Druga połowa października była czasem wyprawy premiera Donalda Tuska oraz stu przedstawicieli polskiego biznesu do Indii i Wietnamu. Celem wyjazdu, jak zapowiadały rządowe źródła, była intensyfikacja kontaktów politycznych oraz relacji gospodarczo-społecznych z oboma krajami. Polska ma już długą tradycję kontaktów z tymi państwami – nic więc dziwnego, że nasz kraj chce te kontakty utrzymywać i intensyfikować.
To nie pierwsza tego typu wyprawa polskich polityków i misji gospodarczych do naszych azjatyckich partnerów. Zwykle takim wizytom towarzyszyły zapowiedzi o osiągnięciu nowej jakości w relacjach politycznych. A także kwestie wzmocnienia wymiany handlowej i szans na nowe kontrakty, które pozwolą polskim firmom zwiększyć obecność na azjatyckich rynkach. W czasach mojej pracy w Delhi takich misji było sporo; była także przed szesnastu laty wizyta premiera Tuska. Gdyby jednak przeanalizować efekty tych wypraw, okazałoby się, że ich bilans nie był dla Polski oszałamiająco korzystny. Czy w roku 2026 było inaczej?
Polski i Indii nic nie dzieli?
Zacznijmy od informacji o podniesieniu naszych relacji z Indiami na poziom partnerstwa strategicznego. To ważne osiągnięcie. Tyle tylko, że ustanowienie takiego poziomu relacji miało miejsce już w roku 2024, podczas krótkiego pobytu premiera Indii Narendry Modiego w Polsce – nawiasem mówiąc, w drodze do Kijowa. Obecne akcentowanie owego strategicznego partnerstwa nie wydaje się dzisiaj specjalnie istotne, ponieważ zarówno w sferze relacji politycznych, jak i gospodarczych nie odnotowaliśmy jakiegoś szczególnego przełomu.
Oczywiście słowa polskiego premiera, iż „Polskę i Indie wiele łączy, a nic nie dzieli”, brzmią ładnie i z pewnością zostały życzliwie przyjęte przez polityków indyjskich w Nowym Delhi. W istocie jednak słowa te bardziej przystoją dyplomacie, aniżeli politykowi, który na rzeczywistość musi spoglądać chłodnym i trzeźwym okiem. Otóż, choć zabrzmi to niemiło,
Polskę i Indie dzieli bardzo wiele. I warto o tym pamiętać, nawet gdy chodzi o załatwienie interesów gospodarczych.
Indie mają inny stosunek do Rosji niż Polska
Wydaje się, że najwięcej oba kraje dzieli w sferze oceny współczesnej sytuacji geopolitycznej świata. Zacznijmy od stosunku Indii i Polski, do Rosji. Pamiętajmy przy tym, że jej celem jest chęć odbudowy imperium rosyjskiego za pomocą siły militarnej. Indie co prawda nawołują Moskwę do poszanowania granic i terytoriów suwerennych państw, ale jednocześnie nigdy nie potępiły agresji skierowanej przeciwko niepodległemu państwu, jakim jest Ukraina. Dlatego wydaje mi się, że Indie i Polskę jednak dzieli ich stosunek do rosyjskiej chęci podboju.
Dzielący nasze kraje sposób patrzenia na politykę rosyjską znalazł odbicie w różniących się relacjach gospodarczych Indii i Polski z Rosją. Warszawa twardo popiera sankcje gospodarcze nałożone na Federację Rosyjską przez USA i Unię Europejską. Mało tego – nie raz wzywała Brukselę i partnerów unijnych do zaostrzenia sankcji. W tym samym czasie
Indie wielokrotnie zwiększały import ropy naftowej, gazu ziemnego oraz węgla z Rosji.
Tym samym wspierały rosyjską machinę wojenną, która w dużym stopniu finansowana była – i dalej jest – właśnie z zysków osiąganych z rosyjskiej sprzedaży surowców energetycznych.
Owszem, Moskwa sprzedawała Indiom te surowce z dużymi rabatami i to był podstawowy powód indyjskich zakupów. Jak wielokrotnie mówił szef indyjskiej dyplomacji Subrahmanyam Jaishankar, dla polityków w Nowym Delhi istotne było zapewnienie indyjskim konsumentom tanich paliw. Współpraca z państwami, które próbowały poprzez sankcje ograniczyć rosyjskie możliwości finansowania wojny z Ukrainą, była sprawą drugorzędną. Tak więc Polskę i Indie dzieli w tej materii bardzo wiele. I nie można o tym zapominać, nawet jeśli się chce zadowolić indyjskiego gospodarza, który uwielbia symboliczne gesty.
Putin dla Tuska wrogiem – a dla Modiego przyjacielem
Sprawą, która także dzieli Polskę i Indie, a jednocześnie premiera Donalda Tuska i Narendrę Modiego, jest stosunek obu polityków do prezydenta Władimira Putina.
Modi traktuje Putina jak przyjaciel. Obaj politycy odwiedzają się podczas dorocznych dwustronnych szczytów. Bywają na spotkaniach takich jak szczyt BRICS-u czy Szanghajska Organizacja Współpracy. Polski premier nie chce bezpośrednich kontaktów z Putinem i nie chce, jak Narendra Modi, nazywać Putina przyjacielem.
