Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Putinada] Poczucie, że...

[Putinada] Poczucie, że robisz to, co trzeba

Z Dmitrijem Krajuchinem rozmawia Martyna Kwiatkowska

O trudnej pracy obrońcy praw człowieka w Rosji, w szczególności na ziemi orłowskiej – z Dmitrijem Krajuchinem rozmawia Martyna Kwiatkowska.

Мartyna Kwiatkowska: Znalazłam informację, że w latach 70. pracował pan w fabryce, następnie w Stowarzyszeniu Historyczno-Archiwalnym, a na początku lat 90. został obrońcą praw człowieka. Proszę powiedzieć, jak wyglądała pana droga jako działacza na rzecz praw człowieka?

Dmitrij Krajuchin: Było to znacznie bardziej skomplikowane i interesujące. Jeśli użyjemy współczesnej terminologii, pierwszą strukturą obywatelsko-społeczną, w której uczestniczyłem był klub „Łąki Bieżyńskie”. Jest to tytuł opowiadania Iwana Turgieniewa, naszego krajana. Klub został utworzony na samym początku lat 70. przy gazecie „Orłowskij Komsomolec”. Należała do niego młodzież – głównie studencka – z miasta Orzeł. W naszym kręgu towarzyskim w dobrym tonie była umiejętność żonglowania słowem, dawania szybkich i ciętych odpowiedzi, doboru celnych i żartobliwych argumentów. Pewnego razu miała miejsce dość niejednoznaczna i zabawna sytuacja. Był w naszej paczce kolega, który od dzieciństwa marzył o pracy w KGB. Cóż, ludzie mają rozmaite marzenia i radości. Nota bene ukończył on instytut KGB, pracował w służbach bezpieczeństwa i do dziś tym właśnie się zajmuje, bodajże w Kazachstanie. Dostał powołanie do wojska. Korespondował stamtąd ze swoją dziewczyną i pewnego dnia napisał jej, że przeczytał w czasopiśmie „Ogoniok” wspaniałą historię. Opowiadanie nosiło tytuł „Poza regułami gry”. Fabuła była następująca: do KGB przychodzi telegrafistka z informacją, że był u niej jakiś dziwny człowiek, który chciał nadać telegram następującej treści: „Gniazdo wpadło… szybko chowajcie zabawki w sadzie”. Czekiści – starzy wyjadacze – w lot zorientowali się, że to szpieg przesyła taką wywiadowczą informację drugiemu. Po przeczytaniu tego opowiadania nie bardzo wiedzieliśmy jak zareagować – śmiać się czy płakać nad tym, że Siergiej zachwyca się takimi rzeczami. Wymyśliliśmy więc trzeci wariant – postanowiliśmy sprawdzić sami, czy uda nam się wysłać taki telegram. Proszę sobie wyobrazić sytuację: mniej więcej północ, na poczcie otwierają się drzwi, wchodzi troje młodych ludzi – dwóch chłopaków z włosami sięgającymi do ramion (w latach 70. nosiłem, jak przystało na prawdziwego hipisa, bardzo długie włosy) i dziewczyna. Byliśmy w długich czarnych skórzanych płaszczach, jeszcze z „lend-leasu”, podchodzimy do okienka, ja zakładam na oczach telegrafistki rękawiczki, biorę w nich blankiet telegramu i piszę adres jednej z naszych koleżanek oraz treść: „Gniazdo wpadło. STOP. Szybko chowajcie zabawki. STOP. Heep, Gościówa, Pastor”. Każde z nas miało swoje przezwisko. Oddajemy telegram. Telegrafistka przeczytała tekst, zrobiła wielkie oczy i mówi: „Nie rozumiem co tu jest napisane”. „Miasto Orzeł, ulica Komsomolskaja…”. „Nie, nie, adres rozumiem – mówi – ale tekst … «Gniazdo wpadło… Szybko chowajcie zabawki» – co to ma być?”. „A to, że gniazdo wpadło i trzeba pilnie chować broń, szyfrogramy…”. Ona patrzy z jeszcze większym przestrachem – a gdzie jest podpis? „No tu jest: En Je Je Er [zapisane cyrylicą wygląda jak: Hеер – przyp. tłum.], Gościówa, Pastor”. „Co to takiego ten «НЕЕР»? Nie znam takiego imienia, nie przyjmę telegramu”. „Dobrze – odpowiadam – w takim razie poproszę o książkę skarg”. „Mogę przyjąć, jeśli kierowniczka zezwoli”. „W takim razie proszę ją zawołać”. Kobieta wyszła, po chwili wraca i mówi, żeby zaczekać. Mówię znajomym, że zaraz nas zgarną. W zasadzie byliśmy na to przygotowani, mieliśmy w kieszeni numer pisma, aby w razie czego powiedzieć, że żartowaliśmy sobie tylko i dlatego chcieliśmy nadać ten telegram. Po chwili na biurku telegrafistki dzwoni telefon, kobieta podnosi słuchawkę: „Tak… tak… nie… nie… Dwóch chłopaków i dziewczyna… nie… nie… Rosjanie… dobrze…”. I Przyjmuje telegram. Najśmieszniejsze było to, że telegram został nawet doręczony. Ale oczywiście takie rzeczy w tamtym czasie nie mogły nie zainteresować służb bezpieczeństwa i zaczęto nas śledzić. Jednego z naszych kolegów – Saszę, wezwano na przesłuchanie. Wówczas w naszym środowisku wybuchła wielka