Gdy będą państwo czytać ten tekst, będą też wiedzieć, jakie są wstępne wyniki wyborów parlamentarnych w Izraelu. I jakie są szanse, by premier Benjamin Netanjahu oddał władzę. Ale tekst napisałem we wtorek, w dniu wyborów, kiedy sondaże dawały Likudowi, partii premiera, 19 miejsc w Knesecie, a jego obecnej koalicji najwyżej 52 miejsca – za mało, by utworzyć, jak dotąd, rząd większościowy.

Zarazem żydowska opozycja miała zgarnąć do 56 miejsc – także poniżej absolutnej większości w 120-osobowym parlamencie. Reszta miała przypaść partiom arabskim. Jednak podczas gdy obserwatorzy głowili się nad możliwymi sposobami rozwiązania tej powyborczej łamigłówki, wiele osób zadawało sobie prostsze pytanie:

Jak to jest w ogóle możliwe, że Izraelczycy, czy choćby ich mniejszość, nadal głosują na Netanjahu?

Reputacja Netanjahu jest nadszarpnięta

Reputacja izraelskiego premiera jest bowiem fatalna. Taką miał już od lat w świecie arabskim, gdzie wśród reakcji na izraelskie operacje w Gazie, będące odpowiedziami na hamasowski ostrzał rakietowy Izraela, mem przedstawiający Netanjahu jako wampira, żywcem pożerającego w morzu krwi arabskie dzieci, należał do najłagodniejszych.

Po 7 października ten obraz i takie memy rozpowszechniły się na całym świecie, także poza mediami społecznościowymi, w szanowanych gazetach. A uwiarygodniło je oskarżenie premiera przez Międzynarodowy Trybunał Karny o zbrodnie wojenne w Gazie. Reputację Netanjahu obciążą też ciągnący się od sześciu lat proces o korupcję, oszustwa i nadużycie władzy, do którego stale dochodzą nowe skandale. Jest jasne, że wyrok będzie mógł zapaść dopiero wówczas, gdy premier utraci władzę – i są bardzo mocne przesłanki, że będzie to wyrok skazujący.

Ostatnio ujawniono, że najbliżsi współpracownicy Netanjahu byli płatnymi agentami Kataru i pobierali obfite honoraria za promowanie pozytywnego obrazu tego państwa. Premier się od nich nie odciął.

Izrael powinien rozliczyć Netanjahu za 7 października

Ale w oczach samych Izraelczyków hipotekę Netanjahu najbardziej obciąża 7 października, jego uwarunkowania i konsekwencje. Premier, wbrew ostrzeżeniom, wspierał rządy Hamasu w Gazie, przekonany, że nie stanowiły one dla Izraela zagrożenia. A zarazem dawały Jerozolimie znakomitą wymówkę dla odmowy wznowienia procesu pokojowego – bo z kim? Z terrorystami?

Ogromny sukces hamasowskiej rzezi i całkowita niezdolność państwa, by się jej sprawnie przeciwstawić, sama w sobie byłaby wystarczającym powodem, by zakończyć karierę polityczną urzędującego wówczas premiera, kimkolwiek by on był.

Tymczasem Netanjahu nie utracił poparcia swej partii i jej koalicjantów: ultraortodoksów i faszystów.

I to mimo faktu, że – inaczej niż szefowie wojska, Mosadu i Służby Bezpieczeństwa – kategorycznie odmówił wzięcia odpowiedzialności za tę katastrofę. Mało tego – Netanjahu twierdzi teraz, zupełnie poważnie, że na skutek wymierzonego weń spisku „głębokiego państwa” został w dniu ataku obudzony za późno. A gdyby go obudzono na czas, zapobiegłby rzezi. Netanjahu uniemożliwił też powołanie państwowej komisji śledczej do wyjaśnienia okoliczności hamasowskiej rzezi.

Ogromne oburzenie, jakie w świecie wywołały straty cywilne w Gazie, w nikłym stopniu wpływa na to, co Izraelczycy myślą o swoim premierze.

Jaskrawo nieproporcjonalny charakter tego oburzenia i nieskrywany nawet antysemityzm niektórych wyrażających je postaci sprawiły, że izraelska opinia w większości odrzuca je jako kolejny dowód na to, że cały świat jest antysemicki i nas nienawidzi. Ta wygodna generalizacja pozwala nie zastanawiać się nad całkowicie uprawnionymi powodami oburzenia. I odpowiedzialnością premiera za zrujnowanie obrazu Izraela w świecie, który ma bardzo poważne problemy nie tylko wizerunkowe, ale i polityczne – a w konsekwencji ekonomiczne i militarne.

Antysemityzmowi przypisuje się też wrogie reakcje świata na kolejne prowadzone przez premiera wojny – w Libanie, Syrii, przeciwko Iranowi. Opinia rzeczywiście z reguły lekceważy fakt, że wojny te wszczęto w odpowiedzi na ataki na Izrael czy na syryjskich druzów, których obrony zażądali ich izraelscy współwyznawcy. Izraelczycy mogą więc krytykować sposób prowadzenia tych wojen, lecz nie ich zasadność.

Pobór i sądownictwo – kolejne winy Netanjahu

Za to zasadniczym elementem stosunku izraelskiej opinii do Netanjahu jest kwestia poboru do wojska, od którego, w sposób urągający zasadzie równości wobec prawa, zwolniona była dotąd młodzież ultraortodoksyjna – dzięki czemu Likud miał w partiach religijnych koalicyjnych sojuszników. W toczonych obecnie przez Izrael wojnach zmobilizowano sto tysięcy rezerwistów, a niemal tysiąc żołnierzy zginęło. Ultraortodoksi jednak nie służą w wojsku i żyją w znacznym stopniu na koszt państwa. Powoduje to wśród izraelskiej większości wrogość ponad podziałami – i wobec środowisk religijnych, i wobec rządu, który im to uchylanie się umożliwia.

Kolejnym specyficznie izraelskim elementem sytuacji jest nieubłagana wojna, jaką Netanjahu wydał izraelskiemu sądownictwu i systemowi rządów prawa. Jego tezę o istnieniu „sędziowskiej dyktatury” tłumiącej suwerenność ludu, która powinna być nieograniczona, część społeczeństwa przyjęła za swoją. To część, która także wierzy w istnienie spisku „głębokiego państwa” przeciwko premierowi, walczącemu w obronie ich praw i interesów.

Krytycy Netajahu, którzy setkami tysięcy wychodzili na ulice, by protestować przeciwko zamachom na praworządność, są zdania, że jego ewentualne zwycięstwo wyborcze oznaczać będzie kres demokracji w Izraelu. To nie tylko izraelska specyfika: pierwowzorem były sędziowskie batalie Sylvia Berlusconiego, a wiele podobnych elementów odnajdujemy w głęboko spolaryzowanych konfliktach politycznych w Polsce, na Węgrzech czy w USA.

Czy wsparcie Trumpa pomoże Netanjahu?

Jest natomiast izraelską specyfiką to, że Netanjahu prezentuje się od dawna jako mąż stanu klasy światowej. W poprzednich wyborach reklamował się ogromnymi plakatami, na których występuje w towarzystwie Władimira Putina, Donalda Trumpa czy Narendry Modiego, z podpisem: „Netanjahu. To odrębna liga” – do której, ma się rozumieć, opozycyjne szaraczki nie mają dostępu. W obecnej kampanii został jedynie plakat z Trumpem i dwukrotne poparcie wyborcze, jakie amerykański prezydent udzielił izraelskiemu premierowi. Wiemy jednak, z wyborów w Serbii i Brazylii w ostatnich dniach, że takie poparcie nie gwarantuje już zwycięstwa. Wręcz przeciwnie:

podczas gdy 12 procent Izraelczyków stwierdziło, że poparcie Trumpa wzmocniło ich chęć głosowania na Likud, to 17 podało, że wręcz odwrotnie.

W obliczu tak katastrofalnego bilansu istotnie trudno zrozumieć, dlaczego Netanjahu może w ogóle liczyć na jakieś głosy, nie mówiąc już o trwaniu przy władzy. Tymczasem, choć zwycięstwo wyborcze jego obozu jest wykluczone, to dopóki nowy rząd nie powstanie – o ile powstanie – Netanjahu pozostanie premierem rządu technicznego. Niezdolnego do skutecznego uchwalania nowych ustaw, lecz nadal administrującego krajem. I taki będzie porządek rzeczy aż do kolejnych, przyspieszonych wyborów, których wynik zapewne nie różniłby się od poprzedniego. Co więcej, nie da się całkowicie wykluczyć powstania rządów wielkiej koalicji z udziałem Likudu i części jego przeciwników, a z wykluczeniem ultraortodoksów i faszystów, nawet jeśli przywódcy opozycji zarzekają się, że do tego nie dopuszczą.

Czy Netanjahu mógłby być zapamiętany inaczej?

Niektórzy komentatorzy twierdzą, że Izraelczycy popierają Netanjahu, bo podobnie jak on lubią zabijać palestyńskie dzieci, przyjmując za własną treść antyizraelskiego mema. Jest to bzdura podwójna – nie tylko ze względu na groteskowo oszczerczy charakter tego mema, ale i na fakt, że Netanjahu obecnej serii wojen nie wybrał, lecz została mu ona przez wrogów Izraela narzucona. Przez poprzednie lata swoich rządów – a jest najdłużej sprawującym urząd izraelskim premierem – unikał wikłania kraju w konflikty zbrojne. I choć ponosi on w pełni polityczną odpowiedzialność za nienawistną antyarabską retorykę swych faszystowskich koalicjantów, nic nie wskazuje, by przyjął on ją za własną. Ci Izraelscy wyborcy, którzy chcą poprzeć zabijanie Arabów, mają już niestety na kogo głosować. Netanjahu im nie jest do tego potrzebny. Gdyby jego rządy zakończyły się po ostatniej wyborczej klęsce w 2021 roku, byłby zapewne zapamiętany jako znakomity szef rządu.

Nie tylko bowiem uniknął on wciągnięcia kraju w wojnę – jego dążenie do konfrontacji z Iranem zablokowała wówczas armia – ale pod jego rządami doszło do spektakularnego wzrostu gospodarczego, chociaż za cenę drastycznego pogłębienia nierówności społecznych. Wreszcie jego wielkim sukcesem, osiągniętym dzięki ścisłej współpracy z Trumpem, było podpisanie porozumień abrahamowych – nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Emiratami, Bahrajnem i Marokiem. Było niezmiernie prawdopodobne, że dołączy do nich Arabia Saudyjska, o ile Netanjahu by się zdecydował na wystarczająco znaczące ustępstwa wobec dążeń niepodległościowych Palestyńczyków.

Jako że w kwestii palestyńskiej premier zajmował już stanowiska od ściany do ściany, nietrudno sobie wyobrazić, że zdecydowałby się, pod amerykańską presją, na taki krok. Cała strategiczna sytuacja na Bliskim Wschodzie wyglądałaby wówczas inaczej – i to przeciwko tej perspektywie, dziś nieosiągalnej, Hamas rozpętał 7 października swą rzeź. Ale zwolennicy Netanjahu pamiętają, że przed nią był i świetny rozwój kraju, i znakomite jego perspektywy – w znacznym stopniu dzięki premierowi.

Co uważa Netanjahu, a co uważa świat

Dziś zaś Netanjahu może także powiedzieć, że dzięki niemu po raz pierwszy od dwudziestu lat na kraj nie lecą rakiety z Gazy i z Libanu. Zaś irańska groźba została, dzięki wojennej współpracy z amerykańskim sojusznikiem, poskromiona, acz nie zlikwidowana. Netanjahu się tym chwali i mówi też, że kraj zawdzięcza to wyłącznie jemu. Co więcej, nie tylko gdyby, według Netanjahu, obudzono go wcześniej 7 października, nie doszłoby do hamasowskiej rzezi, ale także jedynie on jest w stanie zapobiec irańskiej atomowej zagładzie, która w przeciwnym razie jakoby nieuchronnie czeka Izrael. Post w tej sprawie ilustruje rysunkiem przedstawiającym grzyb atomowy nad płonącym Tel Awiwem.

Nieważne, że już dwukrotnie zapewniał, że irańska groźba atomowa, na skutek izraelsko-amerykańskich ataków, została definitywnie zlikwidowana. Nieważne, że nie ma wiarygodnych dowodów na to, by Iran miał zamiar, a choćby i zdolność, wyprodukować obecnie broń atomową. Nieważne, że takimi grafikami dotąd straszyli Izraelczyków ajatollahowie, a nie ich własny premier. Ważne jest tylko jedno – jedynie Netanjahu stoi między krajem a zagładą, i tylko on może mu zapewnić bezpieczeństwo. Taka jest jego retoryka.

Myśl, że – przeciwnie – to właśnie jego polityka sprowadziła na Izrael niekończące się wojny, zdemolowała status kraju w oczach świata i głęboko podważyła kluczowy sojusz z USA, jest dla jego wyborców trudna do zniesienia. Oznaczałaby, że nie tylko byłoby błędem poparcie go dziś, ale było błędem popieranie go też w przeszłości, gdy sprawy kraju szły, za jego zasługą, znacznie lepiej. Ekonomiści uważają, że niechęć do wycofania się na czas ze złej inwestycji jest jedną z przyczyn katastrof finansowych. Tak jak zasada, że zły pieniądz wypiera lepszy – zależność ta obowiązuje nie tylko w ekonomii.