
„Akuszerki” autorstwa Sabiny Jakubowskiej stały się lekturą tak popularną jak „Chłopki”. Po kilku latach pracy nad nową powieścią, w tym roku w wydawnictwie Relacja ukazała się kolejna powieść pisarki – „Położne”. Nie jest to jednak kontynuacja czy kolejny tom sagi, ale opowieść o zmieniającej się Polsce z perspektywy kobiety i położnej, Reginy Zdzieńskiej. O pracy nad książką, jej bohaterkach i roli położnej w życiu współczesnych kobiet, rozmawiam z autorką.
Sylwia Góra: Na spotkaniach autorskich byłaś pytana o to, czy planujesz kontynuację „Akuszerek”. Czy to one zainspirowały cię do napisania „Położonych”?
Sabina Jakubowska: „Położne” to tak naprawdę odpowiedź na pytanie czytelniczek i czytelników, którzy porównywali swoje narodziny do tych, które opisuję w „Akuszerkach” i boleli nad tym, że nie wyglądały one w ten sposób. Stanęłam więc wobec bardzo delikatnego i trudnego pytania: dlaczego tak było? Znałam na nie odpowiedź i postanowiłam jej udzielić, pisząc fikcję literacką, w której skupiam się na czasach drugiej wojny oraz powojennych latach, gdzie kobiety rodziły głównie w szpitalach, czasem w izbach porodowych.
Doświadczenie trudnego porodu dotknęło kilku pokoleń kobiet i ich narracja albo w ogóle nie wybrzmiewa, bo chcą o tym zapomnieć, albo jest bardzo podobna i to niestety w negatywnym kontekście. Od pracujących wtedy położnych najczęściej jednak słyszałam: „kochałyśmy naszą pracę”. Zastanawiałam się, jak można te dwie perspektywy pogodzić.
Rozglądałam się za główną bohaterką, bo nie mogła być nią już Franciszka Diabelec z „Akuszerek”, i pomyślałam o Reginie – jej córce. Niby znamy już Reginę, bo towarzyszyliśmy jej do 1950 roku, ale w jej życiorysie jest duża biała plama z czasów okupacji. Wiadomo tylko, że jest wtedy sama w Krakowie. I właśnie od tej sceny zaczynam „Położne”. Towarzyszymy Reginie, kiedy przyjmuje na świat kolejne osoby, bo przecież dzieci rodzą się także w czasie wojny, w ekstremalnych sytuacjach, na przykład w piwnicach podczas bombardowania. Potem razem z bohaterką zastanawiamy się, czym jest wolność i czy ona na pewno już przyszła w 1945 roku. Odwiedzamy także Brzesko czy Jadowniki, ale chyba najciekawsze są Niepołomice i zamek, który po wojnie zamienił się w izbę porodową, było tam także liceum, posterunek policji, biblioteka.
Regina jest też postacią, która wie, jak może wyglądać dobry poród, ale widzi mnóstwo takich, które chciałaby zostawić w trakcie i wyjść, bo jest rozgoryczona tym, co się dzieje w szpitalu, ale odpowiedzialność zawodowa jej nie pozwala. Praca w izbach porodowych i szpitalu jest w jej przypadku poszukiwaniem granic, których nie chce przekroczyć, ale także pewnym pójściem na kompromisy, aby funkcjonować w tym systemie i pomagać rodzącym, najlepiej jak umie. Musi przestrzegać procedur, a rodzajem buntu może być to, że patrzy każdej kobiecie prosto w oczy, traktuje ją jak osobę, a nie jak kolejny numer łóżka.
Twoje książki pokazują też historię Polski z perspektywy codzienności i to codzienności kobiet – dopiero od mniej więcej dekady mamy miejsce na tego typu opowieści.
To trochę spuścizna po moich studiach archeologicznych. Archeolog zajmuje się bowiem rekonstrukcją. Ma niewielką garstkę informacji, śladów, i na podstawie tego rekonstruuje, jak żyło się ludziom w określonych czasach i przestrzeni. Dla mnie to jest najbardziej pociągające.
Z jednej strony, zastanawiałam się, jak trudno jest być mężczyzną i z tego tytułu być zobligowanym do obrony ojczyzny, ale z drugiej – jak trudno być tymi kobietami, które zostają same i nie wiedzą nic o swoich mężach, ojcach czy synach. Zwykle przez lata pozostają w niewiedzy i mogą polegać wyłącznie na swojej intuicji czy przeczuciach, bo przecież nie mają jak się skontaktować z bliskimi. Często muszą też przejąć rolę męża w codziennym życiu, pracy, opieki nad bliskimi, zarabiania na dom i tak dalej. I myśl o tych dwóch rodzajach odwagi towarzyszyła mi podczas pisania „Położnych”.
Regina uosabia te wszystkie kobiety, bardzo niewiele oddziela ją od depresji, ale siłę i sens życia znajduje w swojej pracy położnej oraz wspieraniu innych. Wie, że jej praca jest ważna i realnie zmienia ludzkie życie. Kiedy wojna się kończy, a większość rodzin się odnajduje, wszystko pozornie wydaje się już w porządku, ale bardziej na plakatach socrealistycznych niż w prawdziwym życiu. Myślę, że w losie Reginy i jej bliskich, ale także wielu pobocznych postaci tej książki, może się przejrzeć wiele czytelniczek i czytelników.
„Akuszerki” i „Położne” to jednak także okazja do przyjrzenia się kilku pokoleniom kobiet, gdzie położnictwo jest dziedziczone. Zwykle dzieci buntują się przed wykonywaniem zawodu rodziców. W twoich książkach tego nie ma, w „Położnych” opisujesz już trzecie i czwarte pokolenie kobiet, które przyjmują porody.
Tak, to prawda. „Akuszerki” i „Położne” to jest matka i córka, które mówią do nas wieloma głosami, ponieważ tytuły książek są w liczbie mnogiej. W „Akuszerkach” mamy pokazane trzy pokolenia kobiet – Reginę Perkową, która uczy się przyjmować porody z doświadczenia, Franciszkę Diabelec, która zakosztowała edukacji w Cesarsko-Królewskiej Szkole Położnych w Krakowie, oraz córkę Franciszki – Reginę Zdzieńską, która w niepodległej Polsce przyjmuje nowe życie. Tej ostatniej towarzyszą w „Położnych” przyjaciółki, ale także siostry, i każda z nich nieco inaczej realizuje swoje powołanie.
Kiedyś wielopokoleniowość była bardzo silnie związana z tym zawodem. Kiedy pracowałam nad swoim doktoratem, zauważyłam, że w księgach metrykalnych pojawiają się nazwiska akuszerek i najczęściej są to nazwiska kobiet z tej samej rodziny. Sama miałam prababkę akuszerkę, która miała dwóch synów, ale wiem, że próbowała namówić swoją synową, żeby kontynuowała jej pracę, tak się jednak nie stało.
Dawniej, kiedy wychodziło się do porodów, to naturalnym było opowiadanie o swojej pracy w domu, a akuszerki bardzo często zostawały matkami chrzestnymi dzieci, które przyjmowały na świat. Częstym było także to, że córki akuszerek zastępowały matki, kiedy te były przy jednym porodzie, a nagle zaczynał się kolejny i ktoś pilnie szukał pomocy. I w ten sposób naturalnie uczyły się zawodu, tak doganiało je przeznaczenie.
Rozmawiałam zresztą z bardzo różnymi położnymi, a także z córkami, wnuczkami nieżyjących już położnych i akuszerek, aby dowiedzieć się, jak wyglądał poród w poprzednich dekadach i pewien mężczyzna – wnuk akuszerki – opowiedział mi, jak i jemu zdarzyło się przyjąć poród, bo jego babci nie było wtedy w domu i nie mogła pomóc. Z jednej strony, czasy były bardziej pruderyjne, ale z drugiej to, co związane z ciałem, było też bardziej naturalne w domach akuszerek czy położnych.

Regina, główna bohaterka „Położnych”, jest też bardzo oryginalną postacią z innego powodu. Kobiety, które przed wojną mieszkały na wsi, zwykle marzyły o tym, żeby wyjechać do dużego miasta. Regina wcale nie chciała opuszczać Jadownik, aby mieszkać w Krakowie.
Tak, to postać idąca pod prąd, ona nie ma marzeń związanych z awansem społecznym, po prostu przyjmuje konsekwencje swojej miłości do Tadeusza, mężczyzny z miasta i wprowadza się do jego domu, do Krakowa. W tamtych czasach to było naturalne, że kobieta „idzie” za mężem. Jednak ona wcale nie lubi wielkiego miasta, nie znajduje tam dla siebie miejsca, tęskni za wsią, za codziennym życiem bliżej natury i własnoręcznie wykonaną pracą. Dla niej to ma największą wartość. Regina ma także poczucie własnej wartości, dlatego nie musi i nie chce nikomu niczego udowadniać i nie marzy o byciu lepszą.
Nie wstydzi się wsi, choć oczywiście z wiejskim pochodzeniem wiążą się liczne stereotypy i powiedzenia, jak na przykład „słoma z butów wychodzi” i to, co wiejskie, było uważane społecznie za gorsze. Bycie z miasta, cokolwiek by to oznaczało, zawsze było lepsze. Miasta były centrami opiniotwórczymi.
Pokazujesz w „Położnych” ciąże wyczekane, ale też te niechciane, ciąże z gwałtu, aborcje. Pojawia się też postać Bronki/siostry Ewy, która jest matką zastępczą, zresztą jak sama Regina.
Potrzebowałam wielu postaci położnych, które na ten sam problem mają różny punkt widzenia. Bo to opowieść przede wszystkim o wsparciu, a nie przekonywaniu do podejmowania takich decyzji, które jedna czy druga położna uważa za najlepsze. One odpowiadają na potrzeby kobiet, za którymi stoją bardzo różne historie i doświadczenia. Wszystkie akuszerki i położne ślubowały, że przyjdą z pomocą każdej kobiecie, w każdej sprawie. I dla każdej z nich przyjście z pomocą może znaczyć coś nieco innego.
Powieściowa Diana uważa, że przychodzenie z pomocą aborcyjną jest etyczne, bo lepiej zapobiegać niż leczyć i dopuszczać do nieszczęść. Pamiętajmy, że okupacja, a potem wyzwalanie kraju, to przemoc seksualna i ciąże niejednokrotnie w wyniku gwałtu. Jedne kobiety decydują się takie dzieci rodzić, a inne nie. Diana bierze na siebie takie sytuacje. Położna, jak głosił artykuł w miesięczniku przedwojennym o tym tytule, jest odpowiedzialna za dwa życia: to, które nadchodzi, i to, które już jest. I życie matki w oczach położnych sprzed stu lat jest ważniejsze.
Sama jestem doulą, wsparciem niemedycznym, czyli pomagam kobietom rodzić i stawać się matkami w zgodzie ze sobą. Wyobrażałam sobie bardzo różne sytuacje, nieraz dalekie od mojego światopoglądu, i one znalazły się w „Położnych”. Zależało mi, aby pokazać bardzo różne bohaterki, ale także – abyśmy ich nie oceniali zbyt pochopnie i łatwo.
Co do adopcji i rodzin zastępczych, to również jest to temat mocno obecny w powojennej Polsce. Regina nie lubi swojej adoptowanej córki, która jest uratowaną przez jej matkę żydowską dziewczynką. A raczej wzajemnie się z Joanną nie lubią, bo dziewczynka cały czas czuje, że coś jest nie tak, że to nie jest prawda o niej, a bardzo chce ją poznać. Regina przegapia moment, by powiedzieć Joasi prawdę. W ich relacji odbija się zresztą historia wielu rodzin adopcyjnych z drugiej połowy XX wieku. Wtedy raczej nie mówiło się adoptowanym dzieciom, że są adoptowane, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów.
Współcześnie przyjmuje się, że powinno się mówić o tym dziecku najwcześniej, jak to możliwe. Bronka poradziła sobie znacznie lepiej. Pewnie dlatego, iż nigdy nie udawała, że jest inaczej. Regina jest w pewnym sensie reprezentantką swoich czasów, nawet jeśli jest bardziej samodzielna, uparta czy wyzwolona niż większość kobiet tamtych lat.
Powiedziałyśmy o tym, że mężczyzn często nie było, a to sprawiało także, że kobiety częściej tworzyły wspólnotę, pomagały sobie wzajemnie, bo rozumiały, że jest im to niezbędne do przetrwania. Jednak tworzą też szczere więzi, które dzisiaj nazwałybyśmy pewnie siostrzeństwem.
Z pewnością im mniejsza przestrzeń, tym o to łatwiej, bo ludzie się po prostu znają, nie są dla siebie anonimowi. Sama mieszkam na wsi, która liczy około pięciu tysięcy mieszkańców. Moja babcia opowiadała mi, że w jej czasach większość mężczyzn łączyła fach rolniczy z murarskim i po wojnie wielu z nich jeździło do Krakowa budować Nową Hutę. Kobiety zostawały same, szły na pole i wzajemnie sobie pomagały w pracach rolniczych. W tym czasie pośmiały się, wypłakały, wymieniały historiami. I moja babcia wspominała, że czasem było tak biednie, że jadły kawałek chleba z jajkiem, piły wodę ze studni, było skromnie. Najważniejsze było właśnie to, że były razem, miały poczucie wspólnoty.
Nie dotyczy to tylko wsi, lecz także miasta. Po wojnie kobiety spędzały ze sobą dużo czasu, stojąc w kolejkach. I choć wtedy ludzie często rywalizowali o towary, to zwykle właśnie kobiety się wspierały, zajmowały sobie kolejki, informowały wzajemnie, że coś się w sklepie pojawiło. Tworzyły wspólnotę także w kolejkach do przychodni lekarskich. Nie zawsze się lubiły, ale współpracowały, bo wszystkie miały podobną sytuację.
Podobnie było w izbach porodowych, gdzie zwykle jednocześnie rodziło kilka znających się wzajemnie kobiet. W tym czasie w wielkich szpitalach na jednej sali leżało kilkanaście czy kilkadziesiąt zupełnie obcych sobie kobiet, które się nie znały. Położne nie używały ich imion, łóżka były ponumerowane, a rodzące traciły swoją podmiotowość i często były uciszane. Izby porodowe były tego przeciwieństwem.
Kolejne systemy polityczne uzurpowały sobie prawo do decydowania o tym, czym jest kobiece ciało i jak wygląda poród, który stał się mocno zmedykalizowany. I dla wielu kobiet to była trauma. Dzisiaj w Anglii czy Irlandii coraz częściej wraca się do tradycji porodów domowych. W Polsce również coraz częściej mówi się o takiej możliwości.
Jeśli chodzi o medykalizację porodów, poznałam ją nie tylko z opowieści. Rodząc moje pierwsze dziecko w końcówce XX wieku, doświadczyłam wszystkich procedur związanych z porodem drogami natury – wiem, jak to jest chodzić w przykrótkiej koszulce, z ligniną między nogami, dostać lewatywę czy mieć obowiązkowe nacięcie krocza. Jednak wiem także, jak to jest, kiedy nie trzeba spędzić całego porodu na łóżku, bo mogłam chodzić czy stać. Uważam swój poród za dobry, bo dostałam wsparcie, położne były wspaniałe.
Kiedy rodziłam moje najmłodsze dziecko, już w XXI wieku, to najważniejsze było dla mnie to, że mogę wyrazić, czego ja chcę, a czego nie chcę, i moje decyzje były naprawdę respektowane, za co jestem wdzięczna. Oba te porody nauczyły mnie, że dla kobiety najważniejsze jest właśnie to, żeby móc o sobie decydować i być słyszaną.
Poznałam także starsze kobiety, które opowiadały mi o swoich porodach w rzeczywistości wojennej i powojennej, często w domach. Jedna z nich rodziła pierwsze dziecko i miała bardzo wyniszczony organizm. Do porodu został wezwany lekarz, który w zasadzie uratował jej życie, ale zostawił ją też ze słowami: „to nie ty urodziłaś, ale ja urodziłem za ciebie”. Ona nigdy tego nie zapomniała. W jakimś sensie ten lekarz coś jej odebrał i zostawił ją z poczuciem ogromnej przykrości. Słowa mają bowiem moc i zostają z nami często na całe życie.
W latach pięćdziesiątych czy nawet sześćdziesiątych XX wieku porody domowe w małych miejscowościach wciąż były normą, choć kobiety były już zachęcane do tego, aby rodzić w szpitalach. Potem nastąpiły dwie czy trzy generacje rodzące w szpitalach i większość kobiet opowiada, że było to dla nich przeżycie raczej traumatyczne. Jednak te kobiety nigdy z tym nie dyskutowały, bo uczono je, że tylko tak jest bezpiecznie. Standardem było wówczas także oddzielanie matek od dzieci. Noworodki były przekazywane mamom na karmienie o konkretnej godzinie. A to bardzo ważne, aby to pierwsze spotkanie mama–dziecko, ciało do ciała, nastąpiło od razu. Wyzwala się wtedy oksytocyna, hormon powstawania więzi, a kiedy dziecko zabierano, pojawiał się hormon stresu. To także mogło mieć znaczenie dla ówczesnego sytemu, który był totalitarny i nie chciał, żeby między ludźmi budowała się taka bliskość i wspólnota.
A jak dziś wyglądają możliwości, jeśli chodzi o poród domowy w Polsce?
Moim marzeniem jest, aby państwo polskie wspierało, ale także refundowało, porody domowe. Wtedy byłyby one powszechniejsze. Można oczywiście rodzić w domu, ale za opiekę medyczną, czyli położną, trzeba samodzielnie zapłacić, NFZ tego nie refunduje. To oczywiście sprawia, że nie każda przyszła mama może sobie na to pozwolić. A są takie państwa, jak na przykład Niderlandy, gdzie każda zdrowa kobieta w ciąży fizjologicznej jest zachęcana do porodu domowego, a miejsca w szpitalach są zostawiane dla takich kobiet, których ciąża wymaga medykalizacji okołoporodowej.
Myślę, że właśnie taki system jest największą zachętą kobiet do tego, aby chciały rodzić. Bo jeśli kobieta jest zadowolona ze swojego porodu, to może będzie chciała mieć kolejne dzieci. A jeśli to będzie dla niej trauma, to żadne zachęty finansowe jej do tego nie przekonają. Poród jest kluczem do jakości macierzyństwa, ale także dla demografii.
Dzisiaj położne są sprowadzone do kogoś pomiędzy salową a lekarką, a to przecież są wykształcone osoby, które uczą się bardzo konkretnej rzeczy – pomocy kobietom w czasie porodu, poronienia, chorób. Twoje książki przywracają im należne miejsce.
Przez długi czas to mężczyźni byli uważani za lepszych ginekologów, bo wkraczali tam, gdzie kończyła się fizjologia, trzeba było użyć na przykład kleszczy, aby wydobyć dziecko, a wtedy była potrzebna siła fizyczna. Natomiast gdy nie zakłócano porodu i pozwalano kobietom rodzić w swoim domu, zgodnie z własnymi potrzebami, to często żadne ingerencje nie były potrzebne. Najważniejsza umiejętność położnej to wiara w to, że kobieta da sobie radę, choć jednocześnie oczywiście musi być ona czujna, kiedy jakaś pomoc może być potrzebna.
Uczyły się tego akuszerki, a potem położne w szkołach i to jest kluczowa umiejętność: aby przyjmować nie tylko nowe życie, ale także w ogóle drugiego człowieka, właśnie w jego człowieczeństwie jako takim. W mojej książce jest taka scena, gdzie trzy pokolenia kobiet- położnych siedzą razem i wspominają matkę Sokratesa, Fajnarete, która była położną. Sokrates mawiał, że pomaga ludziom w narodzinach ich mądrości metodą położniczą: inspirował pytaniami, czekał aż mądrość sama się w ludziach urodzi, nie pospieszał. I to była inspiracja matką, której w ten sposób oddał największy hołd.
A „Akuszerki” i „Położne” są niewielkim postumentem pod pomnik dla tych wszystkich kobiet, cichych bohaterek, które od wieków przyjmują porody.
Książka:
Sabina Jakubowska, „Położne”, wyd. Relacja, Warszawa 2026.
