
Historia polskiej rzeźby przez długi czas była przedstawiana przede wszystkim przez pryzmat działalności mężczyzn. To oni stanowili większość artystów, mecenasów czy krytyków sztuki, przez co mieli również znaczący wpływ na kształtowanie opinii o rzeźbie.
Nie oznacza to jednak, że kobiety pozostawały poza obszarem rzeźbiarstwa. Jednak pojawiły się w tej dziedzinie znacznie później niż choćby w malarstwie. Ich droga do uznania wymagała także przełamywania stereotypów dotyczących roli kobiet, ale także ograniczeń związanych z wyborem tematów, technik czy materiałów.
Te trudne doświadczenia artystek stanowią punkt wyjścia dla książki Dagmary Budzbon-Szymańskiej „Rzeźbiarki”, która ukazała się w tym roku w wydawnictwie Arkady. O herstorii, rzeźbie i odkrywaniu zapomnianych artystek – rozmawiam z autorką.
Sylwia Góra: Od kilku lat mamy dobry czas dla herstorii, ale ostatnio słyszę też opinie, że opowieści, książek o kobietach jest za dużo. I zawsze mam ochotę odpowiedzieć, że przez tyle wieków o kobietach nie pisało się w ogóle, że przez kilka następnych nie zdążymy uzupełnić tych braków. A jak ty reagujesz na takie opinie?
Dagmara Budzbon-Szymańska: Faktycznie, też dostaję czasem takie pytania na spotkaniach autorskich. I faktycznie jest dokładnie tak, jak mówisz: w historii sztuki mamy ogromne braki, jeśli chodzi o nazwiska kobiece, bo przez setki lat sztuka tworzona przez kobiety była marginalizowana i liczyła się tylko ta tworzona męską ręką. To luka, która wymaga uzupełnienia, ale nie uda się tego zrobić ani łatwo, ani szybko.
Luka ta dotyczy zresztą nie tylko słowa pisanego, lecz także tego, jak myślimy. Na studiach historyczno-sztucznych, czy jakichkolwiek innych związanych ze sztuką i kulturą, dominują nazwiska mężczyzn. Żeby to zmienić, potrzeba dużo badań, wiedzy na temat tego, że kobiety uprawiające sztukę jednak istniały i robiły wiele bardzo ciekawych, nieraz zupełnie nowatorskich rzeczy.
To szczególnie ważne, bo taka wiedza daje potem młodym pokoleniom nową świadomość i możliwość odnoszenia się do postaci kobiecych.
Kiedy ja studiowałam historię sztuki, oczywistością było, że sztukę tworzyli głównie mężczyźni. I nawet nikt nie zastanawiał się, czy tak faktycznie było, nie kwestionował tego założenia.
Zmiana tego typu myślenia była długim procesem, dużo czasu minęło, zanim pomyślałam: „Ale zaraz, dlaczego w tych książkach nie ma żadnych kobiet? Czy żadna kobieta nie malowała?”. I odkrycie, że tych tworzących kobiet było jednak sporo, zmieniło moje patrzenie na sztukę.
Mówisz o samym myśleniu, świadomości, że kobiety tworzyły od zawsze. Drugą kwestią jest jednak procent twórczości kobiet w muzeach czy galeriach. Zarówno tych państwowych, jak i prywatnych. Dobrym przykładem jest Mela Muter, która kiedyś była nazwiskiem zupełnie nieznanym i nikt specjalnie nie kupował jej obrazów albo kupował je za grosze przy okazji zakupu kogoś innego z kręgu École de Paris, a dziś jej prace są chętnie nabywane przez prywatne placówki czy kolekcjonerki i kolekcjonerów, bo wiedzą, że to inwestycja.
To kolejny ważny aspekt. Jeżeli spojrzeć na wyniki aukcyjne, czy na to, co się sprzedaje w galeriach, to jednak sztuka kobiet nadal jest w mniejszości. I nadal kolekcjonerami bardzo często są mężczyźni, niekoniecznie zainteresowani twórczością kobiet albo niemający zbyt dużo wiedzy na ten temat.
Jeśli chodzi o muzea, to widać, że powoli nadrabiają braki w sztuce tworzonej przez kobiety. Organizuje się coraz więcej ekspozycji poświęconych artystkom, coraz więcej prac malarek czy rzeźbiarek pojawia się na ekspozycjach stałych. Ale procentowo nadal tych nazwisk nie jest dużo, wciąż jest w tej kwestii wiele do zrobienia. Pewne rzeczy przychodzą do nas z opóźnieniem, na przykład słynny esej Lindy Nochlin „Dlaczego nie było wielkich artystek?”, po polsku ukazał się całkiem niedawno, a przecież książka po raz pierwszy wyszła w roku 1971.
Ten esej to dobry powód, aby zapytać, w jaki sposób, jako historyczka sztuki, podchodzisz do relacji między biografią artystki a analizą jej twórczości? Czy te dwa podejścia powinny być wyraźnie rozdzielone, czy przeciwnie, warto je ze sobą łączyć i osadzać twórczość artystki w szerszym kontekście historycznym, artystycznym i społecznym? I czy zainteresowanie biografiami artystek nie sprawia czasem, że ich życie zaczyna przesłaniać nam samą sztukę?
Z mojego punktu widzenia biografia i sztuka są ze sobą bardzo ściśle związane.
Każdy człowiek jest wpisany w czas, w którym żyje i w to, co się wokół niego dzieje, w jakieś swoje osobiste przeżycia. Bardzo trudno jest na przykład rozmawiać o Alinie Szapocznikow, nie wspominając o jej biografii, trudno zrozumieć jej sztukę, nie wiedząc, przez co przeszła. Z tego punktu widzenia znajomość życiorysów artystów i artystek jest konieczna.
Poza tym biografie potrafią naprawdę inspirować – właśnie dlatego, że są żywe, ciekawe, pełne „smaczków”. Praca stricte historyczno-artystyczna też jest niezwykle potrzebna, bo pozwala ona nadać kontekst i krytycznie spojrzeć na czyjąś twórczość.
Osobiście łączę te dwie drogi, bo zajmuję się popularyzacją historii sztuki.
Nie piszę książek naukowych, moim celem jest zachęcenie do sztuki jak największej liczby osób. Wydaje mi się, że jako społeczeństwo znaleźliśmy się w momencie, gdy jesteśmy gotowi na przyjęcie większej dawki sztuki niż do tej pory, na interesowanie się nią bardziej i głębiej.
Chcemy chodzić do muzeów, stać w kolejkach na wystawy – to coraz częstszy widok, a przecież kolejek tych nie tworzą wyłącznie specjaliści, historycy czy artyści. Na wystawy chodzi ogrom społeczeństwa i to właśnie dla tych osób są moje książki. Dlatego zawsze staram się w każdej pozycji pisać i o twórczości, i o sztuce, i o życiu. To mieszanka, która pozwala lepiej zrozumieć i utożsamić się z bohaterkami.
To, co powiedziałaś, jest bardzo ciekawe, bo mam wrażenie, że dziś obserwujemy prawdziwy boom na muzea – nie tylko w Polsce, ale właściwie wszędzie. Jeszcze niedawno chodzenie do muzeum było raczej niszową formą spędzania czasu, a dziś muzea są właściwie stałym elementem podróży wielu z nas. Skąd wzięła się ta potrzeba obcowania ze sztuką?
Wydaje mi się, że po prostu osiągnęliśmy pewien poziom zamożności oraz wykształcenia i jesteśmy gotowi na to, żeby dalej się rozwijać. Bo sztuka pozwala rozwijać się emocjonalnie, duchowo, kulturowo i daje nam to coś więcej, czego w życiu przecież potrzebujemy.
Przez kilkanaście lat mieszkałam w Wielkiej Brytanii oraz we Włoszech i zawsze, kiedy wracałam do Polski, zastanawiałam się nad tym, dlaczego u nas muzea są zdecydowanie mniej popularne niż tam. Ale teraz sytuacja diametralnie się zmieniła i już nie mam takiego poczucia.
Nasze muzea i przestrzenie galeryjne są pełne, nie tylko w weekendy, ale również w dni powszednie. Chodzą tam turyści, dzieci, które uczestniczą w świetnych programach edukacyjnych, ale także zwykli ludzie, którzy chcą oglądać sztukę.

Twoja nowa książka jest poświęcona rzeźbiarkom, a mam wrażenie, że o rzeźbie wciąż mówi się znacznie mniej niż o malarstwie. Zresztą kobietom-rzeźbiarkom było jeszcze trudniej niż malarkom. Tymczasem ostatnio mieliśmy kilka dużych wystaw poświęconych właśnie rzeźbie, na przykład „Bez gorsetu. Camille Claudel i polskie rzeźbiarki XIX wieku” w Muzeum Narodowym czy „Kierunek Paryż. Polskie artystki z pracowni Bourdelle’a” w Królikarni. Czy sposób, w jaki dziś pokazuje się rzeźbę, rzeczywiście może sprawić, że zaczynamy patrzeć na nią inaczej?
Dla kobiet droga artystyczna zawsze była bardzo trudna, malarstwo jednak było przez kobiety bardziej oswojone, chociażby z tego powodu, że malować musiała każda pani chcąca dobrze wyjść za mąż. Malowanie i gra na pianinie były umiejętnościami, których uczono dziewczynki od najmłodszych lat. Nie było więc nic nienaturalnego w tym, żeby dziewczynka siedziała z pędzlem i coś malowała. Rzadko która potem rozwijała z tego karierę, choć zdarzało się i tak – wszyscy znamy nazwiska takie jak Sofonisby Anguissoli czy Artemisii Gentileschi.
W przypadku rzeźbiarek sytuacja była zgoła inna – ich przed XIX wiekiem praktycznie nie było. W okresie renesansu w Bolonii tworzyła Properzia de’ Rossi; była jedyną rzeźbiarką wymienioną przez Vasariego w jego „Żywotach najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów”. I to by było na tyle, jeśli chodzi o nazwiska kobiet, bo rzeźba od wieków kojarzyła się z silnym mężczyzną, który chce się ubrudzić, zmęczyć, który sam przenosi marmurowe bloki i wypręża muskuły, wydobywając z twardego kamienia formę. Właśnie dlatego żadna kobieta się na taką karierę nie decydowała.
O rzeźbie mówi się mniej niż o malarstwie także z prozaicznego punktu widzenia: żeby ją wystawiać, kolekcjonować czy przewozić trzeba więcej miejsca i więcej pieniędzy.
Kiedy rozmawiałam z jedną z bohaterek mojej książki, powtórzyła mi anegdotkę swojego profesora, że rzeźba to to, o co się potykamy, kiedy odchodzimy, żeby obejrzeć wiszący na ścianie obraz.
I trochę tak jest – rzeźba jest mniej zrozumiana, a przez to mniej doceniona przez szeroką publiczność.
Dla mnie osobiście jest ona niezwykle fascynującą dziedziną sztuki, właśnie przez to, że jest trójwymiarowa, różnorodna tak pod względem materiałowymi, jak i technologicznym, że idzie z duchem czasu, że nas otacza, nawet jeżeli nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Oczywiście trudno jest kupić rzeźbę i postawić ją w domu, bo zazwyczaj nie mamy na to miejsca. Natomiast kiedy chodzimy po mieście, to bardzo często oglądamy rzeźbę w przestrzeni. Ona z nami żyje, niekoniecznie w galeriach, ale w parkach, na ulicach, na placach. Dlatego właśnie powinna się nam stać trochę bliższa.
Powiedziałaś też o dwóch wystawach, które odbyły się całkiem niedawno, poświęconych rzeźbiarkom. Dla mnie one były niezwykle inspirujące, bo zwróciły uwagę na rzeźbę, pokazały ją publiczności, zachęciły do bliższego z nią kontaktu.
Jestem przekonana, że czas rzeźby nadchodzi, że jeszcze chwila i stanie się ona popularna.
I takie ekspozycje ogromnie się do tego przyczyniają.
Wybrałaś do książki bardzo różne kobiety – od XIX wieku aż po współczesność. Są wśród nich artystki dziś niemal zapomniane, jak Rożniatowska, Zbrożyna, Woźniak czy Niewska, ale są też takie jak Kobro, Szapocznikow czy Abakanowicz, które zdecydowanie przebiły się do szerszej świadomości i nie funkcjonują już wyłącznie w obiegu eksperckim. Czy przez lata pracy nad tym tematem, a także przy okazji tej książki, zastanawiałaś się, co sprawiło, że akurat tym artystkom udało się przebić?
Myślę, że w przypadku Abakanowicz i Szapocznikow bardzo ważna była ich widoczność za granicą. Abakanowicz wystawiała na całym świecie jeszcze za życia, Szapocznikow naprawdę popularna stała się dopiero paręnaście lat temu, odkąd została pokazana w Londynie, a potem w Nowym Jorku.
Kiedy studiowałam i zajmowałam się twórczością Szapocznikow, jeździłam z jej synem po muzeach i przeglądałam jej archiwa, które nie były wówczas jeszcze zdigitalizowane. Wtedy o Szapocznikow mówiło się znacznie mniej, jej popularność dopiero się zaczynała.
Abakanowicz natomiast była niezwykle skuteczna w kreowaniu swojej kariery. Zanim jeszcze zajęła się rzeźbą, już była postacią docenioną na arenie międzynarodowej dzięki swoim dokonaniom w dziedzinie tkaniny.
Jeśli chodzi o Kobro, to wydaje mi się, że nadal nie cieszy się takim uznaniem i popularnością, jakimi powinna się cieszyć. Owszem, jej nazwisko funkcjonuje w historii sztuki, ale czy szeroka publiczność naprawdę ma świadomość tego, czego dokonała, jak bardzo nowatorska była jej twórczość? Czy nie zasługuje na większą widoczność?
A rola Ryszarda Stanisławskiego, wieloletniego dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi, a także przez jakiś czas partnera Szapocznikow, i pokazanie przez niego sztuki Kobro, przede wszystkim we Francji, nie wpłynęło na tę zagraniczną rozpoznawalność?
Zdecydowanie, ale nadal mówimy tutaj o wąskim gronie specjalistów. Uważam, że Katarzyna Kobro jest jedną z tych postaci, która powinna znajdować się w każdej książce o sztuce europejskiej. A wcale tak nie jest.
A na ile na to, które artystki dziś wracają do szerszej świadomości, wpływa zainteresowanie z zagranicy, a na ile prywatne kolekcje i galerie, które w ostatnich latach zyskały tak duże znaczenie? Myślę tu choćby o takich miejscach i nazwiskach jak Krupowie we Wrocławiu, Starmachowie w Krakowie, Starakowie w Warszawie.
Wpływ galerii i kolekcji prywatnych jest faktycznie bardzo duży. Tym bardziej, że wystawy przez nich organizowane odbijają się szerokim echem, są nagłaśniane, wiele osób przychodzi je zobaczyć. Ich rola jest nie do przecenienia.
Kiedy czytałam twoją książkę, widziałam pewne elementy, które łączą bohaterki mimo dzielących je epok. Widać jednak także, jak bardzo zmieniło się samo myślenie o rzeźbie i o rzeźbiarkach. Dawniej mówiliśmy przede wszystkim o kamieniu, marmurze czy metalu, dziś artystki coraz częściej sięgają po miękkie, nieoczywiste materiały i bywają określane raczej jako „artystki wizualne” niż rzeźbiarki. Czy ta zmiana języka i materiałów nie sprawia trochę, że współczesna rzeźba traci swoją tożsamość?
Myślę, że nie – zmienia się po prostu materiał, z którego rzeźba jest tworzona i w ten sposób zmienia się też nomenklatura mówienia o rzeźbie. Rzeźba jest bardzo podatna na zmiany w technologii i zmiany w materiałach. I zawsze taka była – to dlatego jest taka fascynująca.
Zuzanna Janin zrobiła rzeźbę z waty cukrowej i nikt nie ma wątpliwości, że to rzeźba. Mamy też palmę Rajkowskiej na rondzie de Gaulle’a („Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich”), która przecież też jest rzeźbą – instalacją rzeźbiarską.
Od połowy XX wieku w rzeźbie zaczęły pojawiać się nowe materiały: miękkie i plastyczne, jak choćby sztuczne żywice. Rzeźbiarze i rzeźbiarki od razu bardzo się nimi zainteresowali – natychmiast uznano, że rzeźba to nie tylko praca w marmurze, kamieniu czy ceramice, ale że można też używać innych, bardziej nietypowych materiałów.
I to faktycznie zmieniło oblicze rzeźby, ale również uczyniło z niej coś bardziej ekscytującego, bo nagle okazało się, że rzeźbę można tworzyć ze wszystkiego, także z gąbki czy z papieru.
Każda czytelniczka i czytelnik mogą oczywiście sami odnaleźć w twojej książce własny klucz czy nić łączącą bohaterki. Ale jaka była ta nić dla ciebie? Co łączyło wybrane przez ciebie artystki i według jakiego klucza budowałaś tę książkę?
Dla mnie najważniejsza była ciągłość – biografiami chciałam poprowadzić czytelników od czasów, gdy rzeźbiarki pojawiły się na scenie artystycznej, aż do dnia dzisiejszego. Zależało mi, żeby każda z nich troszeczkę przesuwała tę historię do przodu.
Faktycznie znalazłam też wiele wątków łączących rzeźbiarki: w wielu biografiach powtarza się chęć udowodnienia, że kobiety mogą zabrać się za materiał uważany stereotypowo za męski, że mogą kuć w kamieniu, że to wcale nie jest takie trudne. Powtarza się też fascynacja rzeźbą już od najmłodszych lat i chęć rzucenia wyzwania samemu materiałowi, odnalezienia swej własnej drogi.
I na koniec chciałabym cię zapytać o najmłodsze, ale też średnie pokolenie rzeźbiarek. Jakie, z perspektywy swoich rozmów z nimi, widzisz dziś największe wyzwania, z którymi muszą się mierzyć?
Myślę, że wbrew pozorom
współczesne rzeźbiarki nadal mają podobne wyzwania, co ich poprzedniczki, a więc głównie natury materialnej: jak się utrzymać, jak się przebić, w jaki sposób uczynić ze sztuki coś, z czego można żyć.
I to jest chyba najtrudniejsze.
Są też oczywiście rzeczy, które się zmieniły. W tej chwili na wyższych uczelniach artystycznych w Polsce 80 procent studiujących to kobiety. Mówimy oczywiście o studentkach, bo na wyższych stanowiskach kobiet nadal jest mniej niż mężczyzn.
I mimo upływu lat kobiety wciąż muszą stawiać czoła stereotypom: najmłodsza z moich bohaterek, Ola Nenko, opowiadała mi, że kiedy idzie kupić spawarkę, to sprzedawca zawsze wypatruje mężczyzny, dla którego ona tę spawarkę kupuje. Mimo tego, że świat się zmienił, mimo tego, że poszliśmy do przodu, tego typu stereotypy ciągle się zdarzają. I są dużymi wyzwaniami.
Książka:
Dagmara Budzbon-Szymańska, „Rzeźbiarki”, wyd. Arkady, Warszawa 2026.