
W marcu 2016 roku w Rzymie zostaje brutalnie zamordowany młody chłopak Luca Varani. Sprawcami są dwaj dwudziestokilkulatkowie z dobrych rodzin, którzy przez wiele godzin torturowali swoją ofiarę. Całe Włochy pytają: dlaczego?
Odpowiedzi szuka zaś Nicola Lagioia – jeden z najbardziej cenionych współczesnych włoskich prozaików. Decyduje się jednak napisać książkę non fiction, gdzie każda linijka tekstu ma odzwierciedlenie w faktach. Tak powstaje jeden z najbardziej fascynujących reportaży napisanych niczym powieść.
Lagioia próbuje odkryć istotę zła, zrozumieć, co wydarzyło się w mieszkaniu, w którym zginął Luca Varani, ale zadaje również pytanie, jak cienka jest granica między byciem ofiarą i katem. O tym rozmawiam z autorem reportażu „Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie”, który ukazał się w wydawnictwie Czarne.
Sylwia Góra: „Rzym to miasto, które produkuje już tylko władzę, władzę, która się rzuca na inną władzę, a ta miażdży jeszcze inną władzę, a tamta jeszcze inną traktuje jak gówno. Zero postępu. To normalne, że ludziom tu odbija” – mówi jeden z twoich bohaterów. Trochę daleki obraz od stereotypowego dolce vita. Niby wiemy, że to tylko mit, ale my, turyści, bardzo chcemy w niego wierzyć.
Nicola Lagioia: Nawet film „Słodkie życie” to tak naprawdę przeciwieństwo samego tytułu. Fellini twierdził, że to jest jego najbardziej bezlitosny film w stosunku do Włochów. I dolce vita funkcjonuje tak naprawdę w kontrze do tego wszystkiego, co robią pisarze, reżyserzy czy inni włoscy artyści. Nikt nie pokazuje Rzymu jako miasta idyllicznego.
Ja sam uważam Rzym za miasto pełne życia, energii, ale także kontrastów, paradoksów i konfliktów. To miasto, które widziało już wszystko. Jest takie przysłowie, którego używamy, mówiąc o Rzymie: „umarł papież, niech żyje papież”, co odnosi się do tego, że nie ma ludzi niezastąpionych. Wszystko i wszystkich można zastąpić, a Rzym będzie nadal trwać. To trochę takie codzienne ćwiczenie pokory.
Ennio Flaiano, scenarzysta wielu filmów Felliniego, napisał taką sztukę „Marsjanin w Rzymie”, która pokazuje, jak statek kosmiczny ląduje w Rzymie, wszyscy są w szoku, a dwa tygodnie później widzimy, jak ten Marsjanin pije kawę w jednej z kawiarni i co najwyżej ktoś prosi, by się przesunął i zrobił mu miejsce. To też dobrze oddaje atmosferę miasta.
Na ulicach walają się śmieci, biegają szczury. Po tych wszystkich opisach wydaje się, że cała ta rzesza turystów jest kompletnie głucha i ślepa, przyjeżdżając do Rzymu. A przecież każdemu zdarza się zapuścić nieco dalej od centrum i zabytków. Skąd ta ślepota? Chyba zresztą nie tylko zagranicznych turystów, lecz także znacznej części samych Włochów. I czy naprawdę widzisz Włochów jako naród, który nie nadąża właściwie za niczym; jako ludzi, którzy utknęli w wyobrażeniach o dawnej świetności?
Włochy to państwo, które ze względu na swoją historię i tradycję oraz ze względu na to, że powstało wcześniej w literaturze niż jako byt polityczny, jest dość skomplikowane. To znaczy – Włosi mają skomplikowaną relację ze swoją przeszłością. Zwłaszcza Rzym jest miastem, które przeżyło już wiele „końców świata” – powstanie i upadek Cesarstwa, więc ma świadomość, że każda władza mija.
To przekonanie, że wszystko mija, z jednej strony jest paraliżujące, ale z drugiej jest bardzo mądre.
Punktem wyjścia do książki jest brutalne morderstwo w rzymskiej dzielnicy Collatino z 2016 roku na 23-letnim Luce Varanim, przez nieco starszych mężczyzn – Manuela Foffo i Marco Prato, na pozór zwyczajnych. Ta sprawa wydaje się jedną z wielu, ale z kolejnych napływających informacji wynika, że nic tu nie ma sensu. Nie ma żadnego motywu, choć media i social media próbują wynajdować kolejne.
Rzeczywiście było tak, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem w wiadomościach telewizyjnych materiał o tym morderstwie, to nic nie było wiadomo – zbrodnia wydawała się zupełnie bezsensowna, czy może raczej tajemnicza. A z drugiej strony od początku było wiadomo, kto to zrobił, bo mordercy od razu przyznali się do winy i zostali aresztowani, więc ta podstawowa zagadka została rozwiązana na samym początku.
Tym, co mnie zafascynowało, była gwałtowna, bezsensowna przemoc, co nie jest czymś typowym dla Rzymu. Możemy mówić o pewnej chaotyczności, ale pod względem przemocy i zbrodni Rzym jest raczej miastem spokojnym. Nie ma wielu zabójstw tego rodzaju. Drugą nietypową rzeczą był właśnie ten brak motywu. Ostatecznie zwykle mamy dość „klasyczne” motywy: zemsta, pieniądze, miłość, zazdrość. Tutaj nie ma niczego takiego.
Mamy dwie „normalne” osoby, które mordują bez powodu i same nie potrafią tego wyjaśnić. W pewnym momencie Manuel mówi, żeby go zamknąć, skazać na dożywocie, a on i tak nie powie dlaczego, bo sam tego nie wie. Manuel i Marco byli więc osobami, które wprawiły w ruch coś, czego nie potrafili zatrzymać. Jakby byli opętani przez jakąś siłę i nie mieli własnej woli. To oczywiście nieprawda, ale oni przez cały czas się w ten sposób zachowują.
Są winni. Jednak wierzę im, kiedy mówią, że nie wiedzą, dlaczego zamordowali. Tutaj mamy do czynienia z ludźmi, którzy są tajemnicą dla samych siebie. To jakiś rodzaj człowieczeństwa, które jest tak wyalienowane wobec siebie samego, że ono rodzi przemoc.
Mam wrażenie, że dziś to jest taki rodzaj przemocy, z którym mamy do czynienia na poziomie globalnym. Mamy na przykład wojny wywoływane bez żadnego motywu. I mam poczucie, że ta alienacja, oddalenie od samego siebie, i przemoc, to są dwie rzeczy, które występują razem.
Wydaje się jednak, że sieć stygmatyzacji zarządza życiem każdego z bohaterów, którzy najbardziej boją się jednego – zostania ofiarą.
Tak, faktycznie jest to bardzo wyraźne w Manuelu i Marco, że oni widzą siebie jako ofiary. Jeden uważa, że został zmanipulowany przez drugiego. Obaj wierzą, że są ofiarami okoliczności i swoich rodzin czy społeczeństwa, które ich nie rozumiało.
Jednak takie skrajne przypadki jak ich są o tyle ciekawe, że odbijają szerszy obraz społeczeństwa. Wszyscy mamy w sobie taką inklinację, żeby widzieć w sobie raczej ofiary niż sprawców. Wyobrażamy sobie siebie jako ludzi, którym może się stać coś złego, ale nie jako tych złych, którzy mogą wyrządzić krzywdę innym. To galopujący narcyzm, ale także wyraz ogromnej samotności. W końcu Narcyz też był samotny.
Marco i Manuel też widzą tylko siebie, nie widzą tych wszystkich ludzi, którzy ich otaczają, czy o których potem opowiadają w trakcie śledztwa. Nie widzą cierpień, aspiracji, nadziei innych osób. Nie rozpoznają w innych siebie samych. I właśnie może to jest motywem tej brutalnej, bezsensownej zbrodni – że oni w Luce Varanim nie widzą człowieka. Widzą przedmiot i to jest naprawdę bardzo trudne do uzmysłowienia sobie.
Przed długi czas pisaliśmy do siebie z Manuelem. I nawet po latach on wciąż pisze wyłącznie o sobie. Ewentualnie pisze o Marco jako tym, który go zmanipulował, ale w zasadzie w ogóle nie pisze o Luce – swojej ofierze. Od dziesięciu lat ten mężczyzna codziennie budzi się w swojej celi, ze świadomością tego, co zrobił i wciąż nie jest w stanie pomyśleć o swojej ofierze. I nie sądzę, że to wynika z tego, że ma tak wielkie poczucie winy, ale właśnie dlatego, że on sam wciąż czuje się ofiarą. To jest bardzo trudne do wyobrażenia.

Są tu także dwa bardzo ważne wątki: pierwszy, to obawa rodziny Varani, że sprawcy zostaną uniewinnieni ze względu na wpływy i koneksje, a drugi: przekonanie, że chłopcy z dobrych domów nie mogą cierpieć, że wymyślają sobie problemy, zamiast „wziąć się w garść”. Budujesz książkę na takich sprzecznościach.
Myślę, że od tego jest właśnie literatura, która występuje w kontrze wobec głównego dyskursu medialnego czy tego, który mamy w mediach społecznościowych. Jest on w duchu manichejski, czyli wszystko ma być albo czarne, albo białe, odpowiedź ma być jasna i jednoznaczna. A ludzkie doświadczenie zwykle takie nie jest, ma całą paletę odcieni. I zadaniem literatury jest oddać tę złożoność, czy też przywrócić ją. Upraszczanie jest dla mnie upokarzaniem, brakiem szacunku względem doświadczenia ludzkiego.
Miałem kontakt ze wszystkimi trzema historiami czy też rodzinami albo bliskimi Manuela, Marco i Luki, ale ci wszyscy ludzie nie spotkali się między sobą. I to było dla mnie niezwykle uderzające, bo wydaje mi się, że aby pokonać traumę, trzeba przynajmniej spróbować spojrzeć sobie w twarz i zobaczyć ludzi w sobie wzajemnie. To było dla mnie naprawdę dziwne doświadczenie – że ja rozmawiałem z nimi wszystkimi, a oni ze sobą nie.
W tle jest jeszcze jeden wątek, o którym rzadziej piszą krytycy czy dziennikarze, a jednak bardzo istotny. Do Rzymu przyjeżdża starszy, dobrze sytuowany Holender, który wykorzystuje małoletnich chłopaków. Wynajmuje obskurną kawalerkę, przyprowadza tam nastolatków, którym płaci za seks. We Włoszech seks z dzieckiem poniżej 10 lat jest ścigany z urzędu, jeśli małoletni ma 10–14 lat wymaga to zgłoszenia przez rodziców, powyżej tego wieku do 18 lat – przez ofiarę. Trzynastolatek, który zgłosił Holendra, był imigrantem, nie miał we Włoszech rodziców. I mężczyzna spokojnie wrócił do domu. To systemowa możliwość pozwalająca bogatym korzystać z „zasobu”, jakim są biedni.
To jest historia równoległa, te dwie opowieści nigdy się nie spotykają. Dlatego można się zastanawiać, dlaczego ona się tutaj pojawiła. To nie jest problem, który akurat w Rzymie się jakoś wybija, szczególnie w porównaniu z innymi europejskimi miastami.
Natomiast śledztwo w sprawie Holendra oraz pedofilii odbywało się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy to dotyczące zamordowania Luki Varaniego. Co więcej, to wszystko działo się niedaleko miejsca, w którym mieszkam. Mieszkanie, gdzie znaleziono ciało Luki, znajduje się jakieś dwadzieścia minut na motocyklu od mojego domu. A spotkania pedofilskie jeszcze bliżej.
Pedofil, o którym piszę, to przypadek „tradycyjny”, mam tu na myśli to, że jest to człowiek, który ma wyraźną intencję, świadomość i wolę, które prowadzą do określonych działań. Jakkolwiek jest to straszne, to jest też spójne, podczas gdy w przypadku Manuela i Marco jest to zupełnie coś innego, nowego – zło oddzielone od świadomych myśli. I wydaje mi się, że to nowe, trudne do uchwycenia zjawisko. I właśnie dlatego zestawiłem te dwa rodzaje zła.
„Wszyscy boimy się losu ofiary. Kogoś okradzionego, oszukanego, napadniętego, zdeptanego. Trudniej jest bać się czegoś przeciwnego. Modlimy się do Boga lub losu, by nie pozwolił nam spotkać mordercy na ulicy. Ale jaką emocjonalną przeszkodę musimy pokonać, by wyobrazić sobie, że pewnego dnia to my możemy wcielić się w rolę kata?” – to jest clou tej książki i w pewnym sensie odpowiedź na pytanie, które zadajesz: dlaczego? Bo przecież nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Jest tylko taka. A może coś się zmieniło przez ostatnie kilka lat i dziś inaczej odpowiadasz?
Kiedy kończę książkę, staram się od niej na jakiś czas odsunąć. W tym przypadku było mi to szczególnie potrzebne. W końcu przez lata cały czas myślałem o tych trzech chłopakach – rano, kiedy się budziłem, i w nocy, kiedy kładłem się spać. Kiedy oddałem książkę do wydawnictwa, znów poczułem się obserwatorem, a nie kimś, kto jest w środku tej historii.
Po czasie i z odrobiną dystansu nie odkryłem żadnego nowego motywu zbrodni, bo go po prostu nie ma. Przemoc zawsze jest bezsensowna, nawet kiedy ma motyw, poza obroną własną. Natomiast, gdybym miał odpowiedzieć, co tak właściwie się stało, to nadal uważam, że ci dwaj mężczyźni „naładowali” się wzajemnie jakąś potencjalnością przemocy, której nie potrafili wyładować w inny sposób. To by jakoś wzmacniało tezę, że zło jest formą opętania.
Spójrzmy na jakąś codzienną, zwyczajną kłótnię – kiedy patrzymy na to z zewnątrz, wiemy, co się stało, ale kiedy jesteśmy w jej środku, to robimy zwykle coś, aby wyładować swoją złość – krzyczymy, trzaskamy drzwiami, rzucamy czymś. Rządzi nami gniew. Jednak od tego momentu do skrzywdzenia drugiej osoby nadal jest bardzo daleka droga.
W przypadku Manuela i Marco dochodzą do tego narkotyki, ale gdyby tylko one były odpowiedzialne, to mielibyśmy kilkadziesiąt tysięcy morderstw dziennie. Tutaj mamy ludzi winnych niezdolności powstrzymania przemocy, która ich opętała. Okazało się, że znali siebie o wiele mniej, niż się spodziewali. Byli słabi wobec zła, które ich opętało. Oczywiście nadal jest to tylko moja hipoteza.
Wychodzisz od faktów: protokołów policyjnych, raportów medycznych, wiadomości prywatnych, mediów społecznościowych, rozmawiasz z rodzinami i przyjaciółmi. Bardzo drobiazgowo rekonstruujesz drogę trzech mężczyzn – niektórzy powiedzą: zbyt drobiazgowo. Nie mogłeś wiedzieć tych wszystkich rzeczy. Twój reportaż czyta się bowiem jak doskonałą powieść. To może być dla tego gatunku siła, ale też duże niebezpieczeństwo. Jak to było z formą? Na jakim etapie zdecydowałeś, jak pisać i dlaczego?
Tę decyzję podjąłem bardzo szybko i dotyczyła po prostu wierności temu, co się stało. Powiedziałem sobie, że żaden z tych wielu szczegółów ani żadna linijka tego tekstu nie będzie wymyślona, wręcz przeciwnie – każda będzie miała oparcie w dokumentach, aktach, rozmowach. Kiedy piszę, że ktoś coś pomyślał, to nie jest moja hipoteza, tylko to także odnajduje odzwierciedlenie w faktach. I tych dokumentów było naprawdę bardzo wiele, bo nie były to tylko akta procesowe, ale także ogrom rozmów na WhatsAppie, rozmowy z karabinierami i tym podobne rzeczy. Kiedy zebrałem to wszystko, dało mi to sześć tysięcy stron. I to były same fakty, jeszcze bez tych wszystkich dodatkowych rzeczy. Na przykład teraz w aktach procesowych mamy takie dane jak dokładna trasa GPS, gdzie ktoś chodził, dokładne słowa z rejestracji telefonów.
Przez to oczywiście ta praca była długa, żmudna i trudna. Z mojego doświadczenia powieściopisarskiego bierze się natomiast użycie języka, sposób pisania, ale nie żadne szczegóły. To była podstawowa zasada moralna, którą przyjąłem. Mamy do czynienia z okrutną zbrodnią, ostatecznie dwie osoby nie żyją w jej wyniku, zostały rodziny. Nie czułem, abym mógł cokolwiek wymyślać w tej sytuacji.
A drugim zadaniem, które sobie postawiłem, było: nie oceniać. Zresztą od początku było wiadomo, kto zabił, więc z tego osądu też nic by nie wynikało. Poza tym, im mniej oceniamy, tym bardziej inni się przed nami odkrywają. Prawda i autentyczność są odwrotnie proporcjonalne do naszego osądu.
Jestem ciekawa, ile razy zostałeś porównany do Trumana Capote i do jego „Z zimną krwią”?
„Z zimną krwią” to jest oczywiście absolutny klasyk literatury amerykańskiej i jest bardzo ważny, ale ja powiedziałbym, że porównania, które się pojawiają, to raczej włoska tradycja literatury non fiction. Nie jest ona może mocno związana ze zbrodnią, ale są to na przykład: „Czy to jest człowiek” Primo Leviego, niepowieściowe książki Leonarda Sciascii czy niektóre książki Anny Marii Ortese.
Oczywiście „Z zimną krwią” też mnie porusza, zwłaszcza przez eklektyzm tej książki. Kiedy zestawić ją ze „Śniadaniem u Tiffany’ego” to możemy porównać pewne wyrafinowanie stylu. Co ciekawe Capote jest człowiekiem, który pochodził z prowincji, ale pisał o wielkich miastach. Mamy więc spojrzenie kogoś z zewnątrz, co jest mi bliskie, bo ja też opisuję Rzym, w którym się nie urodziłem.
Wracamy więc do miasta, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę. Do miasta Felliniego i Pasoliniego, którzy w podobnym czasie kręcili „Słodkie życie” i „Włóczykija”. Te dwa filmy i reżyserzy opowiadają zupełnie inaczej, ale obaj są przybyszami z zewnątrz i opowiadają o swoim widzeniu Rzymu.
Za fantastyczne tłumaczenie rozmowy z autorem ogromnie dziękuję Natalii Mętrak-Rudej.
Książka:
Nicola Lagioia, „Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie”, tłum. Tomasz Kwiecień, wyd. Czarne, Wołowiec 2025.
