Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > WAŚKIEWICZ, GIZA-POLESZCZUK, HARTMAN,...

WAŚKIEWICZ, GIZA-POLESZCZUK, HARTMAN, OLESIŃSKA, SERZYSKO, TOMASZUK: Młodzi nachodzą staroświecko (I)

Szanowni Państwo,

W najlepszych polskich filmach dokumentalnych Krzysztof Kieślowski czy Kazimierz Karabasz zadawali Polakom w różnym wieku najprostsze pytania: „Jakie są twoje marzenia?”, „Kim chcesz zostać w przyszłości?”, „Czy twoje życie uważasz za udane?”. Otrzymywali w zamian mozaikę odpowiedzi. Zgadywano w nich przyszłość kraju i wzruszano się prawdą o przemijaniu kolejnych pokoleń.

Niedawno podobne pytania zadała w swoim badaniu – już tylko młodym obywatelom RP – Pracownia Innowacji i Badań Społecznych „Stocznia” w ramach projektu „Wędrujące Pytanie o Wolność” [raport mogą Państwo przeczytać tutaj http://stocznia.org.pl/www/dzialania-stoczni/wolnosc]. Rezultaty są zaskakujące. Mnożą się pytania. Czy to bunt do tego stopnia wyparował? Czy naprawdę nastąpiła przedziwna socjalizacja w duchu rodzimego zrzędzenia na wszystko (z wyjątkiem własnej rodziny)? Czyżby nastało międzypokoleniowe „kochajmy się”, a nikt tego nie zauważył?!

Dopiero teraz badania pozwalają się zastanowić, co takiego niosą w głowach przyszli włodarze naszego kraju, przyszli politycy, biznesmeni, naukowcy… Jakim językiem będą opisywali świat? W jaki sposób będą najprawdopodobniej szukali rozwiązań naszych problemów?

Wyniki badań zadziornie komentują nasi Autorzy. Zdaniem Andrzeja Waśkiewicza polscy rodzice stworzyli dzieci na podobieństwo swoje: młodzież została zsocjalizowana w narodową kulturę narzekania. Jan Hartman wypowiada się w tonie jeszcze ostrzejszym niż w niedawnym artykule dla „Tygodnika Powszechnego”: „Oto więc filozofia młodzieży: niczym niezmącone zadowolenie z siebie”. Anna Giza-Poleszczuk, szefowa Stoczni, która wspierała projekt merytorycznie, wskazuje, że badanie ujawniło brak miejsca artykulacji głosu młodzieży: „o przyszłości, która jest w ich przede wszystkim rękach”. Katarzyna Julia Olesińska, która koordynowała projekt Stoczni, jest również dość krytyczna. „Nie wydaje się, żeby to warunki zewnętrzne spisywały młode pokolenie na straty. Czyni to raczej powszechny, głęboko zakorzeniony światopogląd, który wywindował w latach 90. ich oczekiwania i sprawia jednocześnie, że nie do końca czują się odpowiedzialni za zapewnienie sobie dobrego życia” – argumentuje.

Te wypowiedzi zderzamy z dwoma tekstami osób pochodzących z pokolenia, którego badania dotyczyły. Ewa Serzysko pisze: „Trudno, młodzież nie odrobiła lekcji i nie przemyślała ważkich kwestii, ale czy sama jest sobie winna i czy tylko ona cierpi na tę przypadłość?” – i odpowiada, że przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać raczej w dramatycznej kondycji systemu edukacji i debaty publicznej. Agata Tomaszuk polemizuje natomiast ze stwierdzeniem, że młode pokolenie miałoby być stracone – ale też podkreśla odpowiedzialność jednostek za kształt swojego przyszłego życia. Inaczej myśląc, „można już tylko siąść i płakać” – podkreśla.

Zachęcamy do lektury – oto nasza przyszłość !

Redakcja

 

 

 



1. ANDRZEJ WAŚKIEWICZ: Ci, co zostaną, będą pracować; ci, co wyjadą – także
2. ANNA GIZA-POLESZCZUK: W cieniu wielkich słów
3. JAN HARTMAN: Niczym niezmącone zadowolenie z siebie
4. KATARZYNA JULIA OLESIŃSKA: Przewartościowanie i zmiana podejścia
5. EWA SERZYSKO: Konflikt pokoleń nad trumną edukacji
6. AGATA TOMASZUK: Nie takie stracone


 

Andrzej Waśkiewicz

Ci, co zostaną, będą pracować; ci, co wyjadą – także

Polscy rodzice mogą sobie pogratulować – udała im się nie lada sztuka. Wychowali dzieci na swój obraz i podobieństwo swoje. Wszystkie badania pokazują, że wśród nastolatków przygotowujących się bez entuzjazmu do dorosłego życia przeważają, jak ich nazwała Barbara Fatyga, „normalsi”. Wywiady, które przeprowadzili młodzi ludzi związani ze Stocznią, niemal rówieśnicy swoich rozmówców, potwierdzają jedynie ten wniosek.

I to być może jest jedyna ciekawa rzecz, jaka z tych rozmów wynika. Można było bowiem oczekiwać, że wśród woodstokowiczów pojawi się jednak jakaś „nadreprezentacja” buntu, pokoleniowej złości czy choćby kontestacji w granicach kieszonkowego; ale nie: powtarzają to samo, co ich koleżki i koledzy, którzy jadą pod namiot w miejsca niestraszne dorosłym albo w ogóle nie wyjeżdżają z domu. Skądinąd ma się nawet wrażenie, że powtarzają oni nie tyle te myśli, co utarte formuły językowe, no, może nieco bardziej swobodnie, z dodatkiem stosownych wulgaryzmów.

Uderza w tych rozmowach świadomość – wręcz nadświadomość – ograniczeń swoich szans życiowych, deklarowana otwarcie i chyba nawet z nutą agresji wobec tzw. świata. Nawet wobec swoich własnych słabości młodzi ludzie wydają się bezradni. Czyżby to rezultat szczególnego przyswojenia sobie szkolnego programu wiedzy o społeczeństwie, czy też lekcja wyniesiona z domu rodzinnego? Chyba jednak z domu, bo przecież niemal to samo mówili ich rodzice 20 lat temu. Leszek Kołakowski jeszcze w końcu lat 80. przenikliwie zauważył, że cały kraj może się zmienić, ale język sfery publicznej zmieni się na samym końcu. Najwyraźniej dotyczy to także kapitalizmu.

Młodzież nasza została zatem zsocjalizowana w narodową kulturę narzekania. Trzeba to też powiedzieć wyraźnie: indywidualnego narzekania, ale nie zbiorowego zatroskania sprawami publicznymi. Na początku lat 90. socjolodzy postawili tezę o indywidualnym (czytaj: rodzinnym) przystosowaniu się do kryzysu ekonomicznego; rodzice przekazali tę postawę dzieciom i trudno same dzieci za to winić. Ale czy też można obwiniać za to rodziców, kiedy taka strategia pod koniec lat 80. była racjonalna?

Pozostaje jednak frapujące pytanie, jak udała im się sztuka zatrzymania przy sobie dzieci, kiedy wydawało się, że w nowej sytuacji stracą oni wszelki autorytet, jeśli nie zaczną uczyć się elastyczności właśnie od… młodych (vide dziadek klikający ikony na ekranie komputera pod bacznym okiem wnuczka). Wielokrotnie zwracano już na to uwagę, że to właśnie dom rodzinny dawał młodzieży wówczas poczucie stałości i ciągłości; mówiąc językiem innej socjologii, trudności ze startem w samodzielne życie sprzyjały pozostawaniu w światopoglądowej władzy rodziców.

Ale też rodzice owej władzy i autorytetu chyba nie nadużywali. Bez rozgłosu zaszła u nas praktycznie rewolucja seksualna; kohabitacja bez ślubu staje się już niemal miejską normą. Polacy nie są może zbyt tolerancyjni wobec ekstrawagancji, za to mają dużo wyrozumiałości wobec ludzkich słabości. Będąc wyrozumiali wobec dzieci, stali się też chyba bardziej wyrozumiali wobec siebie samych.

Polscy rodzice ustrzegli więc kraj przed polsko-polską wojną pokoleń. Otrzymali już za to nagrodę – znakomita większość z nich deklaruje, że to właśnie dzieci dają im największą satysfakcję z życia. I wszystko wskazuje na to, że nie zapomną one o ich emeryturach.

* Andrzej Waśkiewicz, profesor socjologii. Prowadził warsztaty z historii idei w ramach projektu „Wędrujące Pytanie o Wolność”.

***

Anna Giza-Poleszczuk

W cieniu wielkich słów

Jeden z uczestników warsztatów „Wędrującego Pytania o Wolność” podczas festiwalu Woodstock w 2009 roku, powiedział na koniec: „Drogą do pokonania tych ograniczeń jest spotkanie i rozmowa. Tak jak my teraz rozmawiamy. Kiedy rozmawiamy, fragment Was zostaje we mnie, a fragment mnie zostaje w Was. Mam nadzieje, że skorzystacie z tego, czego się od nas dowiedzieliście”.

Idea „rozmowy” powraca w materiałach ze spotkań jak mantra, zawsze z ukrytą kwalifikacją: „Aby coś naprawdę w Polsce zmienić, trzeba ze sobą rozmawiać, tak jak my teraz ze sobą rozmawiamy”. Dla mnie w całym projekcie Stoczni najważniejsze są trzy odkrycia. Po pierwsze, odkrycie głodu mówienia i bycia słuchanym w kwestiach ważnych i trudnych. Rozmowy z młodymi ludźmi dotyczyły spraw publicznych – wolności, przyszłości Polski, współodpowiedzialności, własnej sprawczości.

W procesie artykulacji punktów widzenia i poglądów mogliśmy też obserwować zmagania młodych z Wielkimi Słowami: „demokracja”, „patriotyzm”, „tolerancja”… Było uderzające – i to jest drugie moje odkrycie – jak silnie zostały one sformatowane w publicznym dyskursie, oddzielone od codziennego życia i pozbawione osobistej treści. Monumentalne słowa budzą uczucie zażenowania, trochę głupio ich używać, raczej mnie nie dotyczą. Młodzi ludzie instynktownie dążyli do przeniesienia ich na poziom codziennych, prostych, konkretnych doświadczeń. Kryje się za tym intuicja – w moim przekonaniu bardzo trafna – że „postawy” i „idee” pojawiają się jako efekt doświadczeń życiowych, a nie odwrotnie (z „rozumu” czy „postanowienia woli”): „kiedy wychowujesz dzieci w różnorodnym środowisku, kiedy to środowisko jest otwarte na inność, wtenczas tolerancja jest czymś naturalnym. Pojawia się jako efekt ciekawości (zainteresowania) dla drugiego człowieka, który jest inny od ciebie, inaczej wygląda, inaczej mówi. Kiedy żyjecie obok siebie, musicie się poznawać nawzajem, uczyć się siebie i w taki sposób powstaje tolerancja”.

Wycofanie i milczenie w obliczu wielkich, monumentalnych słów nie wynika ani z braku wrażliwości, ani z ich niezrozumienia czy tym bardziej odrzucenia. Rzadko kto ma umiejętność poruszania się w rozmowie po wysokich piętrach abstrakcji i narzucania dyskursu w takich kategoriach. Kiedy na przykład pytamy, „kto jest dla Ciebie autorytetem” (jedno z uporczywie zadawanych w sondażach pytań, które zwykle staje się pendant do utyskiwania, że Polacy, poza Janem Pawłem II, nie mają żadnych autorytetów), „czym jest dla Ciebie patriotyzm” – odbierane jest to jako akt symbolicznej przemocy. Jak bowiem odpowiedzieć na takie pytanie inaczej, niż recytując wyuczone formuły lub uciekając w bezpieczne stereotypy?

Analizując zmagania z materią języka przy próbach określenia przedmiotów narodowej dumy i, ogólnie, patriotyzmu, jedna z badaczek zauważyła, że mówiąc o Polsce, wszyscy sprawiamy wrażenie niemowlaka, który nie jest w stanie, choć bardzo tego pragnie, wyrazić swoich emocji w słowach – bo mu ich brakuje. Młodzi ludzie dostrzegają zresztą uwięźnięcie zbiorowego dyskursu w stereotypach, przemilczeniach i niedopowiedzeniach, bardzo trafnie wskazując na bezbronność wobec nich jednostki: „stereotypy są silne i jednostka sama nie jest w stanie ich przełamać, ale w grupie, jest już to możliwe, w grupie można pracować nad zmianą myślenia stereotypami”. Dlatego, i to jest trzecie odkrycie, prawdziwe doświadczenia i przemyślenia ujawniają się w szczególnego typu rozmowie – takiej, której istotą są otwartość, szacunek i nastawienie na zrozumienie. Młodzi ludzie powiedzieli nam rzeczy ważne i inspirujące. Dla mnie, najważniejszym wnioskiem z projektu „WPOW” jest konieczność stworzenia takiej właśnie płaszczyzny artykulacji głosu młodzieży o przyszłości, która jest w ich przede wszystkim rękach.

Anna Giza-Poleszczuk, profesor socjologii. Konsultantka merytoryczna i metodologiczna projektu „Wędrujące Pytanie o Wolność”.

***

Jan Hartman

Niczym niezmącone zadowolenie z siebie

Badania jakościowe w socjologii bywają wielce frustrujące. Ich autorzy otrzymują nieraz materiał nudny i deprymujący, lecz lojalność wobec uczestników nakazuje im robić dobrą minę do złej gry. Ja nie jestem ani autorem omawianych badań, ani nawet socjologiem, więc mogę bez oporów powiedzieć, co myślę. A myślę, że zebrane wypowiedzi młodych ludzi są stekiem frazesów i klisz, którymi karmiona jest młodzież w szkole i w domu, i które przyjmuje – jak to młodzież – naiwnie i bez zastanowienia.

Nie uzyskano obrazu młodzieży, która en globe żadnych poglądów etycznych ani politycznych nie ma (poglądy ma w gruncie rzeczy niewielu ludzi, i to raczej nie w młodych latach), lecz obraz – dość zresztą żałosny – synkretycznego, bałamutnego dyskursu publicznego w dzisiejszej Polsce. Nie różni się on tak bardzo od zbanalizowanej i trywialnej gadaniny w innych krajach Europy, a nawet nie odbiega zbytnio od wersji z czasów późnego PRL. Owa „filozofia ludowa” łączy w sobie wątki strywializowanego oświecenia (nowoczesność, edukacja, krytyka nauki pamięciowej), nacjonalistycznego tradycjonalizmu, lewicowej emancypacji ludu („godne życie”, „równość”), demokratyzmu i w ogóle wszystkiego, co składa się na medialną i szkolną papkę.

Dominantą jest tu wszelako niewinne i chwalebne JA. Ja jestem rozsądny, światły i mądry; oni zaś, ci wszyscy głupi politycy i inni zacofańcy – głupi, źli i przewrotni. Oto więc filozofia młodzieży: niczym niezmącone zadowolenie z siebie. Nieraz już tę ludową mentalność czasu dobrobytu opisywano, więc daruję to sobie (pisałem na ten temat niedawno w „Tygodniku Powszechnym”; zob. „Godne, bo wygodne. Krytyka młodzieżowego rozumu”). Pragnę wszelako zauważyć, że wyciąganie jakichś daleko idących wniosków z tej całej bezradnej, zrytualizowanej gadaniny byłoby dużym błędem.

Niczego nie dowiadujemy się o tendencjach i kierunkach, w których podąża polskie społeczeństwo, wsłuchując się w aktualne rytuały retoryczne młodzieży. Rytuały te zmieniają się znacznie wolniej niż parametry życia społecznego. Werbalizacja współczesności przychodzi z opóźnieniem, bo sprawy toczą się dziś szczególnie szybko. Naiwne jest oczekiwanie, że akurat młodzież będzie umiała trafniej niż starsi mówić o współczesności i przyszłości. Młodzież z zasady powtarza jedynie to, co usłyszy. Inaczej mówiąc, nie wie, co ma mówić, więc mówi, co „wie”. W efekcie można uznać, że jest wszystko jedno, co młodzież mówi. Z tego, co mówi, niewiele można się o niej dowiedzieć, a jeszcze mniej o przyszłości. To, co mówi młodzież, pozwala jedynie na wysnucie pewnych przypuszczeń na temat rodziców i szkoły. Skoro jednak gadanina młodzieży tak niewiele znaczy, również moje krytyczne pod adresem młodzieży uwagi można uznać za mało istotne.

* Jan Hartman, profesor filozofii.

***

Katarzyna Julia Olesińska

Przewartościowanie i zmiana podejścia

Zgromadzone podczas całego projektu badawczego Stoczni odpowiedzi są różnorodnym i ważnym głosem młodych Polaków na temat tego, w jakiej Polsce chcą żyć, kiedy będą już dorosłymi obywatelami. Zebrany materiał pokazuje nie tylko, jakie są wyobrażenia młodych Polaków o kształcie własnego kraju w przyszłości, ale też – a może przede wszystkim – że tworzą one pewien obraz młodego pokolenia. Pokolenia, które całe swoje dorosłe życie spędziło w wolnym kraju, w warunkach dobrobytu, jakiego w Polsce nigdy wcześniej nie zaznało żadne inne pokolenie. Są to ludzie, którzy wyrośli, obserwując swoje transformacyjne starsze rodzeństwo i znajomych wychowanych z kolei w atmosferze bardzo silnej aspiracyjności. Dzisiejsi dwudziestokilkulatkowie, przyglądając się karierom robionym w błyskawicznym tempie przez ludzi, którzy popłynęli na fali transformacji – w czasach, w których wystarczyło znać angielski i być jako tako „ogarniętym” – dziś chcą od życia tego samego. Ale dzisiaj już tak szybko i łatwo się nie da i w najbliższym czasie raczej nie będzie się dało. A na to młodzi Polacy nie są przygotowani.

Oczekiwania wobec życia i pracy rosły i rosły – i dziś stały się olbrzymie. Praca powinna dawać satysfakcję i pieniądze, ale pozwalać równocześnie na rozwijanie pasji, prowadzenie bogatego życia towarzyskiego i poświęcanie się rodzinie. Pieniędzy powinno starczać co najmniej na samochód, mieszkanie i domek za miastem. Problemem jest jednak, że wszyscy wszystkiego mieć nie mogą, a na pewno nie mogą tego wszystkiego dostać tak łatwo jak 10 – 15 lat wcześniej, nie pracując na to ciężko i przez długie lata. Wygórowane oczekiwania nie zostały przez młodzież ukierunkowane na pracę nad sobą i na siebie, ale raczej na otaczającą ich rzeczywistość.

W trakcie warsztatów wielokrotnie pojawiały się postulaty, które można jasno odbierać jako roszczeniowe. Psim obowiązkiem państwa – twierdziło wiele osób – jest nie tylko zapewnienie młodym fundamentalnych warunków do życia, ale dużo więcej. Oczekują oni na przykład, że bez względu na kierunek ukończonych studiów, państwo powinno im zapewnić godne życie, czyli godną pracę za godną płacę. Godne życie to takie, w którym mogę studiować to, co potrafię i na co mam ochotę, a nie to, na co jest obecnie największe zapotrzebowanie na rynku pracy. Po skończeniu studiów, bez względu na panującą sytuację, mam prawo do pracowania w wymarzonym zawodzie za dobre pieniądze. O tego typu postawie zaobserwowanej u swoich studentów pisał też niedawno w „Tygodniku Powszechnym” Jan Hartman* i w tekście dla „Kultury Liberalnej” właściwie powtarza swoją tezę. W głowach młodych to nie oni sami mają zapracować na godne życie dla siebie i swojej rodziny, ale ma im to zapewnić świat zewnętrzny. Oczekują, że państwo rozłoży nad nimi parasol ochronny i przykryje ich ciepłą, socjalną kołderką.

Nie wydaje się więc, żeby to warunki zewnętrzne spisywały młode pokolenie na straty. Czyni to raczej powszechny, głęboko zakorzeniony światopogląd, który wywindował w latach 90. ich oczekiwania i sprawia jednocześnie, że nie do końca czują się odpowiedzialni za zapewnienie sobie dobrego życia. Praca, którą trzeba wykonać, by mieć takie życie, nie jest nakierowana do wewnątrz, ale na zewnątrz. To pokolenie potrzebuje przewartościowania i zmiany podejścia. I to szybkiego, bo bomba wydaje się tykać coraz głośniej. Bez tego może ono rzeczywiście okazać się „straconym pokoleniem”.

* Jan Hartman, Krytyka młodzieżowego rozumu, „Tygodnik Powszechny”, nr 12 (3219), 30 marca 2011.

** Katarzyna Julia Olesińska, antropolożka, pracuje w Pracowni Innowacji i Badań Społecznych „Stocznia”. Razem z Bartoszem Stodulskim koordynatorka projektu „Wędrujące Pytanie o Wolność”.

***

Ewa Serzysko

Konflikt pokoleń nad trumną edukacji

W badaniu Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” młodych pytano o to, jakiej Polski chcieliby za 20 lat. Ja chciałabym jednak odwrócić to pytanie, bo znacznie ważniejsza – w kontekście krytyki, z jaką spotyka się ostatnio młodzież [ http://tygodnik.onet.pl/30,0,60775,godne__bo_wygodne,artykul.html] – wydaje mi się odpowiedź na pytanie: jakiej młodzieży chciałaby Polska za 20 lat?

Otóż w pozostałych tekstach naszego Tematu Tygodnia (oraz w krytyce Jana Hartmana publikowanej w „Tygodniku Powszechnym”)  możemy przeczytać, że młodzi „torturują nas trywialnym nihilizmem”, nie mają pomysłu na zagospodarowanie danej im wolności (nie tylko osobistej, ale przede wszystkim politycznej), są bezideowi i nie potrafią myśleć w kategoriach wspólnoty. Rzeczywiście, czytając raport Stoczni, można odnieść takie wrażenie. Wypowiedzi są ogólne, postulaty niezbyt wyszukane i wydaje się, że niepoparte głęboką analizą. Spontaniczne, ale mało odkrywcze. Trudno, młodzież nie odrobiła lekcji i nie przemyślała ważkich kwestii, ale czy sama jest sobie winna i czy tylko ona cierpi na tę przypadłość? Nie chodzi o to, aby odwrócić uwagę od problemu, ale by zastanowić się nad jego przyczyną.

Polska młodzież nie jest przygotowana do udzielania odpowiedzi na zadawane przez Stocznię pytania. Pod tym względem rzeczywiście jest to „stracone pokolenie”: nienauczone języka demokracji i krytycznego myślenia o otaczającej rzeczywistości.

Nie można wymagać sensownych odpowiedzi od osób, które nie nabyły w procesie edukacji właściwych umiejętności. Nie powinniśmy pytać przedszkolaków o ciągi liczbowe, skoro nie znają podstaw ani abstrakcyjnej natury działań matematycznych. A chyba odpowiedzi o podobnym stopniu złożoności oczekiwaliby niektórzy intelektualiści od przepytywanej woodstockowej młodzieży i studentów pierwszego roku. Młodzi posługują się takim językiem, jakiego zostali nauczeni. Pochodzi on z wypowiedzi polityków, z mediów, ze szkolnych lekcji historii i wiedzy o społeczeństwie, z rozmów spod budki z piwem. Niestety języki te niewiele się od siebie różnią. Pełno w nich uproszczeń, nieporozumień, podawania niezwiązanych ze sobą faktów, agresji, dążenia do konfrontacji. Brak kontekstu i refleksji. Dodajmy, wszystkie te głosy pochodzą od – przeciwstawianych bananowej młodzieży – dorosłych.

Trudno mówić o mechanizmach i procesach, dzięki którym można wyobrazić sobie Polskę za 20 lat, jeśli w szkole myśli się wyłącznie kluczem, listą niewiele mówiących dat, nazwiskami bez twarzy i biografii oraz tytułami dzieł, które nie mają ze sobą związku, a często nawet treści wykraczającej poza streszczenia lub fragmenty. Obrazy i utwory muzyczne nie mają związków z kulturą narodową, za to nazwy rzek są wyłącznie polskie, a historyczny Akwizgran nagle zniknął z powierzchni ziemi, po czym pojawiło się – już przemysłowe – Aachen. Całe gimnazjalne pokolenie „czyta ze zrozumieniem”, ale nie potrafi krytycznie analizować tekstu, zrozumieć jego kontekstu i wyjaśnić, dlaczego autor pisał tak a nie inaczej. Zawsze pozostają praca własna i korepetycje.

Nie można wymagać głębokiego rozumienia polityki i wieszczenia przyszłości Polski od osób, które słabo znają jej przeszłość i nie mają narzędzi nawet do oceny otaczającej rzeczywistości politycznej i społecznej, która wymaga jednak nieco mniejszej wyobraźni. Nie mówiąc już o tym, że nawet grupy – przynajmniej teoretycznie – w te narzędzia wyposażone: politycy, intelektualiści, dziennikarze, nie umieją (bądź nie chcą) odpowiadać na trudne pytania.

Powiedzmy sobie głośno: język demokracji nie jest naturalnym językiem młodzieży. Ani tej „bardzo dobrze wykształconej”, ani tej, która studiów wyższych nie skończyła (bo chyba jedynie tym, a nie umiejętnościami, mierzy się jakość wykształcenia). Nie jest to także język mediów ani polityków. Jak do tej pory żadne pokolenie – prócz wspominanego przez Hannę Świdę-Ziembę mitycznego między- i tuż powojennego, w które już mało kto wierzy – nie otrzymało bogatszej w demokratyczne i obywatelskie treści edukacji. Nawet jeśli ktoś – zapewne własnym sumptem – ją zdobył, nie dzieli się nią zbyt obficie w życiu publicznym. Gdzie są wizje Polski stworzone przez środowiska intelektualne? Gdzie są wizje stworzone przez polityków? Być może na Krakowskim Przedmieściu, ale i tak nie na poziomie, który zadowoliłby niektórych filozofów.

Nie ma wizji, nie ma debaty, nie ma języka, więc muszą być uproszczenia i klisze. Może urzędnicy państwowi i intelektualiści powinni podzielić swoją uwagę między zapewnianie godziwej emerytury staruszkom a właściwe edukowanie młodych? Wtedy my, młodzi, którzy uczymy się (a jednak!) na słabych uniwersytetach, nie musielibyśmy wysłuchiwać sfrustrowanych głosów „dorosłych”, których oczekiwaniom wciąż nie potrafimy sprostać.

* Ewa Serzysko, 24-letnia socjolożka. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.

***

Agata Tomaszuk

Nie takie stracone

Mam 24 lata, w tym roku kończę studia humanistyczne. Kiedy myślę o sobie i swoich szkolnych kolegach, do głowy przychodzą mi różne skojarzenia, ale na pewno nie to, że jesteśmy „straconym pokoleniem”. Widzę, w jakiej sytuacji w Polsce przychodzi nam zaczynać dorosłe życie, że może i nie będzie łatwo – zwłaszcza mnie z moim socjologicznym wykształceniem – ale uważam, że trzeba na tę sytuację spojrzeć również nieco krytycznie.

Po pierwsze, panika rynku pracy. Rzeczywiście, moje perspektywy zawodowe nie rysują się jednoznacznie w tęczowych barwach, ale wydaje mi się, że nie jest to problem całego pokolenia, ale jego konkretnej podgrupy, czyli osób z wykształceniem humanistycznym. Moi koledzy informatycy, inżynierowie czy pracownicy firm consultingowych raczej nie narzekają. Nie jest to problem tylko Polski, ale całego nowoczesnego świata, w którym pewne umiejętności nie są już tak potrzebne jak kiedyś, bez względu na to, czy mi się to osobiście podoba, czy nie. Pytanie, czemu w związku z tym nas humanistów jest tak dużo i cały czas przybywa? Dlaczego pełno wśród nas absolwentów europeistyk, socjologii, politologii, kulturoznawstwa, skoro nie od dziś wiadomo, że nie w tych dziedzinach leży przyszłość nowoczesnego świata? Nie znam właściwej odpowiedzi, ale wydaje mi się, że przyczyn należałoby szukać przede wszystkim dużo wcześniej niż na etapie samego wyboru studiów, czyli na licealnym i gimnazjalnym poziomie nauczania przedmiotów ścisłych, głównie matematyki. Coś musi być nie tak, skoro nadal matura z tego przedmiotu wzbudza ogólny postrach.

Po drugie, zastanawiam się, czy my młodzi często nie patrzymy na siebie przez zbyt różowe okulary. Uważamy, że jesteśmy świetnie wykształceni, oczytani, kreatywni, przebojowi, etc. Ale czy na pewno i czy wszyscy? Przez pięć lat studiów chyba za często zastanawiałam się, „co ten ktoś tu właściwie robi” (abstrahując od zastanawiania się, co ja tu robię)? Czy wyściągana piątka z egzaminu równa jest nauczonej piątce? Czy studenci milczący na zajęciach są tylko nieśmiali, czy może po prostu nie chce im się przygotować lub nie mają właściwie nic do powiedzenia? Kto na tym traci? Te kilka osób, którym jednak zależy, a które rywalizują o stypendia i miejsca pracy z ludźmi, którzy są na pewno sprytni, ale nie zawsze mają odpowiednie umiejętności, ale ten sam dyplom. Mam wrażenie, że przydałoby nam czasem trochę więcej pokory w ocenianiu własnej wiedzy i możliwości. Więcej pokory wobec nauczycieli, profesorów i zasad, przeciw którym tak chętnie się buntujemy. Z przeprowadzonego przez Pracownię Badań i Innowacji społecznych „Stocznia” badania wynika, że chcielibyśmy bardzo wiele od państwa, świata i społeczeństwa, ale nie za bardzo zdajemy sobie sprawę z tego, że zależy to również od nas samych i od naszej postawy.

Po trzecie, i tutaj bardziej pozytywnie, widzę wokół siebie osoby po dobrych studiach, tak zwanych przyszłościowych (i nie tylko) kierunkach, zagranicznych stypendiach, mające możliwości wyjazdu za granicę, które mimo wszystko chcą zostać tutaj. Bo uważają, że Polska zmienia się na lepsze i chcą w tym uczestniczyć. Pracują, utrzymują się, zakładają rodziny, biorą kredyty (!). Jakoś sobie radzą i – co więcej – wcale tak często nie narzekają. Póki co więc nie obawiam exodusu moich rówieśników za granicę, a jeśli już w ogóle, to nie na stałe. To ich przede wszystkim należałoby teraz spytać, jakiej Polski chcą za 20 lat i co jest im potrzebne, żeby tu zostać. Bo takie osoby za wszelką cenę nasz kraj powinien zatrzymywać.

Wreszcie, na koniec tych dość osobistych uwag, po raz kolejny zaznaczam, że nie uważam się za członka ‚‚straconego pokolenia”. Być może za kilka miesięcy nie mogąc znaleźć pracy, pomyślę inaczej, ale pomimo tej ponurej możliwości jestem przekonana, że taki kategoryczny sąd na temat naszej sytuacji będzie można wydać tak naprawdę dopiero za kilkanaście lat, a nie teraz, kiedy dopiero zaczynamy. Choć oczywiście należy zwracać uwagę na trudności na rynku pracy, ułomności systemu edukacyjnego i inne ograniczenia, z którymi musimy sobie radzić i starać się walczyć.

I my sami, członkowie tego pokolenia, nie możemy myśleć o sobie jedynie, że mieliśmy pecha, że mamy ciężko, że zły moment historyczno-gospodarczy, że trzeba było się urodzić 10 lat wcześniej. Bo tak myśląc, można już tylko siąść i płakać.

* Agata Tomaszuk, przygotowuje pracę magisterską w Instytucie Socjologii UW.

Do góry

 

***

 

* Autorzy koncepcji Tematu Tygodnia: Katarzyna Julia Olesińska, Bartosz Stodulski.
** Współpraca: Robert Tomaszewski.
*** Autor ilustracji: Rafał Kucharczuk.

 

„Kultura Liberalna” nr 122 (19/2011) z 10 maja 2011 r.

SKOMENTUJ

Nr 122

(19/2011)
10 maja 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail