała mniej niż trzy tygodnie.

„Hamas również utrzymywał nas w przekonaniu o swojej sile i o tym, że jest doskonale przygotowany na inwazję” – uważa Rania. „Że jeśli do niej dojdzie, Strefa Gaza będzie dla Izraelczyków pułapką. Wychwalali swoją sieć tuneli, utrzymywali, że są w posiadaniu czegoś, co zaskoczy Izraelczyków. I ludzie im wierzyli. A kiedy przyszedł moment prawdy, okazało się, że Gaza nie jest przygotowana na inwazję nawet w najmniejszym stopniu.”
„Dziś większość mieszkańców Gazy zdaje sobie sprawę z tego, że decyzja o ataku była błędem,” mówi Palestynka.
Wsparcie dla Hamasu spada
„Bezpośrednio po 7 października znaczna większość Palestyńczyków uważała decyzję Hamasu za słuszną” – tłumaczy MS, politolog zatrudniony w organizacji pozarządowej, który także pochodzi z Gazy i woli zachować anonimowość. „Interpretowali to wydarzenie jako odpowiedź na blisko 80 lat okupacji i ucisku.”
Ankieterzy Palestyńskiego Centrum Badań Politycznych i Sondażowych (PCPSR) pięciokrotnie pytali mieszkańców Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy o opinię na temat 7 października – najpierw w trzymiesięcznych odstępach między grudniem 2023 a wrześniem 2024 roku, a później ponownie w maju 2025.
Badanie opinii publicznej pokazało, że jeszcze dwa miesiące po ataku aż 72% badanych uważało decyzję o jego przeprowadzeniu za słuszną.
Kolejne fale sondaży pokazały, że wraz z pogarszającą się sytuacją humanitarną w Gazie poparcie dla ataku systematycznie spadało – i to zarówno w Gazie, jak i na Zachodnim Brzegu – by we wrześniu kolejnego roku wynieść średnio 54%. Bardziej przychylni dla tej decyzji okazali się ci drudzy – mieszkańcy części palestyńskiego terytorium zarządzanej przez tzw. Autonomię Palestyńską, zdominowaną przez partię Fatah. Dwa miesiące po ataku wśród mieszkańców Zachodniego Brzegu poziom poparcia wynosił aż 82%, a po blisko roku: 64%. Z kolei w Strefie Gazy poparcie wynosiło odpowiednio 57% i 39%. Niemal rok po „potopie Al-Aksa”, jak mianowali atak jego sprawcy, we wrześniu 2024 roku nieco ponad połowa badanych – Palestyńczyków i z Gazy, i z Zachodniego Brzegu – wciąż uznawała decyzję Hamasu za słuszną. Jednak w samej Gazie, po raz pierwszy od wybuchu wojny, większość mieszkańców już tak nie uważała.
MS od początku nie miał złudzeń:
„Kiedy rozmawiałem tamtego dnia z ojcem, byłym więźniem politycznym, powiedziałem mu: »Jeszcze zobaczysz, Izraelczycy sprawią, że każda osoba, która uśmiechnęła się 7 października, gorzko tego pożałuje. Będą bardzo żądni zemsty. Nie będą rozróżniać między matką, starszą osobą, dzieckiem czy niemowlęciem – dla nich wszyscy będą równymi celami«.” Jednocześnie MS doskonale rozumie, dlaczego do tego doszło: „Musimy pamiętać, że mieszkańcy Strefy Gazy przed 7 października tak naprawdę nie żyli – ich egzystencja mieściła się jedynie w specyficznej, lokalnej definicji życia”, mówi.
MS przedstawia argumentację zwolenników ataku, zdaniem których Jahja Sinwar, przywódca Hamasu w Gazie (zabity w walce w październiku 2024) wyczerpał wcześniej wszystkie pokojowe i polityczne ścieżki:
„Z ich perspektywy Sinwar na długo przed 7 października 2023 roku próbował rozmawiać z Palestyńskimi Władzami w Ramallah, rozmawiał z opozycją z Fatahu w Abu Zabi, z sąsiednimi krajami arabskimi i krajami Zatoki. I nikt nie otworzył drzwi, gdy wojna pukała. Istnieją nawet doniesienia o pośrednich kanałach komunikacji między biurem Sinwara a biurem Netanjahu w sprawie potencjalnego porozumienia dotyczącego wymiany więźniów przed październikiem 2023. Ostatecznie jednak nie udało się go osiągnąć. Więc facet, praktycznie rzecz biorąc, nie miał innych opcji, jak tylko uruchomić potop Al-Aksa”
Ale MS przytacza też argumenty przeciwników: „Z drugiej strony masz tych, którzy twierdzą, że decyzja o inwazji na kraj nuklearny, w dodatku wspierany przez światowe supermocarstwo, była irracjonalna.”
Poparcie dla ataku opiera się na przekonaniu, że przywrócił on międzynarodową uwagę sprawie palestyńskiej i służył uwolnieniu palestyńskich więźniów. Jak jednak podkreśla PCPSR, wcale nie jest ono równoznaczne z akceptacją przemocy wobec cywilów – zdecydowana większość Palestyńczyków uważa atakowanie ich domów i zabijanie ich za niedopuszczalne.
Według 89% respondentów palestyńscy bojownicy wcale nie dopuścili się okrucieństw, o których mówiły media na całym świecie.
Podobne opinie panowały wśród Palestyńczyków, z którymi rozmawiałam w trakcie pracy nad moją książką – wielu uważa, że Hamas postępował tak, jak nakazuje Koran: chroniąc kobiety, dzieci, osoby starsze, a nawet drzewa. Inni podkreślali dobre traktowanie zakładników. Kwestionowali izraelskie doniesienia o brutalnych zbrodniach, których mieli się dopuścić palestyńscy bojownicy 7 października, takich jak gwałty czy odcinanie głów dzieciom, uznając je za bezpodstawną propagandę. Zresztą, w przypadku tego drugiego, słusznie – bardzo szybko okazało się, że to nieprawda. Choć zarzuty te powtórzył nawet prezydent Biden.
***
Historię 7 października opowiadaną przez Palestyńczyków nie sposób zamknąć w jednym obrazie czy jednej emocji. Była w niej nadzieja na zmianę, strach przed tym, co miało nadejść, a także gniew, rozczarowanie, zmęczenie i poczucie, że cena była zbyt wysoka. Czasem dla tej samej osoby jej słowa i uczucia sprzed trzech lat wydają się dziś niezrozumiałe, głupie, naiwne.
Nic więc dziwnego, jeśli przekonania Palestyńczyków bywają niezrozumiałe także dla niektórych z nas, z perspektywy osób, które nie przeżyły lat w zamknięciu, regularnych wojen i lęku o najbliższych.
Głosy mieszkańców Gazy mogą być dla nas trudne do wyobrażenia. Ale konieczne do wysłuchania.
[1] Według raportu Human Rights Watch zatytułowanego „I Can’t Erase All the Blood from My Mind’: Palestinian Armed Groups’ October 7 Assault on Israel”, opaski na głowach bojowników wskazywały, że w ataku brali także udział bojownicy Brygad Al-Kuds, czyli zbrojnego skrzydła Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, Brygad Narodowego Oporu, czyli zbrojnego skrzydła Demokratycznego Frontu Wyzwolenia Palestyny, Brygad Męczennika Abu Alego Mustafy, zbrojnego skrzydła Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny i Brygad Męczenników Aksa, dawniej związanych z Fatahem