Indie za USA nie przepadają
Zostawmy personalia. Indie należą do państw założycielskich grupy BRICS, międzynarodowej organizacji, której nazwa pochodzi od pierwszych liter Brazylii, Indii, Chin i Południowej Afryki. Grupa ta opowiada się za rewizją dotychczasowego porządku światowego opartego na przywództwie Stanów Zjednoczonych.
Odejście od Pax Americana to jeden z celów przyświecających głównym aktorom BRICS-u, czyli Chinom, Rosji i właśnie Indiom.
Co prawda Indie sprytnie lawirują pomiędzy wiernością założeniom cementującym BRICS, a współpracą z Waszyngtonem. Ale aktywność Nowego Delhi w ramach BRICS-u nie pozostawia wątpliwości, iż bliżej im do świata wielobiegunowego, który jest marzeniem Moskwy i Pekinu, aniżeli przywództwa Waszyngtonu. A Polska, przynajmniej od kilkudziesięciu lat, właśnie w Stanach Zjednoczonych widzi siłę stabilizującą porządek światowy.
A co z prawami człowieka?
Nie wydaje się również, by kwestia praw i wolności obywatelskich była czymś, co jakoś szczególnie łączy Polskę i Indie. To prawda – lata osiemdziesiąte i pokojowa walka o sprawiedliwość pod sztandarami „Solidarności” mogły przypominać walkę Indusów o niepodległość, którzy na swoich sztandarach wypisali gandhyjskie wezwanie do niestosowania przemocy. Tyle tylko, że w Indiach Narendry Modiego ahimsa staje się pustym hasłem, indyjska policja rozpędza pokojowych manifestantów.
Wreszcie stosunek do mniejszości religijnych, etnicznych i narodowych.
Polityka prowadzona przez rządzącą Indyjską Partię Ludową (BJP) wyraźnie akcentuje, iż Indie to kraj hinduizmu, w którym mniejszości niehinduistyczne mogą być co najwyżej tolerowane.
Pomarańczowe sztandary hindutvy zdają się dziś ważniejsze aniżeli triranga, czyli trójkolorowa flaga narodowa Indii. W kraju, który jest wieloreligijny i słynął z tolerancji, w co najmniej kilkunastu stanach weszło w życie drakońskie prawo, wedle którego to urzędnik państwowy ostatecznie decyduje o tym, czy obywatel może zmienić, czy też nie, prawo do wyznania.
Rzeczywistości nie można zaklinać
Przykłady ze sfery geopolityki, polityki, a także życia społecznego, które pokazują, iż Polskę i Indie dzieli wiele, można mnożyć. Czy to oznacza, że Polska nie powinna z Indiami dialogować, robić interesów i prowadzić wymiany wartości intelektualnych? Oczywiście, że nie oznacza. Indie odgrywają współcześnie istotną rolę na scenie światowej i podejmowanie prób ożywiania wzajemnych relacji jest pożądane.
Kiedy jednak próby takie stają się pretekstem do zacierania różnic i zaklinania rzeczywistości, może się okazać, że nawet najlepsze pomysły biznesowe i polityczne zderzą się z rzeczywistością zupełnie nieprzystającą do miłych deklaracji i szczytnych haseł.
Indie to niełatwy kraj dla handlowców i inwestorów. Przekonują się o tym niemal każdego dnia firmy i korporacje, które chcą podbijać indyjski rynek. Gąszcz przepisów, ciągle jeszcze nie w pełni otwarty rynek, niejednoznaczność prawodawstwa – to wszystko sprawia, że tylko najbardziej twardzi i konsekwentni gracze są w stanie na tym rynku się utrzymać.
Bilans handlowy, jaki ma Polska z Indiami, pokazuje, że to Indie potrafią ostrzej wchodzić na rynek polski, aniżeli polskie firmy na rynek indyjski.
Ciągłe odwoływanie się do dawnych sukcesów – na przykład w sferze przemysłu obronnego, gdy polskim hitem eksportowym były wozy zabezpieczenia technicznego WZT-2 i WZT-3 – to za mało.
Dużo pytań, mało odpowiedzi
Wizyty przywódców mają to do siebie, że w ich trakcie wytyczane są kierunki, w których zdążać mają polityczni i gospodarczy partnerzy. Podpisywane są MoU – czyli memoranda o współpracy w określonych dziedzinach – o wymianie handlowej, naukowej, kulturalnej. Ale MoU to nie kontrakty, które w sposób jasny określają zobowiązania obu stron. MoU to przede wszystkim określenie woli do podjęcia negocjacji prowadzących do podpisania kontraktów.
Czy wizyty polskiej misji w Indiach i Wietnamie pod przewodnictwem premiera Tuska przyniosą plon w postaci podpisanych kontraktów? Przekonamy się za jakiś czas. Podobnie jak dopiero za jakiś czas przekonamy się, czy zapowiedź podwojenia polsko-indyjskiej wymiany handlowej stanie się faktem. I czy jej zwiększenie zmniejszy polski bilans tej wymiany, który jest obecnie ujemny. Po wizycie Tuska pozostaje więcej pytań, aniżeli odpowiedzi.