Szanowni Państwo!

Kiedy dziecko płacze, czy nawet krzyczy, to nie dlatego, że jest niegrzeczne, tylko dlatego że ma powód i trzeba dowiedzieć się jaki. I to nie będzie rozpieszczanie ani zgoda na „wejście sobie na głowę”. To będzie miłość, szacunek i wsparcie, które odwzajemnią się poczuciem bezpieczeństwa dziecka i jego siłą w przyszłości. Jestem pierwszym pokoleniem matek, które poznało takie teorie. Pokoleniem rodziców generacji, którą nazywa się Zet, czyli umownie urodzonych między 1995 a 2012 rokiem.

Oczywiście moje pokolenie rodziców nie przyjęło powszechnie tych „postępowych” zasad. Zwroty i słowa takie, jak podążanie za dzieckiem, empatia, wewnątrzsterowność czy zgoda na trudne emocje, wciąż budzą ostre spory. Są rodzice, również świadomi, którzy wolą rolę przewodnika, za którym dziecko ma podążać. Wolą tak zwany „zimny chów”, tłumacząc go choćby tym, że bez przymusu i z własnej woli nikt nie będzie się uczył budowy pantofelka, a jest to potrzebne, by ćwiczyć mózg. Z tego powodu pojęcia takie jak rodzicielstwo bliskości też są tematem sporów. Niektórzy nazywają je „wychowaniem bezstresowym”, chociaż w rzeczywistości taki model nigdy nie istniał, ani nie był proponowany.

Bez względu na to, czy bliskościowy czy surowy, rodzic zetek wie, że jego dziecko ma emocje i potrzeby psychiczne.

Że może mieć ADHD, cechy ze spektrum autyzmu i to jest powód jego trudnych (dla rodzica) zachowań, a nie zły charakter. Że może mieć depresję. Wie, że dziecko ma prawa i wybór, na przykład co do tego, co lubi jeść albo w co się ubierać. Rzecz w tym, czy to szanuje.

Oczywiście nadal istnieją rodzice przemocowi. Ogólna tendencja jest jednak taka, że pokolenie rodziców zetek odkryło podmiotowość dziecka, której poprzednie pokolenia z różnych względów nie dostrzegały.

Nowe słowo – autonomia

Możemy teraz przejść do dyskusji, do czego to prowadzi. Czy wychowaliśmy „płatki śniegu”, skoncentrowane na sobie, delikatne, egoistyczne? Czy też ludzi, którzy wiedzą, że mogą być wolni, mają prawo do życia rodzinnego, a nie tylko pracy po 16 godzin dziennie, mają prawo do szczęścia. 

Pracodawcy skarżą się, że zetki nie chcą się wysilać, mają roszczeniowe podejście i chcą zarabiać sporo bez odpowiedniego doświadczenia i kwalifikacji. Tyle że to stereotypy. Badania pokazują, że pokolenie wchodzące na rynek pracy wcale nie jest tak problemowe, jak pokazują memy. Według raportu InterviewMe z tego roku z zetkami miało już okazję współpracować 86 procent pracowników i 81 procent spośród nich ocenia to dobrze. 

Ale także – nie jednowymiarowo. Bo – to nie będzie odkrycie – pokolenie to, jak każde inne jest zróżnicowane. Faktem jest to, że jego rodzice dowiedzieli się więcej o emocjach dzieci i ich autonomii.

Czy będą myśleć o ojczyźnie?

A to pierwsze pokolenie, które od dekad realnie może liczyć się z tym, że zostanie wcielone do armii z powodu wojny. Pierwszy raz od pokoleń osiemnastolatki boją się komisji wojskowych, bo od tego zależy, czy mogą pójść na front, z czym realnie się liczą, chociaż nie boją się wojny tak, jak starsze generacje. Nie musieli się tego uczyć. 

Czy będą bronić ojczyzny? Gotowość do umierania za wyższe wartości jest z pewnością niezależna od tego, czy w domu była surowa dyscyplina, czy spokojna rozmowa o powodach ostatniej złości. 

Jednak, oprócz świadomości, że istnieje prawo do szacunku i podmiotowości, jest jeszcze jeden ważny element charakteryzujący młode pokolenie. Pisze o nim Jarosław Kuisz w książce „Koniec pokoleń podległości. Młodzi Polacy, liberalizm, i przyszłość państwa”. Jest to pokolenie, które w przeciwieństwie do wielu poprzednich generacji wychowało się w suwerennym państwie i nie musiało nigdy bać się o utratę tego statusu. 

Pokolenie rodziców ma doświadczenie lęku – dorastało w czasach PRL, było karmione historią nieistniejącego państwa. Nasze dzieci miały się tego nie bać, miały o tym nie myśleć. Miały żyć na Zachodzie, który my doganialiśmy i nie myśleć o Wschodzie. To wszystko zmieniło się wraz z napaścią Rosji na Ukrainę, co zagroziło nie tylko Polsce, ale i całemu Zachodowi. Jak młodzi do tego podejdą? 

Czy zmienią nasz narodowy charakter?

W nowym numerze „Kultury Liberalnej” pytam badaczkę młodzieży profesor Barbarę Fatygę o to, jak to nowe wychowanie suwerennego i autonomicznego pokolenia ma się do czasów wojny. Czy zetki to płatki śniegu? Czy będą czuły potrzebę obrony wspólnoty? Czy znajdą w sobie siłę?

Profesor Fatyga zaczyna od tego, że… nie ma żadnych płatków śniegu. Co, więcej, ma krytyczny stosunek do tego, by młodych nazywać generacją Z, Y czy X. „To są często nazwy importowane, narzucone w dyskursie medialnym. Jednak niekoniecznie przystające do tego, jaka jest młodzież” – mówi. I opowiada, co wynika z badań na temat młodzieży, czyli nastolatków i młodych dorosłych. „Relacje rodzinne obecnych młodych ludzi są lepsze, niż były ich rodziców [zajętych pracą w czasie transformacji – przyp. red.]. Od paru lat widać, że liczą się oni z opinią rodziców, rodzice są wskazywani jako autorytety. […] dla wielu młodych ludzi rodzina jest większym oparciem niż była jeszcze dwadzieścia czy trzydzieści lat temu”.

Czy młodzi będą gotowi ponosić ofiarę za ojczyznę? I czy zmienią nasz narodowy charakter nieustępliwych powstańców? 

Zapraszam do czytania wywiadu z profesor Fatygą.

Polecam też felieton Mateusza Mazziniego o fałszywej diagnozie, którą młodemu pokoleniu postawił „The Economist. „Redakcja stwierdza wręcz, że młodzi «chcą dzisiaj po prostu darmowych pieniędzy od miliarderów»” – pisze. I wyciąga wnioski: „Redystrybucyjne – mylnie określane socjalistycznymi – oczekiwania najmłodszych wyborców można oczywiście redukować do memów i opowieści o darmozjadach. Ale można też zrozumieć, że obecna demokracja ignoruje istnienie tej grupy społecznej”.

Zapraszam do czytania wszystkich tekstów w nowym numerze,

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”