
Machina promocyjna poszła w ruch – trailery, audycje, rekomendacje. Obiecywano do bólu prawdziwą opowieść o życiu na blokach snutą przez weterana blokersa, naturszczyka, choć po inteligenckim awansie. Co otrzymaliśmy? „Szawarwa” udowadnia, że Filip Kalinowski ma ucho nie tylko do muzyki, lecz także do osiedlowych opowiastek. Że zna zarówno Burroughsa, jak i klasykę barowej literatury warszawskiej. Ale także to, że musi nauczyć się pisać powieści.
Mogłem odbić się od książki na widok martwego gołębia na okładce, ponieważ jestem progołębi, miałem jednak duży kredyt zaufania i sentyment do autora książki „Niechciani, nielubiani. Warszawski rap lat 90.”. Czy było warto sięgnąć po tę, jak czytamy w blurbie, „mroczną, pulsującą opowieść o mieście duchów”? Owszem, lecz książka wykorzystała niestety tylko część drzemiącego w temacie potencjału. Kalinowski zapomniał, jak istotna bywa w książce spajająca sceny atrakcyjna fabuła. W tym przypadku prowizoryczne zszywanie całości z emocji, błyskotliwych (nie można zaprzeczyć) obserwacji, luźnych scenek, cytatów i wyliczeń tytułów piosenek nie wystarczy.
Fabuła pretekstowa
„Szawarwa” (anagram słowa „Warszawa”) nie jest dziełem afabularnym. Fabuła istnieje, autor traktuje ją jednak bardzo instrumentalnie. Przygody odurzonego używkami i nostalgią błąkającego się po stolicy protagonisty (to autofikcja, narratorem jest dziennikarz muzyczny Filip Kalinowski, zniekształcone odbicie autora) służą tu jedynie przywoływaniu anegdot, snuciu refleksji na temat znarkotyzowania i zmarnowania społeczeństwa oraz martyrologii miasta.
To pewne, że książka ma sporo łotrzykowskiego uroku i autobiograficznej autentyczności. Choć czasami zdaje się, że autor na siłę stylizuje język, uciekając w rapowy slang, możemy uwierzyć, że naprawdę był blokersem i już jako dwunastolatek kupował narkotyki. Okazyjna wulgaryzacja języka, która ma tu dodać powagi, wypada niekiedy zabawnie, mimo wszystko temu narratorowi możemy dać wiarę.
Nie potrafię jednak zignorować faktu, że istnieją książki, które oprócz miejskiego folkloru mają do zaoferowania o wiele więcej – przede wszystkim wciągającą historię. Odnoszę wrażenie, że Kalinowski nie do końca wiedział, czym właściwie ma być „Szawarwa”, po prostu pisał, bez planu, grzebiąc we wspomnieniach i ujmując je w formę literacką dzięki swojemu warsztatowi, osłuchaniu i oczytaniu. Z pewnością oceniałbym tę książkę wyżej, gdyby była zbiorem opowiadań czy impresji literackich. Otrzymujemy jednak coś na kształt powieści drogi w takim sensie, w jakim powieścią drogi jest „Mała apokalipsa” Konwickiego. Paradoksalnie fakt, że powinniśmy o książce Kalinowskiego myśleć jak o spójnym dziele, eksponuje jej niespójność.
Bohater uliczny
Narratora poznajemy w dramatycznych okolicznościach, gdzieś w melinie na Wólce Kosowskiej, gdzie przebywa z kilkudziesięcioma migrantami z globalnego Południa. Śmierdzi w niej „potem, kiefem [pyłem marihuany] i krwią” (cytuję, bo smród ten pojawia w książce cyklicznie jak refren). W tym nieprzyjaznym miejscu południowoafrykańska czarownica, sangoma, nawiązuje kontakt z duchami przodków. Do przypieczętowania rytuału niezbędna jest krwawa ofiara z gołębia, „kury ofiarnej […], który na symbol tego miasta nada się o wiele lepiej niż syrena”.
Brutalny rytuał zakłóca jednak brutalna interwencja policji, bynajmniej niezjawiającej się w sprawie ptaka. Czego szuka, nie jest ważne – policja u Kalinowskiego to urzeczywistnienie ślepej agresji.
Następuje cięcie. Po chwili towarzyszymy bohaterowi, gdy wychodzi z komisariatu, wymęczony i potłuczony. Potem kupuje zioło i dowiaduje się od jednego z uczestników rytuału, że ceremoniał za wszelką cenę musi zostać dopełniony. Nim do tego jednak dojdzie, bohater pojeździ po Warszawie, wpadnie na rave, zajrzy do klubu, po zażyciu kwasu poleży w wannie, pokręci się po domu i posłucha winyli. Spoiwami akcji są tu anegdoty, które orbitują wokół trzech głównych tematów: muzyki, narkotyków i miasta. Filipowi nieustannie los śmieje się w twarz, a następnie w nią uderza – jeśli nie spotkał go „najntisowy” łomot od chamów z Pruszkowa czy Wołomina, to współczesne manto od policji testującej paralizatory. Bohater jednak ukończył z wyróżnieniem uliczną szkołę przetrwania, dlatego wychodzi cało z opresji, powtarzając co chwilę swoje – jakże irytujące! – życiowe motto: „Filipek, nie wypluj smoka”.
Muzyka miasta
„Szawarwę” przepełnia muzyka i to jest jej wyróżnikiem – począwszy od cytatów z kawałków hip-hopowych, poprzez płyty, których Filip słucha ze starej wieży ze zmieniarką lub adaptera, aż po te wszystkie piosenki, które wpisują się w historyczny i obecny pejzaż akustyczny miasta. Muzyka w „Szawarwie” nie sprowadza się wyłącznie do anturażu. Rap, który towarzyszył Filipowi za młodu, był nośnikiem wartości głoszonych na blokach, kiedy w latach dziewięćdziesiątych hip-hopowcy w szerokich spodniach tworzyli subkulturę.
Hemp Gru, WWO czy Zip Skład mówili jak żyć – wspólnota doświadczeń blokersów w dużej mierze opierała się na głoszonych przez stołecznych MC hasłach. Gdy na osiedlach zabrzmiał Wu Tang przesycony kulturą Wschodu, całe osiedle wkręcało się w Azję, a „Aluminium” formacji Trzyha stanowiło oficjalną deklarację podwórka dotyczącą heroiny. To za sprawą muzyki Filip doświadczył awansu społecznego, profesjonalizując swoją pasję i zostając dziennikarzem. Horyzonty narratora nie kończą się na rapie, choć ta muzyka ukształtowała jego język i wyobraźnię, a czytelnik może pobawić się w odnajdywanie nawiązań do legendarnych wersów.
„Szawarwę” odczytuję również jako pean na cześć muzyki jako takiej. Narrator epatuje namiętnością do dźwięków, rytmu, bębnów i basu. O tym pisze z czułością, ale niekiedy kłopotliwie, jak tu: „To najlepsze uczucie na świecie – nanowentylacja spowodowana ciśnieniem atmosferycznym, które wprawia w drżenie nawet płatki nosa, gałki oczne i łechtaczki” [s. 112].
Narkoopowieści
Drugim motywem przewodnim „Szawarwy” są narkotyki. A z nimi związane jest to, co najlepsze, i to, co najgorsze. Dragi są wszędzie. Nastolatkowie pokątnie palą marihuanę albo wapują w e-papierosach liquid z fentanylem. W weekendy cała Warszawa w klubach wciąga pochodne mefedronu albo łyka MDMA, wszyscy niezależnie od dnia pochłaniają tabletki.
„Ćwierć wieku jarałem pecynę dzień w dzień, bo mi za małolata Włodi z Kaczym powiedzieli, że marihuana nie przeszkadza w niczym. Naście lat każdy dzień zaczynałem buchem. Kolejne naście każdy dzień kończyłem buchem, a myślałem o nim już dużo wcześniej, od rana” [s. 15] – wyznaje narrator. Obecnie jest palaczem okazyjnym, czyli trzeźwym, z prawem do dyspensy. Wcześniej zażywał też polską amfetaminę (tak zwanego spida lub krajówkę) i LSD, nie brał jednak heroiny. Katastrofa brauna, która spadła na bloki pod koniec lat dziewięćdziesiątych, u Kalinowskiego urasta do rangi traumy pokoleniowej. Podobnie jak u Żulczyka w „Ślepnąc od świateł” i „Dawno temu w Warszawie”, to dzięki autorowi możemy poznać zmiany na rynku związane z preferencjami konsumentów i metodami dystrybucji detalicznej produktów. Kalinowski pisze o tym wszystkim z poradnikową szczegółowością.
Narkotyki wdrukowane są w uliczne historie narratora. Głupi Kamil był ofiarą chrzczenia przez dilerów marihuany heroiną i w wieku kilkunastu lat wylądował na odwyku, gdzie leczono go metadonem, przez co uzależnił się od opioidów. Po wyjściu z ośrodka został złodziejem, żeby mieć na dragi, a potem zawodowym recydywistą. Inny dawny towarzysz Filipa, Bośnia, oraz jego partnerka Nastka po licznych życiowych zawirowaniach trafili na Wyspy razem z całą falą polskiej emigracji zarobkowej, gdzie najpierw stali się konsumentami-ofiarami dopalaczy [designer drugs], a potem tak zwanego giebla (GBL-a), środka chemicznego o właściwościach czyszczących felgi i umysły. Narkotyki niszczą też Ankę idealizowaną, odrealnioną dziewczynę-syrenę kuszącą swoim śpiewem z dziesiątego piętra bloku, z którą bohater przeżywa swój pierwszy raz [1]. Mimo że nie brała heroiny, została wykorzystana przez osiedlowych „helupiarzy”, którzy na siłę zaaplikowali jej działkę i wykorzystali seksualnie.
Kalinowski przedstawia narkotyki jako potężny żywioł napędzający i niszczący życiorysy, a jednocześnie integralny element blokerskiej kultury. Mimo że nie demonizuje stosowania środków psychoaktywnych jako regulatorów nastroju, ma świadomość wysokich kosztów społecznych narkomanii i zdecydowanie krytykuje terapię w polskim wydaniu.
„Dotowana przez państwo terapia to gówno zdradzieckie, bo nie chodzi o to, ile jarasz i jak układasz całe swoje życie pod pecynę, ale dlaczego jarasz i w jak wielu pierwszych razach ci ta trawka nieustannie od dziecka towarzyszyła. O powody się tu rozchodzi, nie skutki, a te zawsze namierzysz szybciej u terapeuty niż na grupie” [s. 16].
Stosunek autora do używek jest zatem, oględnie mówiąc, złożony. Książka wydana w Newhomers z pewnością nie jest jednak elementem krucjaty antynarkotykowej prowadzonej przez Żulczyka, Strachotę i Rutkowskiego w podcastach „Co ćpać po odwyku”. Nie jest to też z pewnością lektura odpowiednia dla osoby trzeźwiejącej, unikającej wyzwalaczy.
Miasto fantomowe
„Warszawa nie istnieje. Ta przedwojenna została zabita, rozstrzelana i spalona” – mówi Filip, po czym dodaje: „To miasto duchów, w którym się urodziłem, wychowałem i spędziłem przeważającą część mojego czterdziestoletniego życia. Miasto, które moi dziadkowie i moje babcie nosili w sobie aż do śmierci. Dosłownie – wdychali na tym rumowisku po kilka cegieł pyłu rocznie. […] wziewali ulice, place i mosty, pomniki, latarnie i ławki” [s. 87].
Historycznemu wymazywaniu i nadpisywaniu podlega nie tylko stolica dziadków narratora, ale też posttransformacyjna Warszawa jego dzieciństwa. Ta „zniknęła niepostrzeżenie w wieloletnim procesie nieustannej przebudowy, modernizacji i gentryfikacji”. Warszawa jest miastem powidoków. Filip i jego rówieśnicy nie wciągali już cegieł, ale z każdym zaciągnięciem się z osmolonej fifki chłonęli „komunistyczne bloki, pawilony i szkoły, osiedla podwórka i boiska, klatki schodowe ławki i murki”. Teraz Filip wraca i sprawdza, co pozostało ze świata, w którym został wychowany przez uliczne wilki. To flâneur mimowolnie ulegający narracji „kiedyś to było”. Gdy przemyka ulicami miasta, wokół niego odżywają relikty lat dziewięćdziesiątych, wracają bohaterowie tamtych dni – dilerzy, paserzy, fighterzy. Wraca mały Filip, który za budą z fliperami kupował zioło, zaraz obok widział prawdziwego gangstera z pistoletem i pierwszego trupa. Na każdym kroku zdaje się udowadniać, że choć miasto nie istnieje, on naprawdę był z ferajny.
Mówi się, że każdy ma w sobie jedną książkę – tę o sobie. Filip Kalinowski, którego radiowy, spokojny głos kołysze do snu nocnych marków, właśnie taką wydał. Miarodajną próbą będzie zatem książka druga, która, miejmy nadzieję, okaże się czymś więcej niż kumulacją anegdot i rapowych follow-up’ów. „Szawarwa” ma coś, co przyciąga czytelników literatury opisującej świat spychany na margines, ale niestety daleko jej do dobrej powieści.
Przypis:
[1] Kilkustronicowy, naturalistyczny, a jednocześnie fantastyczny opis pierwszego seksu Filipa z Anką jest najtrudniejszym do przebrnięcia fragmentem książki. Zdecydowanie bardziej niezręcznie od chłopaka czuje się czytelnik, skazany na opisy rodem z groszowych romansów, takie jak „K***s wyprężył się, ale chłodna wilgoć jej c**ki objęła go ciasno i oddaliła wytrysk” [s. 141].
Książka:
Filip Kalinowski, „Szawarwa”, wyd. Newhomers, Warszawa 2026.
