Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Opisać nienawiść totalną....

Opisać nienawiść totalną. O „Opowiadaniach” Zdzisława Beksińskiego

Błażej Popławski

Jakie uczucia towarzyszą wyjmowaniu mózgu nieboszczyka ze słoja pełnego formaliny? Cóż, muszą być one zbliżone do wrażenia, jakie zostawia po sobie lektura opowiadań Zdzisława Beksińskiego.

beksinski_opowiadania_okladka

Wizje malarskie Beksińskiego większość z nas pociągają i przerażają jednocześnie. „Połączenie obrzydzenia ze strachem” gwarantować powinno – co zapewne potwierdzą specjaliści do spraw marketingu politycznego – sukces i sławę. Otwierając „Opowiadania” Beksińskiego, przeczuwamy, że czeka nas mroczna podróż w głąb psychiki peryferyjnego szaleńca – tudzież: liźnięcie geniuszu artysty rangi światowej.

Iluzja eksperymentów

Prawdopodobnie większość odbiorców opowiadań instynktownie założy, że pisanie było dla Beksińskiego jedynie wypełnieniem czasu wolnego, co najwyżej uzupełnieniem dzieł malarskich, komentarzem, w którym mógł rozwijać życiowe dewizy. Osoby trochę lepiej znające biografię sanoczanina przypuszczalnie będą doszukiwać się w tekstach odniesień do fotografii Mistrza, a nawet kryptoscenariuszy filmowych, które także były jego pasjami.

Jednego możemy być pewni: Beksiński nie stronił od eksperymentów. Długo poszukiwał swojej artystycznej drogi. Błądził i odnajdywał się, uprawiając różne dziedziny sztuki. Pisarstwo traktował jako jedną z nich – w pełni autonomiczną, pod każdym względem równą innym. W pewnym momencie – konkretnie na przełomie 1963 i 1964 r. – to obrazy czy zdjęcia pełniły funkcję wizualnych didaskaliów. Proza odgrywała wówczas w twórczości Beksińskiego rolę głównego środka wyrazu artystycznego, będąc zarazem najskuteczniejszym narzędziem autoterapii, porządkowania prywatnego życia.

Bo jakżeby inaczej określić pisanie do szuflady, wkładanie ogromu pracy ze świadomością, że efekty działania prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego? Beksiński pisał dużo i namiętnie, ale wspominał o tym niechętnie i nielicznym. Owszem, jego bliscy wiedzieli o nowym hobby. Być może – zdania biografów Beksińskiego są co do tego podzielone – czytał im na głos wszystkie swoje opowiadania, dyskutował o nich. Trudno to stwierdzić, skoro nie mamy pewności, czy część dzieł nie skończyła zwyczajnie jako podpałka do ogniska. A takie rozwiązanie dziwić nas specjalnie nie powinno.

Meandry perfekcjonizmu

Staraniem wydawnictwa Bosz, równo w dekadę od śmierci Zdzisława Beksińskiego na polski rynek trafił prawdziwy rocznicowy rarytas. I to znakomicie przygotowany. Zbiór 25 opowiadań opatrzony krótkim wstępem Wiesława Banacha oraz rozbudowanym posłowiem autorstwa Tomasza Chomiszczaka przedstawia się naprawdę imponująco. Wstęp Banacha – dyrektora Muzeum Historycznego w Sanoku, dokąd trafiła spuścizna po Beksińskim – ma charakter kurtuazyjnego zaproszenia dla nieśmiałych czytelników. Za to posłowie Chomiszczaka to już stricte naukowy, erudycyjny esej popełniony przez literaturoznawcę, skrupulatnie wyłuskującego z tekstów Beksińskiego ideowe inspiracje.

Co więcej, w książce znajdują się skany mało znanych szkiców Beksińskiego oraz maszynopisy jego opowiadań. Grafiki są oszczędne, sprawiają wrażenie niedokończonych. Miłośników obrazów olejnych Beksińskiego owe skromne rysunki prawdopodobnie nie urzekną – mimo to warto przyjrzeć się im dokładnie, zestawiając z dziełami malarskimi z początku lat 60. Artysta, jak widać, zawsze miał wiele twarzy…

Z kolei z pozoru karkołomny pomysł, by w książce umieścić zeskanowane strony maszynopisu rzadko kiedy wyjmowane z teczek w archiwum sanockiego Muzeum Historycznego, okazał się strzałem w dziesiątkę! Surowe grafiki grafikami – ale pisarskie wypociny Beksińskiego z mozołem wystukiwane na maszynie, wielokroć pokreślone, pozamazywane, pełne przeróbek i złośliwych uwag na marginesie, uzmysławiają kontekst powstania utworów. Unaoczniają żywotność i pasję artysty, człowieka niezwykle autokrytycznego, do końca poszukującego swojej tożsamości – tak artystycznej, jak i prywatnej (por. recenzję biografii Beksińskich – ojca i syna na łamach „Kultury Liberalnej”).

Kolejne, zwykle kilku-, kilkunastostronicowe teksty wciągają czytelnika. Te same fragmenty u jednych wywołają zapewne gorzkie łzy, u innych perlisty śmiech. Taka jest właśnie twórczość Beksińskiego: przesycona ciągami znaczeń, gęsta od nich i toksyczna, a przez to polisemantyczna.

Co ciekawe, artysta często nie kończył swoich opowiadań. Urywał je, by z czasem do nich wrócić, albo – celowo – pozostawiał niedomknięte drzwi dla potencjalnych interpretatorów. Symptomatyczne, że część tekstów pozbawiona była tytułów.

Wszystkie utwory utrzymane są w onirycznej estetyce. Czasem jej cechą jest kostium marzenia sennego, z którego siłą wybudzają nas ostatnie akapity i biel czystej kartki poniżej. Konwencja oniryczna Beksińskiego często bywa jednak anatomią koszmaru, z którego chcemy się czym prędzej przebudzić. Potwierdza to w jednym z opowiadań sam artysta, ironicznie pisząc: „w centrali rozdziału snów dokonano zasadniczej pomyłki w adresowaniu towaru”.
Perwersyjnie wciągnięci w grę z pisarzem, szybko gubimy się na bezdrożach stworzonego przez niego świata, odnajdujemy się z przestrachem w następnym jego opowiadaniu i ponownie tracimy kontakt z główną narracją. Do sedna wiedzie wiele dróg – przekonuje Beksiński – każda kolejna bardziej bagnista i pokrętna.

Na miejscu straceń

Schulz, Kafka, Dostojewski, Beckett, Camus? Który z nich najsilniej odcisnął swoje piętno na pisarstwie Beksińskiego? Sanocki artysta tworzy swoje makabryczne wizje z literackim smakiem, wyczuciem i pokorą, której zabrakło im wszystkich z osobna.

O czym tak naprawdę pisze Beksiński? O tożsamości, przemijaniu, tajemnicy bytu – odpowiedź ta, zapewne słuszna, niewiele wyjaśnia. Beksiński nie kreuje świata przesadnie zintelektualizowanego. Nie roztrząsa dylematów egzystencjalnych. Mozolnie przedziera się za to przez surrealistyczną codzienność, wydobywając z niej te elementy, które posiadają najsilniejszy ładunek emocjonalny, które budzą gniew i pozwalają się nim delektować.

Przestrzeń w opowiadaniach Beksińskiego jest zawsze dokładnie wytyczona, precyzyjnie wykadrowana. Każdy detal ma w niej ściśle określony sens. Opisywane terytoria przypominają doskonały, symetryczny pod każdym względem labirynt, który skrywa drzemiący pod nim chaos. Przestrzeni w tekstach Beksińskiego nie da się określać ani miarą odległości, ani miarą czasu, ponieważ… „nieznany jest czas pokonywania odległości”.

Miasta Beksińskiego są wypełnione przez puste budynki z klaustrofobicznymi pomieszczeniami. W jego utworach każdy gmach jest jakąś instytucją – zwykle totalną. Część budowli przypomina szpitale psychiatryczne, więzienia, lochy, cmentarze, miejsca straceń. Upiorne domy posiadają bramy, przez które nie da się wyjść, okna, które zasłonięte są ciężkimi zasłonami i chronione masywnymi kratami. Czy to parabola systemu totalitarnego? Antymilitarna utopia? Być może. Skoro w dzisiejszych czasach nawet bajki dla dzieci bywają odczytywane w kontekście propagandy wyborczej, to i Beksińskiego, który porównuje pająka do „atomowego słońca nad centrum Hiroszimy”, dałoby się zapewne uczynić apostołem demokracji, czemu nie!

Na koniec kluczowe pytanie: kim są bohaterowie opowiadań? Dyskretnie na nich zerkamy, jak aktorzy na manekiny porozrzucane przez choreografa. Łączymy strumienie myśli obserwowanych postaci w spójne całości: tutaj szczypta „podszytej seksualnością ciekawości śmierci”, obok odrobina „masochistycznej rozkoszy bezpośredniego zetknięcia z destrukcją przemijania”, na koniec „tęsknota za utraconym dzieciństwem, które zakopane zostało wraz ze zwłokami psa”…

Ludzie w tekstach Beksińskiego poruszają się na granicy snu i jawy. Są anonimowym tłumem zuniformizowanych samotników. Drepczą w malignie, balansując między abstrakcyjnymi światami. W korowodzie tym zostaje także uwięziony narrator. Co chwilę zamienia się miejscem z opisywanym obiektem. Przedmiot staje się pełnym świętości podmiotem, peryferie perfidnie przeistaczają się w groteskowe centrum. Jak pisał artysta: „Nie odbijamy się w gigantycznym lustrze. Stawia nas to w sytuacji przedmiotów, stanów czy zdarzeń zignorowanych przez mechanizm bunkra, niedostrzeganych przez olbrzymie oko, niepercypowanych przez wielki mózg”. Tylko to zagwarantować może „opisanie nienawiści totalnej”, a następnie wyzwolenie z niej, do czego tak uparcie dąży Beksiński.

 

Książka:

Zdzisław Beksiński, „Opowiadania”, oprac. Tomasz Chomiszczak, Wyd. Bosz, Olszanica 2015.

SKOMENTUJ

Nr 339

(27/2015)
7 lipca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail