W polityce 2 i 2 niekoniecznie daje 4. A w polityce izraelskiej nie wiadomo jeszcze, czy 67 okaże się większe niż 53. Pierwsza z tych wielkości to liczba mandatów, którą w wyborach 27 października zdobyli przeciwnicy premiera Netanjahu. Druga to wynik jego zwolenników.

I choć pierwszych jest – jak widać – zdecydowanie więcej, to Netanjahu ma duże szanse pozostać na stanowisku.

Izraelski system inny niż polski

Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, wynika to ze specyfiki izraelskiego ustroju. W polskim porządku prawnym po wyborach, na pierwszym posiedzeniu nowego Sejmu, dotychczasowy premier składa dymisję gabinetu. Konstytucja dopowiada dwa ustępy niżej, że Prezydent powierza mu (lub jej) dalsze sprawowanie urzędu (formalnie z tymi samymi kompetencjami) do czasu powołania nowej Rady Ministrów. Jednak w praktyce funkcjonuje utrwalony zwyczaj, zgodnie z którym zdymisjonowany rząd zapewnić ma raczej ciągłość administracji niż podejmować strategiczne decyzje.

W Izraelu żadna z tych zasad nie obowiązuje. Po wyborach rząd nie podaje się do dymisji, a jego prerogatywy nie zostają – formalnie ani zwyczajowo – ograniczone. W efekcie, dopóki nie powstanie nowa większość, rząd pozostaje rządem, a premier premierem. Ze wszystkimi kompetencjami – włącznie z tymi dotyczącymi wojny i pokoju.

Powyborcze formowanie większości bywa zaś w Izraelu w ostatniej dekadzie zazwyczaj długotrwałe, a coraz częściej niemożliwe. W efekcie rozpisywane są kolejne wybory, a rząd urzęduje dalej. Tym sposobem w latach 2019–2020 Netanjahu, nie mając za sobą parlamentu, był premierem przez niemal 17 miesięcy.

Koalicja z Arabami – możliwa w teorii, niemożliwa w praktyce

Druga przyczyna jest głęboko polityczna. Spośród 67 mandatów, które zdobyli przeciwnicy Netanjahu, 19 przypadło partiom arabskim. A głos arabski – w teorii ważący tyle samo co żydowski – niekoniecznie waży tyle samo w praktyce. 

Pomimo że mowa tu o legalnie działających partiach politycznych, tworzonych i wybieranych przez izraelskich obywateli, znacząca część tamtejszej sceny politycznej (oraz opinii publicznej) nie uważa Arabów za równoprawnych uczestników życia politycznego.

Zdaniem prawicy – reprezentowanej nie tylko po stronie rządowej, ale także opozycyjnej – do rządzenia żydowskim państwem nie wystarczy posiadać w parlamencie arytmetycznej większości. Trzeba mieć jeszcze drugą większość: żydowską (względnie: „syjonistyczną”).

Zgodnie z tą logiką, ewentualny rząd większości przeciwnej Netanjahu, złożonej w nowym Knesecie z 48 głosów żydowskich i 19 arabskich, nawet jeśli posiadałby mandat formalno-prawny do rządzenia, to nie miałby mandatu moralnego. 

Ponadto, dla prawicowych polityków opozycji – w tym Awigdora Libermana czy Naftalego Bennetta, którzy tylko czekają, aż Netanjahu wreszcie zejdzie ze sceny, by przejąć rząd dusz na całej izraelskiej prawicy – przyłożenie ręki do obalenia prawicowego rządu po to, by wprowadzić do niego Arabów, niosłoby za sobą ryzyko śmierci politycznej. A może i nie tylko takiej. 

Netanjahu nie odpuści

W klimacie, w którym zwolennicy rządu grożą oponentom odesłaniem ich do Auschwitz i Sobiboru i demonstrują pod domem lidera opozycji, Gadiego Eisenkota, oskarżając go o zdradę za samo rozważenie współpracy z Arabami, nie sposób nie myśleć o zamordowanym 21 lat temu przez prawicowego fanatyka premierze Icchaku Rabinie. I także w Polsce nikomu, kto zna historię II RP, nie trzeba tłumaczyć, jakie ryzyko niesie za sobą wybór na wysoki urząd „głosami mniejszości”.

Przy czym tabu współpracy z arabskimi siłami politycznymi dotyczy nie tylko wejścia z nimi w formalną koalicję, lecz także wszystkich innych układów, na przykład mniejszościowego rządu opozycji przy ich zewnętrznym poparciu, czy choćby głosie wstrzymującym. 

W każdym razie można mieć pewność, że Benjamin Netanjahu i jego zwolennicy będą opozycję tego typu argumentami szantażowali i zrobią wszystko, aby do żadnej z tych opcji nie dopuścić. 

Zmian nie będzie, choć są potrzebne

Z powyższych względów rządów opozycji prawdopodobnie w Izraelu nie będzie. A tabu dotyczące współpracy z partiami arabskimi (dlatego że są arabskie, a nie ze względu na ich liderów czy programy) ma – niestety – dużą szansę okazać się najsilniejszą zasadą organizującą tamtejszą politykę. Silniejszą od dążenia do władzy, niechęci do Netanjahu czy wściekłości na społeczność ultraortodoksyjną, która w oczach większości społeczeństwa konsekwentnie miga się od uczestnictwa w ponoszeniu odpowiedzialności za państwo, w którym żyje.

Gdyby jednak tabu antyarabskie zostało złamane, a Izrael doczekał się rządu nie tylko bez Netanjahu, lecz także prawdziwie odzwierciedlającego jego wewnętrzną różnorodność, byłaby to dobra wiadomość nie tylko dla niego samego i Bliskiego Wschodu, ale i dla reszty świata. Byłby to bowiem sygnał, że nawet w warunkach głębokich podziałów możliwe jest budowanie wspólnoty politycznej wykraczającej poza historyczne uprzedzenia i wzajemną nieufność. No i być może groźba (obecnie coraz bardziej realna) kolejnej izraelsko-amerykańskiej wojny z Iranem, która – jeśli do niej dojdzie – pogrąży Bliski Wschód w chaosie, wywinduje ceny energii i na tysiąc sposobów odbije się na życiu większości ludzi na świecie, jednak by się nie zmaterializowała.