Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Dobra praca nóg....

Dobra praca nóg. O „Królu” Szczepana Twardocha

Łukasz Kowalczyk

Szczepan Twardoch dobrze rozumie podstawową zasadę budowania marki produktu z wyższej półki – „lepsze jest wrogiem dobrego”. Póki publika akceptuje skład produktu, póki wytwór uczyniony z określonych ingrediencji smakuje, póty nie należy nic zmieniać. Poza opakowaniem.

Mając na względzie „Wieczny Grunwald”, „Morfinę”, „Dracha”, jak i nowowydanego „Króla” przyjęty przez Szczepana Twardocha przepis na powieść wydaje się nietrudny do odszyfrowania.

1. Kadź

Weź za każdym razem nową kadź kontekstu historycznego. W niej będziesz mieszał. Pamiętaj, że kadź musi być ze szlachetnego metalu. Bo kontekst musi w toku historii pozostać odporny na działania bohaterów. Pamiętaj też, że kadź musi charakteryzować się dobrym przewodnictwem cieplnym. Podgrzewana będzie pozwalać substancjom na ruch, łączyć wątki, pchać bohaterów do określonych działań. Będą ogrzewani ciepłem kadzi, będą oziębiani jej zimnem.

U Twardocha to nie konstrukcja bohatera jest uzasadnieniem dla jego poczynań, ale właśnie kontekst czasów, w których toczy się akcja. Innymi słowy – osobowość postaci ma znaczenie, ale staje się kołem zamachowym zawsze z uwagi na kontekst. Może sobie być główny bohater, jak w „Morfinie”, od samego początku złaknionym miłości egotykiem, ale to określone zdarzenia okupacyjne wydobędą z tego faktu konkretne konsekwencje. Może, jak w „Królu”, odczuwać potrzebę udowodnienia sobie, że ma cechy, których nie ma, i że nie ma cech, które ma, ale to konkretne elementy polityki II RP, solidne przegródki społecznego rozwarstwienia i narodowe wzmożenie spowodują, że owa potrzeba zacznie w nim w określony sposób pracować. Jeżeli bohater przechodzi metamorfozę, łatwo odnajdziemy źródła tej przemiany w naczyniu, w którym został przez autora umieszczony.

twardoch_krol_okladka

Kadź można wziąć z domu, tego większego, w którym mieszka wspólnota („Wieczny Grunwald”) albo z tego mniejszego, lokalnego, („Drach”). Jeśli się te kadzie już wykorzystało, trzeba zacząć ich produkcję samemu. Podejrzewam, że Twardoch wyklepuje kadzie w bibliotekach („Morfina”, „Król”). Czasem wyklepie je lepiej („Morfina”), czasem gorzej („Król”). Żeby nie wiem jak sprawnie klepać, nigdy taka kadź nie będzie równie dobra, jak ta domowa. Choćby dlatego że wiedza z książek i gazet nie jest spójna i głęboka, lecz wycinkowa. Nie pozwala swobodnie poruszać się wzdłuż wektora czasu bez ryzyka kiksu, fałszywego tonu biorącego się z braku wyczucia. Opowieści rodzinne, opowieści o miejscach, w których się wychowaliśmy, pozwalają odważniej grać na klawiszach całej gamy czasowej, bo to dzięki tym opowieściom wiemy, jak to powinno brzmieć. Zyskujemy dzięki nim bezwiedną wprawę w takiej grze, przekonująco improwizujemy. Ryzyko fałszywej nuty jest małe. Gdy Twardoch pisze o Śląsku, rozciągając swobodnie fabułę na różne okresy, warto się w nią wsłuchać, bo można usłyszeć w tym Śląskość.

Za każdym razem, gdy Twardoch umiejscawia opowieść w Warszawie – a dzieje się tak i w przypadku „Morfiny”, i w przypadku „Króla” – jego spojrzenie jest mocno punktowe. I w tym tkwi poważny problem. Jednak skoro kontekst ma być tak ważny, to ograniczenie go do wąskiego wycinka czasu utrudnia wytłumaczenie czytelnikowi, że Zeitgeist, historyczne wydarzenia mogą być aż tak istotną determinantą.

„Król” pokazuje tę konstrukcyjną słabość „warszawskich” powieści Twardocha w sposób najbardziej dobitny. W „Morfinie” nieco łatwiej wierzymy w przewagę kontekstu nad wolą bohatera. Po pierwsze, Willeman jest werterowsko bezwolny. Po drugie, okupacja to jednak nie przelewki. Nie ma czołgów z dykty, a ludzie wokół też są twardsi. W „Królu” autor kilkakrotnie przytacza nam opowiastkę o niemożności przeskoczenia biedaka do klastra bogaczy, nieodwołalności podziałów etnicznych albo przekleństwie męskiego braterstwa krwi, które „skazuje” na lojalność na całe życie. To wszystko jest jednak napisane za bardzo wprost. Za mało jest w tej książce obrazów, a za dużo opowiastek, by uwierzyć w realną siłę opisywanego świata.

To, co fantastycznie udało się w „Wiecznym Grunwaldzie”, a jeszcze lepiej (bo subtelniej) w „Drachu”, tutaj nie przekonuje. Świat „Króla” jest złą i okrutną, ale jednak operetką. Postaci, które determinują los naszego boksera, bardziej przypominają właścicielkę „Stu dalmatyńczyków” z kreskówki Disneya niż pełnowymiarowego demiurga. Podsumowując – tak zarysowany główny bohater mógłby te operetkowe dekoracje rozbić kilkoma ciosami bokserskiej pięści. Gdyby tylko chciał. Albo chociaż chciał spróbować. A przecież, w przeciwieństwie do Willemana z „Morfiny”, chciałby bardzo.

2. Składniki i przygotowanie

Weź jednego młodego, dobrze ubranego mężczyznę o dość wysokim statusie społecznym i dodaj jedno stworzenie quasi-mityczne. Oblej sosem doświadczeń własnych. Zamieszaj. W trakcie mieszania dodawaj, w małych porcjach, laboratoryjnie dokładne opisy eleganckich miejsc i przedmiotów oraz drażniące czytelnika kobiety. Utrzymuj na małym ogniu. Nie pozwól, żeby się zagotowało na dłużej niż kilka stron. Prowadź ścieżkę dialogową tak, żeby nie było jasne, czy mówi mężczyzna, stworzenie quasi-mityczne, czy ewentualnie coś, co się z nich wytworzyło w trakcie mieszania.

Co do mężczyzny, to trudno się czepiać. Główna postać „Króla” jest z pewnością ciekawsza, niż zgrana już mocno w polskiej literaturze figura płowego półstraceńca o niezdrowych nałogach i kryzysie tożsamości, który nie tylko rozgościł się w „Morfinie” i w „Drachu”, ale od dawna pokutuje na kartach co drugiej polskiej powieści – od Żeromskiego poczynając, a na Żulczyku kończąc (żeby pozostać przy literze „Ż”). Atletyczny żydowski bokser-mafioso, co nieco homoerotyczny, lecz pełen testosteronu, o (delikatnie mówiąc) niezbyt szarmanckim stosunku do dam, nie dziwiłby w powieści amerykańskiej, ale na polskiej scenie jest intrygującym novum. Już sam fakt obcowania z bokserem jest odświeżający. Oczywiście był „Zły”, ale tam sprawa miała się odwrotnie niż w „Królu”. Kontekst i dekoracje były zarysowane fenomenalnie, za to postać główna zrobiona z ideologicznego papier mâché. Jeśli miałbym wymienić jeden podstawowy powód, dla którego powinniśmy przeczytać „Króla”, wskazałbym właśnie obecność głównego bohatera – Jakuba Szapiro. Spotkanie to jest niestety dość nużące, bo inne postaci są (co najwyżej) dwuwymiarowe. No i scena, na której dochodzi do spotkania, się cośkolwiek chwieje, kadź się chybocze na boki, ale mimo wszystko – warto.

Jeśli chodzi o mityczne stworzenie, bardzo się ono w „Królu” autorowi nie udało. Sam jest sobie winny, bo w poprzednich powieściach postawił poprzeczkę wyjątkowo wysoko. Świetna jest chtoniczna figura niedorobionego Behemota, której pozwala się mówić w „Drachu”. Nie dość, że zarządza narracją powieści, to jeszcze nadaje jej dodatkowy pozaepicki wymiar. W „Wiecznym Grunwaldzie” amorficzny propolski byt nie ma tam co prawda mitologicznej formy, lecz jako emanacja określonej siły czyni dla zbiorowego bohatera tej powieści niemniej niż Gaia dla Anteusza. Odżywia, a jeśli trzeba – daje zmartwychwstanie. Pozwala, by monolog bohatera trwał przez wieki. Istota, której dano głos w „Morfinie”, też splata się z głównym bohaterem w sposób konieczny.

W „Królu” Twardoch postanowił wykorzystać figurę Lewiatana. Raczej w wersji biblijnej niż nowożytnej. Olbrzymi kaszalot wisi nad Warszawą lat 30., zazwyczaj w pionie, niczym wielka szynka serrano nad barem w za drogiej knajpie tapas. I podobnie jak w tym drugim przypadku – służy tylko ozdobie.

Oczywiście możemy się jako czytelnik dowartościować samym dekodowaniem figury. Kaszalot nosi imię Litani, co jest zaledwie dalekim echem hebrajskiego Lewitani, więc trzeba nam uczynić śmiałe założenie co do personaliów ssaka i uznać samo rozpoznanie w nim Lewiatana za wartość. Chyba że kazano nam czytać w liceum „Moby Dicka” – wtedy mamy łatwiej. Miłośnicy innych lektur obowiązkowych mogą czuć się usatysfakcjonowani tym, że Twardoch szuka Lewiatana nie w odmętach morskich, lecz na niebie, oddając tym samym uprzejmy hołd „Panu Tadeuszowi”, gdzie kojarzono Lewiatana z Gwiazdozbiorem Smoka. Można się bawić w analogie z symboliką Święta Sukot, zgodnie z którą powrót do Jerozolimy ma nastąpić po zabiciu Lewiatana i uszyciu z jego skóry namiotów wędrowców i zastanawiać się czy autor „Króla” wziął to pod uwagę, gdy postanowił dręczyć głównego bohatera naprzemiennie wezwaniami do podróży do Izraela oraz wizjami syrenio śpiewającego kaszalota.

Tylko po co? I tak wielorybie cielsko wiszące nad stolicą nie umknie przed brzytwą Ockhama. Gdyby kaszalota z „Króla” wyciąć ani fabuła, ani nastrój powieści nie uległyby zmianie. Jest więc niepotrzebny jako postać. Jeśli uznamy, że jest jedną z głównych postaci powieści, robi się z tego poważny zarzut.

3. Sposób podania

Podawać po wystudzeniu, razem z co najmniej jedną dodatkową hipostazą głównego bohatera, obsypane szczodrze, ale z wierzchu, rozważaniami natury ogólnej.

Kolejny must have w twórczości Twardocha to multiplikowanie postaci. Nie zdradzając na czym polega to zagranie w „Królu”, można tylko powiedzieć, że autor asekuruje się w tej sprawie nadmiernie. Ponadto zaniedbuje w tym kontekście wykorzystać postać wieloryba. W konsekwencji nie ma co liczyć na niespodziankę. Wiemy od razu, kto jest czyim porte-parole i jak ma się liczba podmiotów mówiących do podmiotów obecnych w powieści. A nieoczywistość w tym zakresie jest jednym z bardziej urokliwych i intelektualnie zawadiackich cech pisarstwa Twardocha w poprzednich powieściach. Dobrą i ciekawie przetworzoną pozostałością po okresie pisania w konwencji science fiction.

4. Jeść po to, aby żyć, czy żyć po to, by jeść?

Oczywiście, niezależnie od wydziwiań nad sposobem podania, przyrządzenia oraz jakością składników „Króla”, do recenzenckich obowiązków należy stwierdzenie, że nowa powieść Szczepana Twardocha (tutaj wstawiamy dowolny tytuł jego powieści) traktuje o obecności i przemożnej (choć ukrytej w rzeczach małych, niegroźnych zdawałoby się) sile Zła oraz pozorności moralnych kompasów i zawiera konstatacje nie tylko co do natury ludzkiej, ale i co do natury samej w sobie. Potwierdza ona obserwację, że okrucieństwo i małość to nie kwestia ludzkich wyborów, lecz materii z jakiej zrobiona jest kadź, w której się one mielą. Oczywiście, obowiązek ten spełniam posłusznie i twierdzę tak właśnie. Niewesoły jest świat sygnowany przez Szczepana Twardocha i niemiło po nim żeglować. Incidit in Junger cupiens vitare Schmitt.

Ale na zupełny już deser, niejako poza protokołem, pozwolę sobie dodać, że nie czytam Twardocha po to, by się kontentować cierpkim posmakiem jego diagnoz.

Powodem, dla którego jestem wierny temu autorowi i kupię kolejną jego powieść jest to, że szanuje jego upór w powtarzaniu pewnego modelu. I to jeszcze, co sam autor słusznie uznaje za receptę na udane sportowe spotkanie. Mianowicie dobrą pracę nóg. Wytrwałą pracę nad techniką, realizowaną poprzez sekwencje powtórzeń. Co prawda mam wrażenie, że „Król” wyznacza ten moment, w którym literacka materia położyła Twardocha na linach. Ale nie wyprowadzałbym z tego pochopnych wniosków. Taki na przykład Muhammad Ali, leżąc na linach, pięknie się potrafił odwinąć.

Czekam na nokaut. Dość niecierpliwie, przyznam, ale wciąż czekam.

 

Książka:

Szczepan Twardoch, „Król”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

SKOMENTUJ

Nr 408

(44/2016)
1 listopada 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail