Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Na końcu świata....

Na końcu świata. O książce „Czym było Auschwitz? Rozmowy z moją córką” Annette Wieviorki

Adam Puchejda

Krótka książka Wieviorki to jedno z najbardziej rzetelnych i przystępnie napisanych dzieł o Zagładzie Żydów. A jednak nawet ta wytrawna historyczka dała się uwieść sile stereotypowych odpowiedzi i zbyt łatwo przechodzi od opisu zdarzeń do poszukiwania ich uogólnionych przyczyn.

czym-bylo-auschwitz-annette-wieviorka_okladka

Współcześnie każda niemal rozmowa o Auschwitz, co nieuniknione, staje się rozmową o odpowiedzialności i winie. W mniejszym stopniu zajmujemy się dziś opisem Zagłady Żydów, w przekonaniu, że wszystko lub niemal wszystko zostało już na ten temat powiedziane, w większym zaś rozważaniem etycznych i politycznych zagadnień dotyczących przyczyn ludobójstwa (na Żydach lub innych zbiorowościach), a także możliwości lub, przeciwnie, niemożliwości jego powstrzymania w przyszłości. Książka Annette Wieviorki, paradoksalnie, wpisuje się w ten sam nurt.

Piszę „paradoksalnie”, ponieważ choć jest to bez wątpienia dzieło wytrawnej historyczki, „wybitnej znawczyni dziejów Szoa”, jak czytamy na okładce, a zatem osoby, która opis przeszłości powinna stawiać na pierwszym miejscu, jest to także, a może przede wszystkim, kolejna książka szukająca odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego?”. Rozmowy z córką, Mathilde, która chce dowiedzieć się od matki, czym było Auschwitz, jaki los spotkał Berthę, przyjaciółkę rodziny, ocaloną z obozu, której wytatuowany na ramieniu obozowy numer wywołuje szok u 13-latki, przekształca się, przyznaje Wieviorka, w kolejny zestaw pytań, „które sama zadaję sobie w nieskończoność i które od ponad półwiecza powracają w rozważaniach historyków i filozofów”.

I to właśnie na te proste, wydawałoby się, a w ustach dziecka wyrażone jedynie dosadniej pytania „tak trudno znaleźć odpowiedzi”. Bo też – dodaje na wstępie autorka – „choć łatwo mi jako historyczce opisać Auschwitz, wyjaśnić, jak przebiegało ludobójstwo na Żydach, sedno rzeczy pozostaje dosłownie niepojęte, a zatem niewytłumaczalne: dlaczego naziści postanowili usunąć Żydów z powierzchni ziemi? Dlaczego włożyli tyle wysiłku w to, żeby ściągnąć ze wszystkich krańców okupowanej Europy – od Amsterdamu po Bordeaux, od Warszawy po Saloniki – dzieci i starców, tylko po to, żeby ich zamordować?”.

Rzecz jasna, Wieviorka w tej króciutkiej książce – ledwie 92 strony małego formatu – także nie udziela odpowiedzi na te kluczowe pytania. W końcu rozważanie ich przez dziesiątki lat i to w znacznie dłuższych dziełach także nie przyniosło definitywnych rozstrzygnięć. Ale kiedy już skłania się ku odpowiedziom – co samo w sobie też jest przecież czymś najzupełniej naturalnym, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi zagłada narodu, ludobójstwo – wówczas rozgrzesza się jednak z bycia krytyczną historyczką, uważną zapisywaczką tego, co miało miejsce, co się wydarzyło. Nie szuka już coraz lepszego, gęstszego opisu przeszłości, bo to zająć może następne lata i może skomplikować obraz jeszcze bardziej. Nie stawia więc kolejnych pytań, nie mnoży wątpliwości, daje za to pole narracjom, które narzucają się niejako same – odziedziczonym po przeszłych pokoleniach, trwającym w tradycji, zapośredniczonym nieraz w samym języku. Przychodzącym łatwo, czasem zbyt łatwo.

Ostro brzmią te słowa i to kolejny paradoks, ponieważ dziełko Wieviorki to jedno z najbardziej, jak sądzę, rzetelnych i przystępnie napisanych dzieł o Zagładzie Żydów. To książeczka, która powinna być czytana w każdej szkole, tak francuskiej, jak i polskiej, a może zwłaszcza polskiej, bo obawiam się, że połowy faktów przedstawionych w tym króciutkim tomie polscy uczniowie po prostu nie znają. To książeczka ważna, mimo że trudna, bolesna, a czasem też niepełna i posługująca się stereotypem.

Autorka nikogo w niej nie oszczędza, pisze bez złudzeń o sytuacji Żydów francuskich i polskich, o getcie warszawskim, o polskim antysemityzmie i francuskiej policji zatrzymującej Żydów, o „morderstwach zza biurka”, którymi obarczyć trzeba tak wielu ślepych biuralistów we wszystkich krajach okupowanej Europy, o Rumkowskim, „upojonym władzą” szefie łódzkiego Judenratu, o Żydach umierających z głodu we francuskim Drancy przed deportacją do Auschwitz, wreszcie o samych obozach, o Auschwitz, Treblince, Sobiborze, o ich śmiertelnej specyfice i (nie)ludzkim działaniu. Niemało jak na tak niewielką liczbę stron.

Na marginesie, wydawca mógłby trochę bardziej wspomóc tłumaczkę, odpowiedzialną za przypisy, w przywoływaniu niektórych faktów, np. tego, że Archiwum Ringelbluma znajduje sie w Warszawie, w Żydowskim Instytucie Historycznym, jednym z pierwszych w świecie instytutów naukowych zajmujących się historią Zagłady, co dla wielu polskich czytelników może być zaskoczeniem. A słowa „Żyd” mógłby nie zapisywać – jak tylu innych polskich wydawców i dziennikarzy, z „Kulturą Liberalną” włącznie – w błędnej, schrystianizowanej ortografii, od małej litery. Wreszcie, mógłby trochę bardziej zatroszczyć się o jakość oprawy i szatę graficzną, która nie zachęca do sięgnięcia po to dzieło.

Wszystko to jednak kwestie drugorzędne lub nawet trzeciorzędne w obliczu poważniejszego problemu, który ujawnia się także na kartach tej książki, a związany jest z łatwym, zbyt łatwym, jak już wspominałem, przejściem od opisu zdarzeń do poszukiwania ich uogólnionych przyczyn. Kiedy spojrzymy na „Czym było Auschwitz?” z tego punktu widzenia, szybko dostrzeżemy, że tam, gdzie w opis wkrada się luka, gdzie nie znamy pełnej odpowiedzi lub znamy tylko jej niewielkie fragmenty, tam, gdzie trudno dać rzeczy odpowiednie słowo, a odpowiedź narzuca się sama, tam właśnie stereotyp zastępuje opis, a wiara wyjaśnienie.

Pisze np. Wieviorka o różnicy między okupacją w Polsce i we Francji, a także o powiązanej z nią różnicy w liczbie ocalonych Żydów:

We Francji [żeby przetrwać] na przykład trzeba było zaopatrzyć się w fałszywe dokumenty i uzbierać pieniądze dla przemytnika, który przeprowadzał nielegalnie przez linię demarkacyjną, dzielącą strefę okupowaną od strefy wolnej. Dla obcokrajowców, nie najlepiej mówiących po francusku i to z akcentem, okazywało się to szczególnie niebezpieczne. Przede wszystkim zaś trzeba było wyżywić siebie i rodzinę. Im większa doskwierała im bieda, tym mniej zostawało oszczędności i trudniej było przeżyć. Jednakże wielu Żydom się to udało dzięki pomocy społeczeństwa. Spośród 330 tysięcy Żydów zamieszkujących Francję w 1939 roku około 75 tysięcy zginęło w wyniku deportacji. (…) Ocalało więc czterech na pięciu. W Polsce, gdzie zginęło około trzech milionów Żydów, ukrycie się było prawie niemożliwe. Być może dlatego że społeczeństwo cechowało się głębokim antysemityzmem, a tym samym niechętnie ukrywało Żydów. W Polsce, tak jak w Niemczech, uważano, że istnieje jakaś «kwestia żydowska», i znaczna część Polaków – choć sami byli okrutnie gnębieni przez nazistów – nie miała nic przeciwko temu, żeby ci ostatni rozwiązali problem, który ich zdaniem stanowiła właśnie duża liczba Żydów w ich kraju. Z drugiej strony niemieckie prawo obowiązujące w tej kwestii w Polsce było surowsze niż we Francji. Jeśli jakiś polski katolik ukrywał Żyda i został na tym przyłapany, zabijano na miejscu jego i wszystkie mieszkające z nim osoby (s. 65–66).

Opis historyczki zatrzymuje się tu na przedstawieniu liczb i przywołaniu przepisów niemieckiego prawa obowiązującego na okupowanych terenach Polski, w większości wcielonych do tzw. Generalgouvernement, o czym zresztą w książce nie ma ani słowa. Gdy ten sam opis zamienia się jednak w historyczny dyskurs, wyjaśnienie, wtedy tłumaczem, spajającym poszczególne elementy, dostarczającym nam prawdy o historycznej rzeczywistości, staje się „kontekst”, w tym wypadku kontekst ideologiczny i społeczno-polityczny. Ogromna dysproporcja w żydowskich ofiarach na okupowanych ziemiach przedwojennej Polski i wojennej Francji wyjaśniona zostaje wtedy bądź to czynnikiem ideologicznym (antysemityzm), bądź też politycznym („kwestia żydowska”). W ten sposób otrzymujemy upragnioną odpowiedź na pytanie „dlaczego”, dlaczego tak wielu Żydów zginęło w Polsce, a nie w Niemczech czy we Francji. Ten sposób rozumowania prowadzi jednak do błędnych wniosków. I kłopotem nie są fakty – polski antysemityzm czy polityczne próby przymuszenia Żydów do emigracji, a tym samym dążenie włodarzy II RP do jeszcze większego unarodowienia państwa narodowego – problemem jest metoda przyjęta do ich interpretacji, do takiego, a nie innego łączenia ich w całość, oraz… pośpiech.

Metoda ta polega na przedstawianiu panoramy zdarzeń za pomocą ledwie kilku kresek. Jednego lub dwóch czynników (ideologicznego lub politycznego), które mają tłumaczyć zachowanie całych zbiorowości. Pojedynczych zdarzeń o lokalnym charakterze, które stają jako dowód na los tysięcy innych, a przez to obraz jakiejś spójnej całości. Oczywiście, podobne podejście ma swoje uzasadnienie, właściwe jest jednak mniej historykom, a bardziej moralistom, którzy nie mogą czekać, by dać świadectwo, nie mogą jak kupiec ważyć każdego elementu, nim obliczą cenę. Dla moralistów zbrodnia jest zbrodnią i nic jej ani nie usprawiedliwia, ani nie wyjaśnia. Historyk musi być większym relatywistą. Dzięki temu pierwszemu ten drugi może jednak więcej zauważyć, zadać nowe pytania, zwrócić uwagę na nieznane wcześniej elementy. Kiedy przyjdzie jednak do opisu, coraz dokładniejszego, gęstszego opisu tego, co naprawdę się wydarzyło, każdy szczegół okaże się ważny, bo każdy rzuci światło na nieco inny aspekt sprawy.

Paradoksalnie, a to już kolejny z paradoksów w tej małej książeczce, Wieviorka dużo lepiej niż z polską rolą w Zagładzie radzi sobie z opisem niemieckiej odpowiedzialności. Dla polskiego czytelnika może to być kontrast szokujący, bo jeśli, jak w przypadku Polaków, to, co nieznane lub nieznane dostatecznie, jest wyjaśnione poprzez odwołanie do uogólnionych czynników, w przypadku Niemców, bez wątpienia inicjatorów Zagłady, co jest też podkreślone w tej książce, wyjaśnione jest bez emocji, spokojnie, chciałoby się rzec, niemal racjonalnie. Wieviorka na pytanie o winę Niemców odpowiada wszakże:

Nie ma czegoś takiego jak zbiorowa wina całego narodu. Obywatele niemieccy, którzy sprzeciwiali się nazistom byli prześladowani, zamykani w obozach koncentracyjnych, skazywani na wygnanie. I choć Niemcy, jak wiele innych europejskich krajów, były przesiąknięte antysemityzmem, aktywni, krwiożerczy antysemici należeli do mniejszości. Dziś szacuje się, że w ludobójstwie brało czynny udział około 100 tysięcy Niemców. Pozostaje jednak pytanie o resztę, o tych, którzy patrzyli, jak ich żydowscy sąsiedzi zostają aresztowani, albo tych, którzy kierowali pociągami z deportowanymi. Najbardziej uderza niesłychana obojętność większości Niemców (s. 81–82).

Ten obraz, choć daleki od wyczerpania, jest dużo bardziej gęsty, subtelny i pokazujący różniącą się zbiorowość w działaniu. Nie ma tu mowy o prostych rozwiązaniach, jak np. przekonanie, że powszechna wiara w ideologię hitlerowską może być czynnikiem tłumaczącym milczące poparcie wielu Niemców dla prześladowań Żydów. W ten sposób dochodzimy, jak się zdaje, do banalnej konstatacji, że bliższa koszula ciału, czyli łatwiej pisać o kimś, kogo lepiej się zna i rozumie, jak np. o Niemcach, niż o kimś dalszym, kto żyje – jak pisze autorka na początku książki, we Freudowskiej zgoła frazie – „na tym końcu świata, w południowej Polsce”, gdzie znajdował się obóz Auschwitz.

Pułapki wiedzy znaturalizowanej, czyli takiej, którą przyjmuje się na wiarę, jako coś oczywistego, ujawniają się zresztą także w innych miejscach tej książki. Jedną z nich jest choćby przekonanie, że Francja, obok Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Związku Sowieckiego, była zwycięzcą II wojny światowej, co jest najzwyklejszym kłamstwem zręcznych polityków, z de Gaulle’em na czele, które przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza. Innym jest mimo wszystko zdumiewające przekonanie, że Żydzi we Francji „nie są już naprawdę prześladowani, nawet jeśli wciąż można się spotkać z antysemityzmem”, bo rasizm jest w Heksagonie zakazany. Podobnie zaskakujące może być kończące książkę wyznanie autorki, która deklaruje swą niezmąconą wiarę „w rozum, w wartość intelektu, nawet jeśli Auschwitz pozostaje w dużej mierze niewytłumaczalne”. Rozum staje się tu – jak to tyle razy już bywało w historii – przedmiotem wiary, nie analizy.

Ten, szukam właściwego słowa, stosunkowo komfortowy punkt widzenia autorki wypływa być może stąd, że pisze historię Zagłady, wychodząc od doświadczenia konkretnej osoby, która sama sobą zaświadcza o jej prawdziwości. Nie bierze jednak pod uwagę tego, że kolejni świadkowie Szoa, którzy zdołali przetrwać, powoli odchodzą (miesiąc temu zmarł choćby ostatni uczestnik słynnego buntu w Treblince, Samuel Willenberg), a bez ich obecności, bez możliwości, jakkolwiek brzmi to szokująco, zobaczenia – jak 13-letnia Mathilde – na ramieniu Berthe wytatuowanego numeru obozowego, historia Zagłady traci coś najbliższego ludzkiemu zrozumieniu – ludzi, którzy mogą sami zaświadczyć o prawdziwości tego, co się wydarzyło. Po śmierci ostatniego świadka historia Szoa będzie narażona na jeszcze większe manipulacje, z możliwością pojawienia się powszechnego – nie, tak jak dzisiaj to bywa, marginalnego – zjawiska zaprzeczania samemu faktowi jej zaistnienia.

Dlatego tym bardziej ważne jest, by pisać historię, która w sposób mozolny i możliwie dokładny opisuje każdy szczegół wojennej rzeczywistości, rezygnując z umacniania stereotypów. Te ostatnie łatwo stają się pożywką politycznej walki i rozmaitych odmian polityki historycznej. Książka Wieviorki, choć zmierza w dobrym kierunku, jest nadal ledwie w połowie tej drogi.

 

Książka:

Annette Wieviorka, „Czym było Auschwitz? Rozmowy z moją córką”, przeł. Paulina Tarasewicz, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2015.

SKOMENTUJ

Nr 376

(12/2016)
22 marca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail