Anna Cieplak na Galapagos, fot. archiwum prywatne

Anna Cieplak tym razem zabiera nas nieco dalej niż na Śląsk, bo aż do Ekwadoru. Główna bohaterka Alicja wyrusza tam ze swoją pasierbicą Leną, by poznać ludzi i miejsca, gdzie ważne są słowa takie jak: wspólnota, troska, relacje. 

W „Istotach zależnych”, które premierę mają 26 sierpnia w Wydawnictwie Poznańskim, autorka porusza tematy, począwszy od globalnego ocieplenia, niszczenia planety przez biznes, po wojny gangów oraz walkę klas, i zadaje pytania dotyczące tego, czym jest dzisiaj macierzyństwo i rodzina z wyboru. O jej najnowszej powieści rozmawiam z Anną Cieplak.

Sylwia Góra: Przenosisz fabułę swojej najnowszej książki na drugi koniec świata, choć dotąd osadzałaś je na Śląsku. Czy chciałaś wyjść z szufladki „śląska pisarka”? 

Anna Cieplak: Nie, jestem autorką, która w ogóle nie boi się szufladek. Byłam już „pisarką od młodzieży”, „dziewczyną z sąsiedztwa”, „pisarką zaangażowaną”, „pisarką millenialsów”, „pisarką od wykluczonych”, „śląską pisarką”. Ostatnio nawet dostałam zaproszenie na festiwal zgodnie z określeniem „pisarka spoza centrum” [śmiech]. 

Etykiety nie wpływają ani na mnie, ani na to, że idę za jakimiś tematami. Kiedy decyduję się o czymś pisać, to raczej z przyczyn intuicyjnych. Może powinnam to zacząć nazywać losem, nie wiem. Coś po prostu mnie woła, uruchamia moją wyobraźnię. I do tej pory moja intuicja i wyobraźnia widocznie mieszkały w przestrzeni zagłębiowsko-śląskiej. Tym razem poleciały ze mną na drugą stronę świata.

„Istoty zależne” przyszły do mnie z pewnym opóźnieniem, ale pracowały we mnie długo. W momencie, kiedy byłam w Ekwadorze w 2023 roku, który znalazł się w książce, nie robiłam żadnych notatek terenowych. Nie miałam w ogóle założenia, że ta książka powstanie. Po prostu tam byłam, słuchałam, obserwowałam. Mogłam kontynuować rozmowę ze znajomymi z Ekwadoru, którzy później przylecieli na Śląsk. Te poszukiwania rozciągnęły się na trzy lata. Siłą rzeczy wszystko to, co zobaczyłam i przeżyłam, przeczytałam i usłyszałam, zaczęło we mnie pracować. I złączyło się z moimi najbardziej bolesnymi i radosnymi przemyśleniami z tamtego czasu. 

Dotarło do mnie, że bez tego nowego miejsca do pewnych przemyśleń bym nie dotarła. 

Nigdzie tak wyraźnie nie zobaczyłam, co oznacza wspólne; jak współcześnie budujemy relacje, ale także – czym w tych nowych relacjach jest zależność, troska i praca emocjonalna. 

Na razie to, co mówię, brzmi bardziej reportażowo czy eseistycznie, ale zbudowałam z tego fabułę.

Chciałam, żeby powieść była kameralna na poziomie budowania relacji, emocji, życia wewnętrznego, ale z drugiej strony chciałam napisać książkę pełną życia i splotów zdarzeń, która ma swoje unikalne uniwersum, symbole, miejsca. 

Stereotypowo wciąż mówi się, że mężczyźni piszą powieści z rozmachem – o ważnych wydarzeniach politycznych i procesach społecznych, o wojnach, kartelach i tak dalej, a kobiety kameralną – o codzienności. Po czasie wydaje mi się, że chyba chciałam, nie wiem czy świadomie, czy też nie, przełamać to i wykorzystać oba te rodzaje pisania. To znaczy, pisząc, dotknąć jakiejś głębi i delikatności człowieka, z drugiej – zobaczyć je na planie procesów zbiorowych, które w czasie umiejscowienia fabuły „Istot zależnych” były w Guayaquil bardzo intensywne ze względu na sytuację polityczną tego państwa. 

I to jest jedna zmiana, o której powiedziałaś, ale mam wrażenie, że w „Istotach zależnych” zmienił się także język, którym dotąd pisałaś. I jest też może mniej uchwytna zmiana związana z dojrzewaniem bohaterek. W twoich poprzednich powieściach bohaterki i bohaterowie ciągle poszukiwali, miotali się, a tutaj tę dojrzałość odnajdują, osadzają się w niej.

Moje bohaterki i bohaterowie pokazują całe spektrum dorosłości. Bo przecież nie oznacza ona raz zamkniętej postawy, ale cechuje się bezustanną potencjalnością, otwartością. Dojrzałość jest momentem, kiedy potrafisz już nazwać rzeczy, masz coś uświadomione, ale równocześnie jesteś otwarta na nowe. Osobiście myślę o tym stanie z jakimś rodzajem zgody na ciszę, zdrową łagodność. 

I dla mnie najciekawszy w wymyślaniu tych postaci był właśnie moment takiego określenia, co się z nami dzieje, gdy już dojrzeją. Z pewnym zdziwieniem odkryłam, że to też może być pewien początek i że w życiu mamy ich bardzo wiele. Oczywiście jeśli wciąż chcemy być otwarci na świat, drugiego człowieka, własne przemiany.

Mówię tu przede wszystkim o Alicji, głównej bohaterce, polskiej podcasterce, ale de facto można też tak myśleć o Clarze, bohaterce z Ekwadoru, która jest też w momencie przejścia, tylko zupełnie innego. 

Miałam również poczucie, że chcę mocniej popracować w języku, żeby po pierwsze móc głębiej i precyzyjniej wyrazić pewne doświadczenia – mam na myśli relację Alicji i Leny, a z drugiej strony, żeby lepiej zrozumieć perspektywę południowoamerykańską, która pojawia się przy okazji postaci Mathíasa, Domeniki czy Clary. Zależało mi na większej melodyjności języka, zwłaszcza fragmentów pisanych z perspektywy hiszpańskojęzycznych bohaterów.

Pisałam tę książkę trzy lata nie tylko ze względu na tło i uniwersum świata, ale też ze względu na próbę uchwycenia przemiany emocjonalnej, którą było mi trudno nazwać. 

I ta powieść mocno się zmieniała pod tym kątem w trakcie pisania. Główna bohaterka, Alicja, także się w tym czasie zmieniała w fabule, bo na początku była budowana na zupełnie innych emocjach i doświadczeniach. I wydaje mi się, że być może to też ma jakieś odzwierciedlenie w kontekście głównego procesu, który przechodzi ta bohaterka – czyli tego, że z osoby, która całe życie budowała rodzinę i swoją relację na zewnątrz, w kontekście innych ludzi, zaczyna patrzeć do wewnątrz. Jeszcze mocniej wpuszczać to środka to doświadczenie: rozumieć je i szanować jako pełnoprawną część życia. 

Pisząc tę powieść, zastanawiałam się sporo, co to właściwie oznacza w kraju, gdzie często, mówiąc o tożsamości, musisz mieć bardzo wyraźną metkę i gdzie twoja dojrzałość jest zdefiniowana przez rolę, jaką pełnisz w społeczeństwie. Często narzuconą płciowo. Na przykład, wchodząc w rolę matki, która trzyma pod sercem dziewięć miesięcy dziecko, rodzi je, otacza troską. Ale czy faktycznie bycie rodzicem biologicznym zawsze oznacza, że jesteś dojrzałym człowiekiem? Czy nie możesz się nim stać też w inny sposób? I w tym kontekście pytania o dojrzałość pojawiają się w „Istotach zależnych”.

Element dorastania, dojrzewania jest obecny także poprzez postać Leny, która wyrusza do Ekwadoru razem z Alicją. Te bohaterki pozwoliły mi zrozumieć, że relacje nie zawsze służą do tego, żeby je nazywać raz na zawsze. Możemy być dla siebie po czasie kimś innym.

Interesowało mnie, jak zmieniło się pojęcie rodziny, relacji przyjacielskich, jak się zmieniamy w skali mikro i jako społeczeństwo. I czy towarzyszy temu jakaś dojrzałość, czyli gotowość na niepewność i godne radzenie sobie z przeciwnościami życia. 

To zawsze było dla mnie ważne, ale przy tej książce poczułam w tym temacie pewną jasność.

Niedawno brałam udział w spotkaniu autorskim, gdzie mój kolega pisarz powiedział, że całe życie był skupiony na życiu wewnętrznym i teraz odkrywa życie zewnętrzne. Ja miałam przez większość życia na odwrót, mnie interesowało wszystko, co społeczne. Jakiś czas temu doszłam do momentu, w którym wydaje mi się, że to się nie wyklucza. W tym sensie sama czuję się istotą zależną. 

W „Istotach zależnych” jest bardzo wiele tematów, ale chciałabym się jednak zatrzymać na tym, że również w tej powieści mamy wątek bardzo ważny dla twojego pisania, czyli wrażliwość społeczną. Zawsze zwracałaś uwagę na nierówności, które utrudniały start i tutaj też z tego nie rezygnujesz. Najlepiej widać to na przykładzie bohaterki z Ekwadoru – Clary. 

Tak, w nierównościach, które brzmią jako słowa strasznie płasko, jest bardzo duża złożoność i różnorodność. W kontekście Clary – pochodzącej z Duran równolatki Alicji – stoi za tym bardzo wiele doświadczeń i bardzo wiele możliwości, a także niemożliwości manewru. 

Kiedy pojechaliśmy w 2023 roku do Guayaquil, widziałam, jak można pomagać zmniejszać te nierówności w sposób podmiotowy. Nie chcę tego romantyzować, mówię, jak to widziałam także jako działaczka społeczna i obserwatorka. Przy pisaniu „Istot zależnych” odkryłam, że świat ma jeszcze więcej mroku, niż myślałam, a może sama go unikałam – nawet będąc blisko trudnych doświadczeń: przemocy, krzywdzenia dzieci. To przerażające doświadczenie musiałam ułożyć sobie i w głowie, i w fabule. Wróciłam do czytania „Świetlistej republiki” Andrésa Barby, później do książek Fernandy Melchor. Czytałam je, myśląc o własnych doświadczeniach z pracy terenowej. 

Kiedy jechaliśmy do Ekwadoru, nie miałam aż tak głębokiej świadomości, jak wiele młodych ludzi w sytuacji bez wyjścia jest tam werbowanych do karteli. To są jeszcze dzieci. 

Wstrząsnęła mną sprawa nagłośniona przez lokalnych dziennikarzy z Guayaquil o aulas criminales, czyli szkołach przestępczych. Dzieci trafiają tam już od dwunastego roku życia i gangi uczą je strzelać, handlować narkotykami, porywać. Oczywiście w Polsce mamy dzieci żyjące na ulicy i dzieci krzywdzone przed dorosłych, sama dobrze to wiesz, ale mimo wszystko, myśląc o dzieciach, chcemy dać im prawo do dzieciństwa. W Guayaquil próbują to robić liczne organizacje i uniwersytet pracujący w terenie. Miałam poczucie, że kartele w Ekwadorze tak naprawdę porywają dzieci w ciemność. Zostają po nich puste rodziny i komuny. 

„Istoty zależne” to powieść, a więc fikcja, ale pojawiają się w niej prawdziwe instytucje, na przykład Universidad de las Artes z Guayaquil. Rozmowy z badaczami, animatorami pracującymi z komunami stamtąd, ich więź terenowa z ludźmi wykluczonymi, pozwalają wyobrazić sobie, że nawet w naprawdę bardzo trudnych sytuacjach da się budować wspólnotę. I znowu, zaznaczę, nie romantyzuję tego. To jest codzienne doświadczenie życia, ale i metodologia. Praca społeczna, ale też emocje.

Miałam poczucie, że to jest taki kawałek świata, który chcę przywieźć ze sobą do Polski, bo u nas mnóstwo NGO-sów próbuje przeciwdziałać nierównościom, ale zupełnie inaczej, a moglibyśmy się od Ekwadoru sporo nauczyć. Wydaje mi się, że pomoc budowana instytucjonalnie jest o wiele silniejsza, pomimo tego, że kraj jest w o wiele trudniejszej sytuacji politycznej i ekonomicznej.

Mamy zatem Alicję, która jest podcasterką i właśnie po to przyjeżdża do Ekwadoru – żeby zobaczyć, jak działa praca ze wspólnotą, kolektywem, czym są „miejsca troski”, ale chce sobie odpowiedzieć także, dzięki tej podróży, na własne wątpliwości, pytania. 

Tak, i właśnie tutaj chciałam też poruszyć temat pułapki romantyzowania odległych miejsc. Kobieta ze wschodniej Europy, która leci do Ameryki Południowej, żeby zobaczyć, jak działają komuny, brzmi już na starcie jak coś, co będzie nosiło stygmat pewnej stereotypizacji. Ale to, co w tej historii istotne, to że ona zaczyna się od dosyć specyficznego punktu – od tego, że do Polski w ramach projektu akademickiego przyleciał badacz z Ekwadoru. 

On i Alicja poznali się pod Bielskiem-Białą, gdzie ludzie z Kolumbii byli wykorzystywani na polach truskawek do, nazwijmy to wprost, niewolniczej pracy. I akurat to jest wątek, który miał miejsce w rzeczywistości. Alicja leci do Ekwadoru, idąc za impulsem, który narodził się podczas tego spotkania. Leci do komuny matek, które tracą dzieci werbowane przez kartele takie jak Los Lobos czy Los Choneros.

W Ameryce Południowej wspólnoty zwykło nazywać się po prostu komunami, choć w Polsce ta nazwa źle się kojarzy. Takie komuny znajdują się w różnych miejscach, czy to na wyspie Puna, gdzie żyją poławiacze skorupiaków, w Guayaquil, gdzie Fundacja Karibu razem z UARTES pracuje z czarnymi Afroekwadorczykami, na Galapagos, gdzie działa Klub Przyjaciół Żółwia, w którym dzieci od najmłodszych lat są uczone opieki nad żółwiem, którą sprawują przez siedem lat. 

Ekwador jest krajem, który uznaje Pachamamę, czyli Matkę Naturę, za istotę, więc jest ona chroniona o wiele lepiej niż w Polsce, jest to bowiem zapisane w ich konstytucji. 

Ale nawet to nie gwarantuje, że te prawa są przestrzegane. Na przykład w jednym z miast w Amazonii, musiało się odbyć specjalne referendum, czy zachować lasy, które były tam masowo wycinane. Ludzie zagłosowali za ich ochroną, ale to pokazuje, że o pewne rzeczy trzeba wciąż walczyć, że to nie jest dane raz na zawsze, nawet jak masz to zapisane w konstytucji. 

Podobnie jest z walką o budowanie i utrzymywanie wspólnot, które, powiedzmy sobie szczerze, nie muszą być żadną utopią, jeżeli dostrzeżemy w nich zdrowe rysy charakterystyczne dla instytucji oddolnych. Pokazują to poszukiwania głównej bohaterki, Alicji, która słyszy też o cieniach wspólnotowości.

No i sam tytuł twojej książki można czytać wielowymiarowo, w tym sensie, że ma on w sobie tę rysę, o której mówisz. W zasadzie wszyscy jesteśmy istotami zależnymi – zależnymi od siebie wzajemnie na różnych poziomach, ale w twojej powieści wybrzmiewa też zależność słabszych od silniejszych w kontekście politycznym czy społecznym. 

Mam wrażenie, że właśnie ten mały fragment książki, o tej mięciutkiej władzy troski, pisałam trzy lata – o tym, że troska może być też rewersem soft power.

Często myśląc o władzy, myślimy o przemocy bezpośredniej i nagim życiu, a de facto można przecież zbudować bardzo silną negatywną zależność w delikatny sposób – budując swoją sprawczość na tym, że inni ludzie są od nas zależni. 

I mam na myśli nie tylko dzieci, zwierzęta i osoby słabsze, ale coś manipulacyjnego w całym obszarze troski i pracy emocjonalnej. Dlatego myśląc o zależności, starałam się ją zobaczyć bardzo szeroko.

Zależność może być czymś dobrym – w końcu żyjemy w czasach, kiedy bardzo dużo mówi się o indywidualizmie, niezależności, o tym, że trzeba dbać o siebie, że sukces jest możliwy tylko w ten sposób. Z drugiej strony, jest coraz więcej narracji, że zależność może być też jakąś siłą. Przemówiło do mnie mocno pojęcie „siatki asekuracyjnej” z książki Agaty Sikory „Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi”. Jest mi to bliskie, sama tak żyję – z innymi ludźmi i istotami. Widzę, jak ta siatka asekuracyjna pomaga w chwilach rozpaczy i kryzysów.

Przyglądasz się jednak bardzo konkretnej relacji, zależności: macocha–pasierbica. I to jest ciekawe o tyle, że mamy w kulturze sporo wizerunków macochy, począwszy od bajek i baśni, choćby „Kopciuszek” czy „Śpiąca Królewna”, gdzie macocha jest zawsze tą złą. I mimo że to jest naprawdę wielki temat, to mam poczucie, że wciąż jest niewykorzystany w literaturze. Chodzi mi o to, że nikt nigdy nie przyjrzał się na tyle blisko tym relacjom, żeby spróbować je odczarować.

Wydaje mi się, że z jednej strony trochę się to zmieniło na poziomie popkultury – o macosze czy ojczymie mówi się więcej, co jest dosyć oczywiste ze względu na to, że jednak życie się zmienia i ciężko jest udawać, że cały czas żyjemy w tych samych modelach, ale równocześnie mam wrażenie, że z jakiegoś powodu niewiele osób chce w to wchodzić głębiej. 

Napisałam o tej relacji, bo znam wiele osób – kobiet i mężczyzn – którzy w takich rodzinach są i wydaje mi się, że nie rozmawiamy właśnie o tej roli. 

O ile rola matki jest zdefiniowana na bardzo wiele sposobów i literatura w Polsce bardzo mocno ten temat przerobiła, zwłaszcza relacje matka–córka, to relacje macocha–pasierbica, już nie. 

W książce bohaterki celowo nie nazywają siebie w taki sposób, żeby pozwolić sobie na budowanie relacji na tyle autentycznie, żeby nie trzeba było tych metek używać. Zwłaszcza że ich relacja jest bardzo specyficzna, bo Alicja i Lena już od wielu lat ze sobą nie żyją. To nie jest rodzina patchworkowa i dziewczyny po prostu wyjeżdżają razem na Galapagos. Ich motywacje, pamięć i doświadczenia są jednak zupełnie różne. Rozmawiamy o sytuacji, w której kiedyś były rodziną, a dziś już nie są. Ale czy faktycznie nie są? Kim zatem się stały? 

Takich rodzin jest w Polsce bardzo wiele. Jeżeli masz dziecko z partnerem i się rozstajecie, to dalej jesteś jego matką, a jeżeli byłaś z kimś przez lata, ale nie jesteś biologiczną matką dziecka, i się rozstajecie, to kim wtedy dla tego dziecka jesteś – byłą macochą? I w tym znaczeniu to mnie szalenie interesowało, szczególnie że równolegle patrzę na to, jak alternatywnie tworzą się rodziny również na poziomie adopcji.

Co się dzieje z osobą, która wchodzi w rolę matki adopcyjnej, tej, która nie ma biologicznego dziecka, ale próbuje z nim zbudować więź na zupełnie innych zasadach? I to w zupełnie inny sposób niż kultowo jesteśmy przyzwyczajeni. Nierzadko również w relacji z zawodową rodziną zastępczą, która zajmowała się dzieckiem do czasu decyzji sądu. 

I w tym kontekście adopcyjnym pojawia się w powieści piękne zdanie, że to „dziecko gdzieś na bohaterkę czeka”.

Sama, doświadczając procesu adopcyjnego, zadawałam sobie takie pytania i kiedy na początku słyszałam od ludzi, którzy byli wcześniej w procesie adopcji, że znaleźli swoje dziecko, to miałam poczucie dziwności. Jacyś nawiedzeni ludzie, co oni w ogóle mówią? Przecież adopcja to nie magia, tylko proces pełen niewiadomych i wiedzy – uczenia się otwartości, przygotowania na trud związanych z brakiem stabilności więzi, przemocą, radzenia sobie z odrzuceniem przez dziecko, podążania za nim, wychodzeniem z nim z ciemności. Kiedy zaczynaliśmy kurs adopcyjny, chciałam być po prostu matką dla dziecka, które potrzebuje rodzica. Jednak w trakcie tego procesu zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie jest w tym jakiś rodzaj odnajdywania się. 

Oczywiście nie każdy tak czuje przy pierwszym spotkaniu z dzieckiem czy po telefonie z ośrodka. Relacji nie buduje się na zachwycie i euforii, tylko cierpliwości, trosce, zaufaniu, bezpieczeństwie. I to przy pomocy całej sieci instytucji łączących dziecko z nowym rodzicem. Jednak poczucie, że czasami spotykamy się z kimś inną drogą niż ta biologiczna, pozwoliło mi „przemienić cały ból w wyjście awaryjne”, jak pisze Amina Elmi. Stało się dla mnie klarowne, że drogi są różne i życie polega na tym, żeby wybrać nadzieję. Dlatego książkę zadedykowałam „dzieciom spod słońca, dzieciom z ciemności”.

Alicja jest postacią skonstruowaną także z moich doświadczeń. Skoro wszystko przychodzi z zewnątrz, to czemu i to – macierzyństwo – miałoby nie przyjść właśnie tak? To oznacza, że

relacje nie muszą się opierać na bardzo schematycznym modelu biologicznym. Wychowywanie jest przecież w całości czynnością społeczną i kulturową, której dokonują ciotki, wujkowie, przyjaciele, otoczenie. 

A w przypadku dzieci adopcyjnych rola cioci czy wujka jest nie do przecenienia, bo często te ciotki i wujkowie sprawiają, że dzieci mają jakąkolwiek szansę na lepsze życie. Przez pierwsze miesiące czy lata życia, dzieci w pieczy zastępczej nie mają rodziców, tylko obcych, którzy stają się dla nich figurą troski, pozostającą z nimi, w ciele, na resztę życia. Pierwsze dwa lata życia kształtują bowiem w dziecku więź lub jej brak.

To jest także ta niewidzialno-opiekuńcza praca kobiet, która kształtuje przyszłość ludzi skazanych na bardzo trudny start.

W kontekście adopcji wpadasz też oczywiście w kolejną łatwą kliszę – tej wspaniałej osoby, która odważyła się szlachetnie wejść w rolę rodzica, co jest zupełnie innym doświadczeniem, jeżeli realnie to przeżywasz. Ale społecznie uważa się, że jako matka adopcyjna na pewno nigdy nie popełnisz błędu, jesteś samarytanką, bo przecież szlachetnie zdecydowałaś się jakiemuś dziecku pomóc. Ludzie gratulują ci odwagi, jakby odwagą było otwarcie się na drugiego człowieka. 

To jest też książka pełna nadziei i wiary w rodzinę z wyboru. I to jest coś, co jest nam bliskie pod każdą szerokością geograficzną, ale nie chciałabym jednak uciekać od Ekwadoru jako takiego. Musiałaś, jak już trochę wspomniałaś, zrobić naprawdę duży research, aby uzyskać wrażenie realności tego miejsca, które mamy jako czytelniczki i czytelnicy „Istot zależnych”.

No tak, spędziłam w Ekwadorze półtora miesiąca i dalej jestem w kontakcie z ludźmi stamtąd, którym dziękuję również pod koniec książki, bo dzięki nim miałam możliwość wejścia do tego świata. Niedługo badacze, artystki i animatorzy z Guayaquil znowu przylecą do Polski. Uda nam się ponownie spotkać przy dużym projekcie o marzeniach, który rozwijał się od 2020 roku, a w tym roku – dzięki mojemu mężowi i więzi Polska–Ekwador, która powstała gdzieś pomiędzy – okazało się, że przez najbliższe cztery lata będziemy znowu działać razem. 

Oczywiście nie mówię, że wiem tyle, co lokalsi, ale chciałam zbudować świat wiarygodny na każdym poziomie i pomagały mi w tym rozmowy z ludźmi z Ekwadoru, ale także poszukiwanie różnych materiałów: książek, muzyki, poezji, sztuki. Czytając literaturę, poznając sztukę z tej części świata, widzę tam specyficzny sznyt językowy, ale też pewne postawy wobec świata, które splatają się z kulturą życia codziennego. 

„Istoty zależne” zaczynają się zresztą od porwania, które wydarzyło się naprawdę. Uświadomiłam sobie, że de facto cała książka i ta główna linia, która ją spina, jest o tym, że wszyscy doświadczamy niepokoju, strachu: o dziecko, o własne życie i on w jednych miejscach jest bardziej namacalny, bo mamy stan wojny karteli i państwa, a w innym jest bardziej rozmyty, bo rozbija się na przykład o to, że często tracimy siebie nawzajem przy rozstaniach. Znikamy za życia. Niezależnie od tego te więzi coś zostawiają, czegoś uczą. 

I fakt, że wróciliśmy z Ekwadoru dosłownie chwilę przed tym, gdy ogłoszono tam stan wyjątkowy, zaraz po ucieczce Fito z więzienia, też znalazł się w książce. Nie umiałam o tym zapomnieć. 

Bardzo często jesteśmy skupieni na wielkich sprawach politycznych, a nie dostrzegamy tych małych polityk, życia codziennego i tego, że w momencie kryzysu potrafimy się jednak zjednoczyć i działać wspólnie. 

Powiązania między ludźmi są czasami o wiele większe niż nam się wydaje. Tak naprawdę mamy za sobą mnóstwo punktów wspólnych i te zagrożenia czy niepokój mogłyby nas łączyć, ale równocześnie tak samo mogą nas łączyć wszelkie próby radzenia sobie z tym niepokojem, kryzysem, bólem i lękiem, które są właściwie stałym stanem życia w świecie. To jest nasze „tu i teraz”. Musimy w nim budować więzi i szukać nowych sposobów pielęgnowania ich na miarę chaosu. 

Książka:

Anna Cieplak, „Istoty zależne”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026.