
Chimamanda Ngozi Adichie wraca z nową powieścią „Bilans snów”, w której splatają się losy czterech bohaterek: Chiamaki – nigeryjskiej pisarki mieszkającej w Ameryce, Zikory – jej przyjaciółki-prawniczki, Omelogor – odnoszącej sukcesy finansistki, oraz Kadiatou – matki, która walczy o lepszą przyszłość dla swojej córki. To opowieść o przyjaźni i siostrzeństwie w praktyce. O najnowszej książce nigeryjskiej pisarki, a także o kultowej „Amerykaanie”, która została wydana przez Filię w nowym tłumaczeniu, rozmawiam z tłumaczką obu tytułów – Kają Gucio.
Sylwia Góra: Spotykamy się, aby porozmawiać o najnowszej powieści Adichie „Bilans snów”, ale zacznijmy od innego tytułu. W Polsce autorka tak naprawdę stała się popularna za sprawą swojej powieści „Amerykaana”, którą niedawno przetłumaczyłaś na nowo dla wydawnictwa Filia. Miałaś więc okazję przeczytać ją „na świeżo”. Jak myślisz, czemu akurat ta powieść okazała się tak popularna w Polsce?
Kaja Gucio: Myślę, że ta powieść jest bardzo uniwersalna. Po pierwsze, z czysto ludzkiego względu, bo to historia o dwojgu ludzi, którzy się odnajdują i gubią. Tak naprawdę w końcu zapomina się o tym, że pochodzą z Nigerii, a nie na przykład z Warszawy czy Nowego Jorku. To jest przede wszystkim doświadczenie migranckie. I wydaje mi się, że zwłaszcza kilkanaście lat temu „Amerykaana” tak mocno rezonowała, bo to był czas wejścia Polski do Unii Europejskiej. Kilka milionów Polaków ruszyło za granicę i miało osobiste doświadczenie emigracji – swojej lub kogoś z rodziny czy przyjaciół.
Adichie świetnie oddała też poczucie obcości i dysonansu: z jednej strony zachwyt, z drugiej strony lęk, desperacja, to że musisz sobie na nowo zbudować gdzieś życie. Musisz się na nowo nauczyć, co i jak się je, gdzie się chodzi, jak się funkcjonuje.
Jesteś dzieckiem w trochę jednak wrogim świecie. Nawet jeśli nie wprost wrogim, to przynajmniej obcym czy na tyle nieznanym, że jednak nieco przerażającym. A przed wejściem Polski do Unii Europejskiej nieobce nam były także doświadczenia przebywania gdzieś nielegalnie, jak w przypadku bohaterki powieści, kiedy każdy mundur może oznaczać potencjalne zagrożenie, powrót i zakazu ponownego wjazdu.
Budujesz swoje nowe życie z ogromnym wysiłkiem, ale w każdej chwili to wszystko może się posypać, wracasz i masz jeszcze mniej niż przed wyjazdem. I to jest też polskie doświadczenie w Wielkiej Brytanii. Dokładnie do tego samego Londynu, w takich samych warunkach i na takich samych zasadach jak bohaterka „Amerykaany”, jeździło mnóstwo ludzi. I to jest tak uniwersalne, tak powszechne i tak ludzkie, że czytelniczki i czytelnicy przyjęli te doświadczenia bohaterki jako swoje.

Bez wątpienia „Amerykaana” przyniosła Adichie status gwiazdy literackiej, a na najnowszą powieść „Bilans snów” kazała nam naprawdę długo czekać, ale przez te naście lat jednak nie milczała. Książka „Wszyscy powinniśmy być feministami” i jej wystąpienie TEDx z 2012 roku w związku z nią, stało się hitem i zostało wykorzystane przez Beyoncé w piosence „Flawless”, a słowa z niego znalazły się na koszulce Diora.
A potem przyszedł 2017 rok i jej słynne słowa w wywiadzie dla Channel 4 News, kiedy zapytano ją, czy kobieta transpłciowa jest „mniej prawdziwą kobietą”. Adichie odpowiedziała: „Kobieta trans to kobieta trans. Myślę, że cały problem płci na świecie dotyczy naszych doświadczeń. Nie chodzi o to, jak nosimy włosy ani czy mamy pochwę czy penisa. Chodzi o to, jak świat nas traktuje, i myślę, że jeśli przez życie żyłeś jako mężczyzna z przywilejami, które świat przyznaje mężczyznom, a potem zmienisz płeć, trudno mi zaakceptować, że możemy wtedy porównać twoje doświadczenie z doświadczeniem kobiety, która od początku żyła jako kobieta i nie miała tych przywilejów, które mają mężczyźni”. I ta wypowiedź spotkała się z ogromnym ostracyzmem środowiska. Odwoływano jej spotkania, wykłady, telewizyjne wizyty itp.
Obserwowałam na bieżąco tę sytuację. Nie chcę jej bronić, bo uważam, że to, co powiedziała, się nie broni. Natomiast myślę, że niesprawiedliwością wobec niej było stawienie jej w jednym szeregu na przykład z J.K. Rowling, która robi rzeczy paskudne, napastliwe, wykluczające.
Nie zgadzam się z Adichie, ale rozumiem, skąd to przekonanie, przynajmniej części środowisk feministycznych. Ona jest z pokolenia, które przeżyło taką walkę, o jakiej obecnym dwudziestolatkom nawet się nie śniło. Kobiety były pozbawione rozmaitych możliwości i rozumiem, dlaczego można dojść do wniosku, że trans kobiety, które przynajmniej przez jakiś czas, w dzieciństwie czy młodości, korzystały z pewnych opcji niedostępnych kobietom cis, mają za sobą inną historię.
Ja tak rozumiem jej wypowiedź. I nie znalazłam nigdzie jej napastliwych, wykluczających, transfobicznych wypowiedzi. Ona się potem próbowała z tego tłumaczyć, ale im mocniej to robiła, tym bardziej oskarżano ją o bycie terfką.
Czy słusznie tak ostro zareagowano właśnie w tym przypadku? Wydaje mi się, że z jednej strony faktycznie była to bardzo ostra reakcja, ale z drugiej, nawet jeżeli odwołano jakieś spotkania z nią, to mogło to być także takie zdrowe ostrzeżenie: zanim coś powiesz, zastanów się nad tym, kogo twoje słowa mogą skrzywdzić, bo korzystasz, mimo wszystko, z masy przywilejów.
Wydaje mi się, że jednak na dłuższą metę nie spotkało jej nic niesprawiedliwego. Odzew był w zasadzie usprawiedliwiony i być może Adichie wyszła na dobre taka „lekcja”, że „tu jest granica” i że trzeba, zwłaszcza na forum publicznym, dobrze przemyśleć, co się mówi.

Mówiąc o przywilejach, bardzo sprawnie przejdziemy do najnowszej powieści Adichie „Bilans snów”. Akcja toczy się głównie w USA i Nigerii, porusza temat doświadczeń migrantów, amerykanizacji języka i myślenia i przedstawia cztery bohaterki. Jednak aż o trzech można powiedzieć, że są one, mimo wszystko, właśnie uprzywilejowane.
Tak, to prawda, ale Adichie wciąż jest mistrzynią pisania o emocjach i relacjach. W powieści są więc elementy biografii każdej z czterech różnych kobiet, z czego trzy rzeczywiście są, mimo wszystko, bardzo do siebie podobne. Czy może lepiej powiedzieć, że zakres wyborów, które mają, jest do siebie podobny.
Czwarta od samego początku ma przed sobą więcej zamkniętych niż otwartych drzwi. I o ile wszystkie się do jakiegoś stopnia spotykają ze stereotypami – czy to rasowymi, czy ze względu na to, że są kobietami, to jednak nie ma porównania.
Choć oczywiście w przypadku wszystkich czterech bohaterek można mówić o uniwersalnych przeżyciach. „Bilans snów” to jest chyba jedna z pierwszych powieści, czy w ogóle tekstów kultury, które opisują doświadczenie pandemii. I to jest coś bardzo uniwersalnego, bo większość z nas pamięta, że wszystko odbywało się na Zoomie i to, że czasem, kiedy rozmawiało się o różnych ważnych sprawach, nagle zawieszało się połączenie.
Ta powieść pokazuje nam też, jak wiele mamy przed-sądów, kiedy tylko pojawia się nazwa jakiegokolwiek afrykańskiego kraju, czy też w ogóle bardzo często nawet się nie pojawia, bo Afryka funkcjonuje w świadomości ludzi Zachodu jak monolit. Mimo że jest to ogromny kontynent, bardzo zróżnicowany, z ogromną historią, bogactwem kultury, a także konfliktów, to ciągle wrzucamy wszystko do jednego worka. Słyszymy: Afryka, myślimy: bieda, wykluczenie, rasizm. Adichie świetnie to pokazuje.
Jeśli bohaterka jest z Nigerii, to musi być z nizin społecznych, a tymczasem ona bardzo umiejętnie odwraca tę sytuację i pokazuje, że nigeryjskie społeczeństwo składa się także z uprzywilejowanych, bardzo zamożnych osób.
No właśnie, jedna z bohaterek, Chiamaka, dużo podróżuje do bardzo drogich, ekskluzywnych miejsc. Pisze recenzje z tych miejsc i marzy o wydaniu książki z opowieściami ze swoich podróży.
Tak, Chiamaka odwraca wyobrażenie o biednej globtroterce z plecakiem. Recenzuje hotele i restauracje, często z gwiazdkami Michelin. Szukając wydawcy dla książki, opowiada o swoim pomyśle i dostaje odpowiedź, że to bardzo fajny temat, ale w zasadzie może lepiej, żeby napisała o głodzie czy tak zwanym obrzezaniu, czyli okaleczaniu afrykańskich dziewczynek. Oczekuje się od niej, że będzie przedstawicielką wszystkich problemów, które są kojarzone z całym kontynentem. To również pokazuje inne oblicza rasizmu.
Chiamaka to też bohaterka, która uosabia poszukiwanie tej mitycznej, romantycznej miłości. A z ust ciotki słyszy: „Twoją jedyną opcją teraz jest in vitro. Znam kogoś, kto miał bliźniaki w wieku 45 lat. Ale musisz się pospieszyć, jeśli chcesz użyć własnych komórek jajowych”.
Tak, nawet w tych bogatych rodzinach, które wysyłają dzieci do Ameryki czy do Anglii, gdzie są najlepsze szkoły, wciąż istnieje tradycja, że jednak kobieta powinna mieć męża i dzieci.
I znowu, w pierwszej kolejności wielu osobom na początku przychodzi do głowy takie stereotypowe wyobrażenie: „no tak, to taka kultura, gdzie się tego oczekuje”. A przecież większość z nas przeżyła podobne doświadczenia albo ma wokół siebie osoby, które słyszały od naszych polskich ciotek, babć, wujków dokładnie to samo pytanie: „to kiedy mąż i dzieci?”.
Jest to więc doświadczenie uniwersalne, choć oczywiście dotyczy pewnie bardziej tradycyjnych struktur społecznych czy rodzinnych, ale one nie są stricte powiązane z żadną narodowością czy etnicznością. To po prostu tak funkcjonuje na całym świecie.
Chiamaka faktycznie bardzo idealizuje związki, jednak wciąż się też uczy. W powieści jest przepięknie opisana sekwencja jej związków, które pozwalają jej dowiedzieć się bardzo wiele o sobie samej. To jest też historia jej emancypacji. Pozostałe bohaterki też na różne sposoby taką drogę przechodzą, choć każda na swój sposób.
Adichie bardzo mocny nacisk kładzie na relację matka–córka, zwłaszcza w przypadku Zikory. Sama, pisząc tę książkę, straciła oboje rodziców: najpierw matkę, a potem ojca. W kulturze nigeryjskiej ta relacja jest bardzo silna, ale wydaje mi się, że wcale nie musimy jej czytać przez kody kulturowe, bo tak naprawdę jest to wielki temat literatury jako takiej. Jednak czy u Adichie mamy jakieś inne, ciekawe tropy?
Nie jest to opowieść typowo nigeryjska, choć różne kulturowe kwestie też na pewno mają znaczenie w relacji Zikory z matką.
Dla mnie zawsze dużym wyzwaniem jest planowanie, żeby dialogi brzmiały, mimo tego, że muszą być zgodne z tekstem oryginalnym, tak aby można było uwierzyć, że to się dzieje po polsku. Mamy więc odległe miejsce akcji, ale dialogi mają brzmieć tak, jakby odbywały się za ścianą. Te bohaterki to ułatwiały, bo one naprawdę rozmawiały tak, że miało się wrażenie, że to albo ktoś z naszej rodziny, albo te rozmowy odbywają się po sąsiedzku.
Zikora z matką na nowo sobie to wszystko wypracowują, na nowo uczą się ze sobą rozmawiać i słuchać siebie nawzajem. I żadna z nich nie jest jednowymiarowym konstruktem samych złych albo samych dobrych cech. To nie jest wyidealizowana historia o tym, jak nagle wszystkie problemy między nim rozwiązały się z dnia na dzień, bo Zikorę czeka samodzielne macierzyństwo. To jest historia o emocjach, o tym, jak się uczymy zrozumieć siebie, innych, jak zmieniają się okoliczności. O tym, że pewnych planów nie uda się zrealizować. To wszystko jest bardzo ludzkie i to właśnie jest siła tej prozy.
Jest też Kadiatou – postać, która się wyróżnia, bo jako jedyna nie jest bogatą Nigeryjką, wręcz przeciwnie, pochodzi z niższej klasy społecznej. Pracuje jako pokojówka i zupełnie nie ma problemu z tym słowem, w przeciwieństwie do pozostałych trzech bohaterek książki, które oburzają się, że jest tak nazywana przez dziennikarzy.
Dla niej jest to osiągnięcie. Teoretycznie dzieli nas wszystkich od punktu A do punktu B ta sama odległość, ale dla pewnych osób ta odległość jest krótka i łatwa, dla innych jest nie do pokonania. I Kadiatou należy właśnie do tych drugich – dla których podróż z kontynentu na kontynent i potem, jak się dowiadujemy, sam moment przedostania się do tego „lepszego świata”, który wcale taki lepszy się nie okazuje – jest dużo trudniejsza, niż dla kogoś, kto po prostu kupuje bilet i rezerwuje pokój w luksusowym hotelu.
I ona czuje dumę z powodu wszystkiego, co udało jej się osiągnąć. I to właśnie ta postać jest od samego początku najbardziej z nich wszystkich świadoma swojej tożsamości – wie skąd pochodzi, kim jest, ma jasną wizję tego, czego oczekiwałaby od przyszłości dla swojego dziecka. Dla niej córka jest motorem do wielu zmian. Nawet do samego wyjazdu. Chce uchronić córkę przed tym, czego sama doświadczyła.
Z wielu względów jesteśmy gotowi do pochylania się nad nią z uczuciem litości, tymczasem ona na każdym kroku mówi: „ja tego nie potrzebuję i nie chcę”. Kadiatou rozbija wszystkie oczekiwania, założenia, przed-sądy, stereotypy na swój temat aż do ostatniej sceny, która chwyta za serce właśnie tym, że kończy się na jej warunkach.
Postać Kadiatou jest też oparta, choć nie jeden do jednego, na historii Nafissatou Diallo, pokojówki z Gwinei, która w 2011 roku zarzuciła byłemu szefowi MFW, Dominique’owi Strauss-Kahnowi, próbę gwałtu. Adichie nawet trochę się z tego tłumaczy na końcu książki.
Można zadać pytanie, czy Adichie w ogóle brała pod uwagę to, czy prawdziwa bohaterka życzyłaby sobie, żeby o niej pisać, jednak to jest fikcja. Natomiast takie pytanie powstaje przy wszystkich dziełach literackich inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami.
Być może właśnie ta bohaterka jest zadowolona z tego, że ktoś próbował jej głosem opowiedzieć kawałek jej własnej historii.
I to, co moim zdaniem najważniejsze, znów powieść o kobiecej przyjaźni, która bywa też trudna. Czasem zawłaszczająca, innym razem zazdrosna, ale ostatecznie chyba jednak silna i ważna, o ile nie najważniejsza w życiu bohaterek. I czy właśnie w powieści Adichie nie radzi sobie lepiej, pokazując praktyczną stronę feminizmu?
Od samego początku w powieści mamy prawdziwy portret relacji, które przebiegają też w linii czasowej, różnie się układają. Bohaterki czasami są ze sobą bliżej, czasami dalej, czasami wspólnie, innym razem dzielą na jakieś grupki, co też jest, wydaje mi się, bardzo naturalne. Jednak w momencie kryzysu, jako grupa, natychmiast zwierają szyki. Absolutnie naturalnie, bez żadnych teoretycznych podwalin, czy to jest feminizm, czy nie i której fali.
Świadomość feministyczna też jest oczywiście potrzebna, ale w sytuacjach kryzysowych sprawdza się konkretne działanie. Znam to z własnego życia i czuję się szczęściarą, że mogłam i mogę doświadczać takiego codziennego siostrzeństwa.
Na koniec mam do ciebie pytanie już stricte jako tłumaczki. Czy Adichie ma jakąś szczególną frazę lub język, który jest dla niej charakterystyczny, przez co tłumaczy ci się ją lepiej bądź gorzej niż inne powieści? Mam tu na myśli to, że ona sama funkcjonuje w dwóch kulturach i językach.
Książki Adichie są uniwersalne tematycznie, ale jednak trudniejsze niż, nazwijmy to, „uniwersalna angielszczyzna”, choć oczywiście jest tyle odmian tego języka, że nie można mówić o jednym. Ja uwielbiam żargony, slangowe wstawki, regionalizmy, które pozwalają mi „słyszeć bohaterki”. U Adichie te dialogi są naturalne, po prostu płyną, bo też relacje między bohaterkami są naturalne.
Jednak jej narracja jest tylko pozornie prosta, zwłaszcza przez mnóstwo powtórzeń. Kiedy zaczynasz czytać, to wydaje się, że to się wszystko tak po prostu przetłumaczy, ale jest to zwodnicze wrażenie. W moim dorobku, bo pewnie jest więcej takich pisarek i pisarzy, jest to jedna z autorek, która stawia jednak spore wyzwania. Pisanie Adichie mogłabym porównać do powieści Toni Morrison. U niej też niektóre zdania wydają się bardzo proste, ale to tylko złudzenie. Czasami całymi dniami szukam jednej frazy, która pozwoli zbudować rytm. Tak więc bywa, że im coś wydaje się prostsze, tym jest trudniejsze.
Książki:
Chimamanda Ngozi Adichie, „Bilans snów”, tłum. Kaja Gucio, wyd. Filia Literacka, Poznań 2026.
Chimamanda Ngozi Adichie, „Amerykaana”, tłum. Kaja Gucio, wyd. Filia Literacka, Poznań 2026.