panika. Irka, czyli dziewczyna, z która byliśmy na poczcie, przez całą noc paliła w piecyku kuchenki gazowej wydawnictwa samizdatowe. Ja miałem mnóstwo mikrofilmów z literaturą drugiego obiegu. Schowałem je do dużego słoika po majonezie, zakręciłem, omotałem taśmą izolacyjną, żeby woda nie dostała się do środka i zakopałem pod krzakiem bzu, zresztą jakieś sto metrów od budynku KGB. Mówiąc w skrócie: spanikowaliśmy. Tym niemniej, stąd wzięło się w jakimś stopniu moje zamiłowanie do tego, co dziś nazywamy „aktywizmem obywatelskim”. Następnie, w połowie lat 80., był Klub Miłośników Fantastyki „Astron”. Chodzi o to, że literatura fantastyczna była w owym czasie zgoła odmienna niż obecnie, ponieważ autorzy science fiction mówili nie o jakiejś dalekiej przyszłości, ale metaforycznie ukazywali teraźniejszość. Weźmy na przykład Stanisława Lema, który w „Solaris” mówi o nas, o współczesnych. „Solaris” jest wieczny, ponieważ mówi o nas uniwersalnie, przekracza ograniczenia czasu. I jeszcze Strugaccy czy Bradbury… Właśnie dlatego ruch Klubów Miłośników Fantastyki od początku wywoływał niepokój wśród władz, a następnie został zakazany. W 1987 r. wydano rozporządzenie KC KPZR o Klubach Miłośników Fantastyki, na mocy którego działalność wszystkich klubów w kraju została zakazana. Z drugiej strony lokalnie rozumiano głupotę tej decyzji i u nas, w miejskim komitecie Komsomołu w Orle – również. Nasz Klub działał w jakimś stopniu pod egidą komitetu Komsomołu. Powiedziano nam: słuchajcie, kontynuujcie waszą działalność, ale nie powinniście organizować żadnych publicznych imprez (a dotychczas prowadziliśmy otwarte dyskusje, odbywały się spektakle, konkursy, festiwale) i zmieńcie nazwę Klubu. Mniej więcej przez dwa lata działaliśmy jako Klub Rozmów „W Kręgu Przyjaciół”. A pod koniec lat 80. – kiedy przyszła demokratyzacja, głasnost’, pieriestrojka – i wszyscy zrozumieli, że ten nakaz był zupełnie głupi. W rezultacie Kluby zostały ponownie zalegalizowane i otrzymały status osoby prawnej. Rozpoczęliśmy działalność wydawniczą, staliśmy się jednostką w strukturze orłowskiego miejskiego komitetu Komsomołu. I jeszcze jedna zabawna historia z działalności Klubu „Astron”. Koniec lat 80. to najbardziej aktywne stadium pierestrojki. Nasz Klub Miłośników Fantastyki nie mógł nie włączyć się w te aktywne demokratyczne przemiany. Kiedy w 1989 r. odbywały się wybory deputowanych ludowych Rady Najwyższej ZSRR, Klub skierował swoich obserwatorów, zgodnie z ustawą, do komisji wyborczych, co było dla członków tych komisji szokiem. W okresie postsowieckim kontynuowałem działalność w sferze aktywności obywatelskiej. Byłem jednym z inicjatorów przywrócenia działalności Orłowskiego Cerkiewnego Stowarzyszenia Historyczno-Archeologicznego (ta organizacja krajoznawcza działała w Orle do lat 20. XX w.). Właśnie w tym okresie przełomu lat 80. i 90. zacząłem zajmować się prawami człowieka. Zasadniczo nie walczyłem z władzą sowiecką, nie rozmyślałem nad tym do końca lat 80., chociaż paradoksalnie właśnie w latach 70. kiełkowało we mnie poczucie, że człowiek powinien być wolny, niezależny, powinien sam rozumieć, co się dokoła niego dzieje, samodzielnie oceniać i nie wierzyć nikomu, żadnym autorytetom. Autorytety mogą występować ewentualnie jako głos doradczy. Nic ponad to. W połowie lat 90. założyliśmy organizację pozarządową Instytut Problemów Społecznych „Wspólna Europa”. Powiem szczerze – powstała ona zupełnie przypadkowo. Jeden z naszych kolegów przeczytał w gazecie ogłoszenie o konkursie grantowym organizowanym przez fundację George’a Sorosa, do udziału w którym konieczne było posiadanie organizacji pozarządowej. Postanowiliśmy więc założyć organizację, aby dostać pieniądze, coś tam pożytecznego zrobić, wydać je i zamknąć temat. Organizacja miała być krótkoterminowym, ale dobrze zorganizowanym projektem. I nagle – po rozpoczęciu pracy – zrozumieliśmy, jak niezwykle ciekawa to działalność. Jak bardzo jest ważna dla nas samych. Zaczęliśmy działać właśnie jako organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka. Oto czym się trudnię do dzisiaj. Co prawda dwa lata temu Instytut Spraw Społecznych został zamknięty z jednego prostego powodu: obecnie czasy dla organizacji pozarządowych są bardzo trudne, a ponadto – póki co można jeszcze w Rosji działać bez powoływania osoby prawnej.

Proszę powiedzieć, czego obecnie dotyczą trudności w działaniu organizacji pozarządowych w Rosji?

W 2000 r. prezydentem Rosji został Władimir Putin. W 2002 r. nagle postanowił zorganizować Forum Obywatelskie. O ile mi wiadomo, spin doktorzy z jego otoczenia liczyli na to, że oto zostaną zebrane organizacje społeczne, które będą dyskutować, jak wszystko jest wspaniale, jakiego mądrego mamy prezydenta i jak bardzo go lubimy. Ale od początku wszystko ułożyło się inaczej. Po pierwsze, organizacje oświadczyły, że wbrew wszelkim biurokratycznym standardom Putin nie może otwierać tego wydarzenia. Będzie on po prostu jednym z prelegentów. To było szokiem. Co więcej, w ostatniej chwili władze powzięły próbę odsunięcia Ludmiły Aleksiejewej od oficjalnego otwarcia Forum. Powiedziano jej, że zaszła pomyłka, że otwierać będzie jednak Putin. „Dobrze – odpowiedziała Ludmiła Aleksiejewa – jeśli nie jestem potrzebna, jadę do domu, życzę wszystkiego dobrego”. Wtedy ocknęli się: „Nie, nie, źle nas pani zrozumiała. Proszę sobie otwierać”. Kolejny twardy warunek – uzgodniono, że nie powinien być grany hymn Rosji. A to z tego powodu, że dla wielu NGO to nie jest hymn współczesnej Rosji, tylko ZSRR, więc ludzie nie wstaną – i będzie skandal. W rezultacie została zawarta ugoda – wybrano utwór „Weźmy się więc za ręce przyjaciele, żeby nie zginąć w samotności”. Był to hymn inteligencji lat 70. i 80. I, po trzecie – część osób nie wstało podczas wejścia Putina. I on nie był w stanie tego wybaczyć tej zbiorowości. Już wówczas, ponad 10 lat temu, rozpoczęło się ciche, systematyczne niszczenie prawdziwych struktur społeczeństwa obywatelskiego. Najpierw realnie działające organizacje pozarządowe próbowano zastąpić GONGO [„Organizowanymi przez Państwo Organizacjami Pozarządowymi” – przyp. tłum.]. Następnie, kiedy to się nie udało, próbowano inaczej. Problem polega na tym, że mimo wszystko nie udało się stworzyć w Rosji czegoś w rodzaju idei narodowej. Była próba stworzenia jej namiastki na bazie prawosławia. I ta próba się nie powiodła. Rosyjska Cerkiew Prawosławna nie zdobyła autorytetu, na który liczyła, nawet mając wsparcie władzy. Trzeba było szukać dalej. Inną sprawą jest, że – na szczęście lub na nieszczęście – na krótki czas znaleziono wyjście. Ogłoszono, że Rosja podnosi się z kolan i zaczęto prowadzić hurraoptymistyczną propagandę. Wielu moich ukraińskich przyjaciół nie może w ogóle zrozumieć, co się dzieje, dlaczego ich znajomi z Rosji postrzegają w taki, a nie inny sposób.

Strugaccy napisali powieść „Przenicowany Świat”. Fabuła jest taka: mieszkaniec Ziemi ląduje na pewnej planecie, gdzie żyją ludzie tacy jak my, ale nie może zrozumieć, co się tam dzieje. W tym kraju większość mieszkańców całkowicie popiera wszystkie zjawiska, istnieje jednak niewielka grupa „odszczepieńców”, którzy się na to nie godzą, nie popierają stanowiska władz. Następnie okazuje się, że ten wszechobecny patriotyzm ma sztuczny charakter. W całym kraju są rozmieszczone wieże, które, zgodnie z oficjalną wersją, mają chronić przed najazdami, a w rzeczywistości jest to system do powszechnego prania mózgów. Jednak „odszczepieńcy” nie są podatni na jego działanie. Rok temu przyszła mi do głowy taka myśl, że ja czuję się, jak taki odszczepieniec w kraju, gdzie wieże pracują pełną parą. Każdego dnia Kanał 1 opowiada, co się wyprawia na Ukrainie. O tym, że „pacyfikatorzy”, którzy wdarli się na wschodnią Ukrainę zabijają każdego, kto tylko wpadnie im w ręce. Dorwą dziecko – krzyżują je na tablicy ogłoszeniowej. Co więcej, każdemu z „pacyfikatorów” obiecują działkę i dwóch niewolników za udział w „działaniach pacyfikacyjnych”. Naprawdę nie przesadzam, szczerze mówiąc, właśnie to jest najstraszniejsze, że ja nie przesadzam. Opowieści o ukrzyżowanym chłopcu, o dwóch niewolnikach i działce – to wszystko nadaje najważniejszy kanał telewizyjny w Rosji – Kanał 1! Specjalnie przywołałem najjaskrawsze przykłady. O zabójstwach, rozstrzeliwaniu mówią codziennie. To działa na ludzi. Jeżdżę tramwajami, trolejbusami, marszrutkami i czuję: ludzie są szczerze przekonani, że tak jest w rzeczywistości i że Zachód skonsolidował się wokół jednego, jedynego celu – zniszczenia Rosji, naszego uświęconego mocarstwa. A Rosja wstaje z kolan, żeby uchronić się przed tym zniszczeniem. To, co ma miejsce w Rosji, w jakimś stopniu przypomina lata 30. w Niemczech. Właśnie na tym kontraście – że oto byliście poniżani, a teraz podnosicie się z kolan – wyrósł Adolf Hitler. Dokładnie takie są obecnie nastroje w rosyjskim społeczeństwie. Niezależne organizacje pozarządowe, jako komórki społeczeństwa obywatelskiego, przeszkadzają. Chodzi o to, że nieuchronnie zbiorą się w nich ludzie, którzy, po pierwsze – są w stanie samodzielnie myśleć, a po drugie – są gotowi przejąć w pewnym stopniu odpowiedzialność za zmianę sytuacji w konkretnej sferze, na przykład pomocy dzieciom, uchodźcom, pomocy więźniom, czyli wykonanie zadań, które państwo pierwotnie bierze na siebie. Miałem okazję bywać w Polsce i na Ukrainie. W czym według mnie tkwi różnica między statystycznym Rosjaninem a Ukraińcem, a tym bardziej Polakiem? W tym, że Rosjanie w znacznie większym stopniu liczą na to, że państwo rozwiąże za nich wszelkie problemy. W Rosji bardzo silne są nastroje paternalistyczne, nadzieje na „dobrego pana”, na to, że ten dobry władca przyjdzie i wszystko załatwi. Tak jak niegdyś, w 1905 r., podczas Krwawej Niedzieli, robotnicy w Petersburgu szli w stronę Pałacu z pełnym przekonaniem, że cara dobrodzieja oszukują generałowie, tak teraz dokładnie to samo uczucie towarzyszy większości obywateli. Oczywiście, oni dostrzegają, że władza jest skorumpowana, że na wszystkich poziomach, wszędzie siedzą łapownicy. Obywatele są jednak przekonani o absolutnej uczciwości Putina. To ci oszuści przeszkadzają uczciwemu do granic świętości Putinowi w tworzeniu tego dobra, którego potrzebujemy. A organizacje pozarządowe… One mówią: niech będzie nawet dobry Putin i zły gubernator, ale my tu, na poziomie lokalnym jesteśmy gotowi walczyć o zmiany na lepsze, choćby w niewielkim zakresie naszej działalności. I właśnie dlatego obecnie organizacjom w Rosji zaczęto aktywnie przeszkadzać i stały się one „grupą ryzyka”. Władza widzi w nich nie oponentów, ale przeciwników, a nawet wrogów.

W 2002 r. Władimir Putin postanowił zorganizować Forum Obywatelskie. Spin doktorzy z jego otoczenia liczyli na to, że organizacje społeczne będą dyskutować o geniuszu prezydenta. Jednak od początku wszystko ułożyło się inaczej.

Dmitrij Krajuchin

Jakimi projektami kieruje pan obecnie, w jakich bierze pan udział?

Wspominałem wcześniej, że w 1989 r. nasz Klub Miłośników Fantastyki po raz pierwszy wziął udział w monitoringu wyborów. Do dziś prowadzimy misję obserwacyjną podczas głosowania i jest to jeden z kierunków mojej działalności. W połowie listopada odbyły się u nas wybory nowego gubernatora, podczas których byłem koordynatorem Komitetu Inicjatyw Obywatelskich ds. obserwacji ich przebiegu w obwodzie orłowskim z ramienia Fundacji Kudrina. Obecnie śledzimy przebieg wyborów samorządowych, choć jest to trudne i problematyczne. Ponadto jestem regionalnym koordynatorem projektu ruchu Za Prawa Człowieka „Społeczny rzecznik” ds. obrony praw indywidualnych obywateli. Zupełnie niedawno spotkałem człowieka, którego przyjęto do pracy, przepracował pół roku i nie dostał wynagrodzenia. Przygotowałem pozew do sądu i będę reprezentował jego interesy. Jedną z ważnych sfer mojej działalności jest obrona dziennikarzy. Ich działalność bywa dla wielu bardzo niewygodna, czego skutkiem są ciągłe pozwy przeciwko gazetom. Obecnie występuję jako pełnomocnik orłowskiej gazety „Krótki wers”. Dopiero co, dosłownie miesiąc temu, zakończyła się sprawa przeciwko gazecie „Argumenty i fakty – Orzeł”. Wygraliśmy. Trzy czy cztery miesiące temu byłem pełnomocnikiem komunistycznej gazety „Orłowska Iskra”, którą podano do sądu. Tu także wygrałem. Przy okazji chciałem powiedzieć, że moje stanowisko jest bardzo proste – dziennikarze to nasi partnerzy strategiczni, niezależnie od ich poglądów politycznych. Chociaż ja, nie będę ukrywał, nie tylko nie jestem zwolennikiem ideologii komunistycznej, ale więcej – jestem jej przeciwnikiem. Mimo to wiele razy reprezentowałem przed sądami interesy komunistycznej gazety „Orłowska Iskra”, którą pozywają przedstawiciele władzy i partii Jedna Rosja. Obecnie wspólnie z moim przyjacielem dziennikarzem Władimirem Panfiłowym stworzyliśmy regionalny projekt Forum Obywatelskie. Prowadzimy niezależną stronę internetową, gdzie przedstawiamy informacje alternatywne wobec państwowych, nie zawsze korzystne dla władzy. Podam przykład: niedawno ujawniliśmy informację, że pierwszy zastępca gubernatora obwodu orłowskiego obronił doktorat, który w rzeczywistości był plagiatem. Wybuchł skandal. Mamy jeszcze jeden pomysł, który – mam nadzieję – zrealizujemy w najbliższym czasie. Chodzi o to, że niedawno w obwodzie orłowskim zlikwidowano bezpośrednie wybory szefa samorządu terytorialnego.

Dotyczy to tylko waszego obwodu, czy całej Rosji?

Dotyczy to wielu regionów, to tendencja widoczna w całej Rosji, obwód orłowski był pierwszy. W Orle przyjęto poprawki do ustawy, mimo że ustawodawstwo federalne póki co daje jeszcze obywatelom możliwość bezpośredniego wybierania kierującego samorządem terytorialnym. W Orle tego nie ma i my żądamy przywrócenia wyborów. Planujemy zbiórkę podpisów, aby przywrócić powszechne wybory osoby stojącej na czele samorządu terytorialnego – mera miasta Orzeł.

Pod pana adresem są kierowane liczne groźby, w tym również od lokalnych „naszystów”, w 2013 r. został pan pobity. Proszę powiedzieć, od której spośród lokalnych służb otrzymał pan w tych sprawach pomoc?

Jeśli chodzi o pobicie – kiedy zostałem zaatakowany w zeszłym roku przez byłego aktywistę prokremlowskiego ruchu Nasi, byłego kierownika jego regionalnego oddziału, którego zresztą wyrzucili głównie przeze mnie – to tu chciałbym oddać władzom sprawiedliwość. Policja szybko wszczęła postępowanie karne, prokuratura obwodu objęła sprawę swoim nadzorem. Inna sprawa, że ja, kiedy napastnik przyszedł z oficjalnymi, pisemnymi przeprosinami – przyjąłem je i uznałem, że mogę mu wybaczyć. Organy ścigania wykonały swoje zadanie i doprowadziły postęowanie do etapu sądowego.

Po jednej z podobnych spraw Amnesty International przeprowadziła akcję wsparcia dla pana, prawda?

Nie dotyczyło to akurat tej wyżej opisanej sytuacji. Amnesty International przeprowadziła nawet dwie akcje w mojej sprawie. Pierwsza miała miejsce w 2004 r., wówczas występowałem w charakterze świadka w sprawie karnej przeciwko aktywistom nacjonalistycznej organizacji Rosyjskiej Jedności Narodowej. Byłem świadkiem i rozumiałem, że może to być groźne dla mnie i dla mojej rodziny, dlatego poprosiłem, aby nie ujawniano moich danych osobowych. Sąd postąpił następująco – wezwali mnie na salę sądową, gdzie siedziało kilkudziesięciu młodych ludzi w czarnych strojach, z naszywkami radykalnej organizacji – Rosyjskiej Jedności Narodowej. Sędzia powiedział: „Teraz będziemy przesłuchiwać Dmitrija Aleksandrowicza Krajuchina, zamieszkałego pod adresem takim i takim, który zwrócił się z prośbą, aby nie ujawniać adresu jego zamieszkania. Jak Państwo myślą, czy należy utajnić informację o jego adresie zamieszkania?”. „Nie, nie – powiedzieli przedstawiciele oskarżonych – nie uważamy tego za konieczne”. Sąd stwierdził: „Biorąc pod uwagę głosy stron, sąd uważa, że nie trzeba utajniać tego adresu”. Zacząłem więc dostawać groźby, a na jednej z nacjonalistycznych stron internetowych był zamieszczony mój adres z informacją, że te dane zostały już przekazane snajperowi. Dlatego, gdy napisała o tym Anna Politkowska, dali mi ochronę na pół roku. W 2008 r., w maju, na moim domu pojawiły się napisy zawierające groźby. Zawiadomiłem milicję, jednak ta nie zareagowała. Na początku sierpnia 2008 r. rozlano pod moimi drzwiami łatwopalną ciecz i podpalono. Ani mnie, ani mojej żony w domu wtedy nie było. Pracowaliśmy wtedy w obwodzie riazańskim jako trenerzy na obozie dla młodzieży Obywatel świata. W domu znajdowała się natomiast moja 83-letnia mama, moja córka i 6-letnia wnuczka. Mieliśmy szczęście. Moja mama, a było około pierwszej w nocy, nie spała, późno zasypiała. Kiedy spod drzwi buchnął ogień, szybko chlusnęła wiadrem wody i wezwała straż pożarną. Jeśli by spała, drewniane drzwi zapaliłyby się, a ponieważ mieszkamy na 4. piętrze, nie byłoby jak się wydostać. Mogły zginąć. Po powrocie złożyłem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, ponieważ przez dwa tygodnie nikt nawet nie zareagował. Składam wniosek, a oni mi odmawiają przyjęcia, mówiąc, że spłonął tylko chodniczek pod drzwiami, więc nie ma żadnych podstaw, aby wszcząć postępowanie. Zapomniałem powiedzieć, że w pierwszej sytuacji, po artykule Anny Politkowskiej, Amnesty International przeprowadziła duża akcję wsparcia –  ludzie z Europy, Ameryki i Azji pisali listy z żądaniem wszczęcia sprawy karnej oraz ze słowami wsparcia dla naszych działań. Są nawet fotografie z angielskiego miasta Sheffield, gdzie pikietowano podczas spotkania ministrów sprawiedliwości, również z plakatami w mojej sprawie. Po próbie podpalenia mojego mieszkania Amnesty International przeprowadziła drugą akcję i dopiero wtedy wszczęto postępowanie karne. Co prawda skończyło się niczym – nikt niczego nie szukał, nie sprawdzał. Sprawa została umorzona, jak to oficjalnie formułują organy śledcze: „z powodu nie ujawnienia osób podlegających odpowiedzialności karnej”.

Po każdej akcji otrzymywał pan pocztówki, prawda?

Tak. I szczerze mówiąc, byłem pod wielkim wrażeniem. Do tej pory przechowuję kilka pudełek kart pocztowych. To szalenie pozytywna sprawa, dająca poczucie, że robisz to, co trzeba. Ludzie z wielu krajów kierujący słowa otuchy i dobra. To niesamowite doświadczenie dobroci. W moim przypadku zadziwiające – bo zupełnie nieoczekiwane. Daje to ogromny impuls, aby pracować dalej. Rozumiesz, że to, czym się zajmujesz jest ważne i potrzebne.

Wspomniał pan, że bywał w Polsce. Proszę powiedzieć o pańskim doświadczeniu we współpracy z polskimi organizacjami pozarządowymi.

Niestety, doświadczenie jest niewielkie. Byłem dwa razy w Polsce – raz w Krakowie oraz rok temu we Wrocławiu. Kiedy patrzyłem na to jak działają polskie organizacje – w pozytywnym stopniu im zazdrościłem. Wtedy – niestety – nie znaleźliśmy wspólnych pomysłów na działania. Jednak podpatrzyłem u kolegów z Polski wiele metod pracy, które wykorzystuje w swojej praktyce. Co więcej, kontakty z pozarządowymi organizacjami na Ukrainie, które wcześniej mieliśmy, ustały. Z winy Rosji. Jeśli jeszcze kilka lat temu Ukraińcy i Rosjanie odbierali się wzajemnie jako bratnie narody, to dziś stosunki między naszymi narodami zostały zepsute – zdecydowanie i na długi czas.

Dzisiejsza Rosja w jakimś stopniu przypomina lata 30. w Niemczech. Dokładnie takie są obecnie nastroje w rosyjskim społeczeństwie.

Dmitrij Krajuchin

Jak wobec tego powinno się rozłożyć akcenty we współpracy pomiędzy naszymi trzema krajami – Rosją, Ukrainą i Polską?

Nie mogę mówić o akcentach między Polską i Ukrainą. Niestety, obecnie stosunki Rosji z całym światem są bardzo trudne. Społeczeństwo w Rosji, w przeważającej części, uważa, że cały świat nas nienawidzi i pragnie naszego upadku. Większość obywateli jest przekonanych, że Rosja powinna iść szczególną drogą, właściwą tylko jej, nie bacząc na nikogo, w tym na Europę, a podstawowe kryteria praw człowieka oraz zasady społeczeństwa obywatelskiego Rosji nie są potrzebne, a możliwe, że nawet szkodzą. Myślę, że moje nadrzędne zadanie, a z wykształcenia jestem reżyserem, dlatego bardzo często używam reżyserskiej metody, polega na pomocy mojemu krajowi, ponieważ nie jesteśmy enklawą, nie możemy kisić się we własnym sosie, a jesteśmy mieszkańcami jednej maleńkiej planety, na której są ludzie różniący się kolorem skóry, językiem, mieszkający w różnych krajach, ale wszyscy są LUDŹMI. I każdy z tych ludzi chce być szczęśliwy, chce by jego dzieci żyły w szczęściu, żeby jego rodzina żyła w dostatku, żeby na jego głowę nie spadały bomby i pociski; rozumie, że jego kraj nie może być źródłem spadających bomb i pocisków. To moje zadanie, zadanie moich przyjaciół i współpracowników. Niestety, właśnie ze względu na to, że obecnie nasz kraj wybrał drogę samoizolacji jest mi bardzo trudno liczyć na czyjąkolwiek pomoc spoza Rosji, chociaż oczywiście za każdą bylibyśmy wdzięczni. Trudno mi o tym mówić. Często o tym myślę, ale póki co po prostu nie wiem, jak dalej będzie rozwijać się sytuacja w moim kraju. Teraz wrócę do roku 2004. Anna Politkowska, która robiła ze mną wywiad, zapytała, czy nie chcę wyjechać z Rosji. Chodziło o to, że w tamtym czasie angielska Amnesty International, zaproponowała mi przeprowadzkę do Wielkiej Brytanii. Odpowiedziałem, że nie chcę, ponieważ tu jest mój kraj i wyjeżdżając oddałbym go obce ręce. A ja nie chcę nikomu oddawać mojego kraju, ponieważ jest on mój.

Powiedział pan, że są różne pomysły, zadania, ale najważniejsze, żeby współpracować. Gdzie teraz poszukiwać partnerów, gdzie się spotkać, aby lepiej się wzajemnie poznać?

Nie wiem. To jedno z tych pytań, na które nie znam odpowiedzi. Obecnie Rosja coraz bardziej się zamyka, w tym również zamykają się możliwości spotkań z partnerami i kolegami mającymi podobne poglądy z innych krajów. Na przykład: dosłownie miesiąc temu w Petersburgu zostali zatrzymani dziennikarze, nie pamiętam z jakiego kraju, tylko za to, że wystąpili na jakimś seminarium czy okrągłym stole zorganizowanym przez rosyjskich dziennikarzy. Latem sam uczestniczyłem w seminarium dla aktywistów Stowarzyszenia „Głos”. Jest to rosyjska organizacja pozarządowa prowadząca monitoring wyborów, z powodu której tak naprawdę została przyjęta w Rosji ustawa o zagranicznych agentach. Brało w nim udział też kilku przedstawicieli litewskich organizacji pozarządowych. Ich również zatrzymano i deportowano z Rosji. Dlatego trudno mi sobie wyobrazić możliwość przeprowadzenia spotkań w Rosji. Nie widzę również możliwości ich przeprowadzenia na Ukrainie, dlatego że tam panuje podobna histeria. Na przykład moja żona, która jechała jako międzynarodowy obserwator na Ukrainę, aby obserwować wybory do Rady Najwyższej, została wraz z dwudziestoma swoimi kolegami zatrzymana i deportowana. Tam jest podobna sytuacja. Z radością przyjechałbym do Polski. Do tej pory byłem u was dwa razy. Pierwszy – na samym początku lat dwutysięcznych, przyjechałem na zaproszenie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka na świetne wykłady, które prowadził Marek Nowicki. Obecnie, niestety, jest według mnie jeszcze zbyt wcześnie, aby organizować spotkania, ponieważ Rosja znajduje się w sytuacji absolutnej niestabilności, trzeba poczekać pół roku, a przynajmniej 2–3 miesiące.

A jakie tematy wspólne z Polską mógłby pan wymienić? Co byłoby dla pana interesujące?

Według mnie pierwsza rzeczą, którą należy omówić podczas spotkania, są w ogóle możliwości, perspektywy i drogi współdziałania. Nie konkretne projekty, a właśnie określenie dróg. Dziś najważniejsze, co muszą zrozumieć pozarządowcy z tych trzech krajów – Polski, Ukrainy i Rosji i może jeszcze Białorusi oraz krajów bałtyckich – to jaką drogą możemy wyjść sobie naprzeciw. I w jakim kierunku wspólnie podążać dalej.

Bardzo dziękuję za ciekawą rozmowę.

Współpraca: Magdalena Przeor.

Wywiad został przygotowany w ramach projektu „Polsko-rosyjskie inicjatywy pozarządowe” realizowanego przez Fundację Edukacja dla Demokracji w partnerstwie  z Moskiewską Szkołą Edukacji Obywatelskiej i współfinansowanego przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu „Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2014”.

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

SKOMENTUJ

Nr 311

(51/2014)
27 grudnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail