Uwielbiam książki o wyspach. Uwielbiam z powodów zbyt licznych i złożonych, by je tu wszystkie wymieniać. Dość powiedzieć, że gdy ukazuje się nowa wyspiarska opowieść, koniecznie chcę ją przeczytać. Kiedy egzemplarz trafia w moje ręce, dotykam go czule, ale i ostrożnie. Wiążę z nim wielkie nadzieje, a te łatwo przeradzają się w wielkie rozczarowania.

W przypadku „Jeśli nie wolno nam śpiewać” Elizabeth O’Connor niepokój nie trwał długo. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszych zdań: „Oto wyspiarski rok. Najpierw słońce, najpierw wiosna obrastająca ptactwem”. Język rytmiczny niczym morze, prosty, a jednocześnie niestroniący od nieoczywistych środków wyrazu, doskonale „przeczuty” i oddany w polszczyźnie przez Kaję Gucio, natychmiast tworzy atmosferę. Przenosi czytelniczkę do świata narratorki Manod – świata mierzącego dziewięć kilometrów długości i półtora kilometra szerokości, lecz niezwykle bogatego w widoki, historie, marzenia, tragedie, wierzenia, wspomnienia i pieśni.

Manod mieszka z ojcem i młodszą siostrą, którą opiekuje się po śmierci matki. Także jej przypada w udziale prowadzenie domu i troszczenie się o ojca rybaka. Coraz bardziej pragnie niezależności, ale nie pociągają jej perspektywy, które się przed nią rozciągają. Ma adoratora, który wielokrotnie jej się oświadcza, proponuje wspólny wyjazd w poszukiwaniu lepszego, łatwiejszego życia, ona jednak uparcie odmawia lub po prostu ze znużeniem ignoruje jego starania. Wydaje się, że utkwiła w impasie, w niezmiennym, powtarzalnym cyklu wyspiarskiego życia, gdy raptem dzieje się coś niespodziewanego. 

Do ich walijskiej enklawy przybywa łódź wioząca dwoje angielskich etnografów pragnących zbadać i opisać lokalne zwyczaje i folklor. Manod zostaje ich sekretarką, szybko nawiązując niejednoznaczne relacje zarówno z kobietą – Joan, jak i mężczyzną – Edwardem. Kiedy dziewczyna raz po raz konfrontuje się z poglądami i zachowaniami przybyszów, wzbierają w niej oczekiwania, a także mnóstwo ambiwalentnych odczuć. Tylko jedno od początku jest pewne: goście w końcu wyjadą i nawet jeśli z pozoru wszystko wróci do normy, dla Manod nic już nie będzie takie samo.

Przybysze z ambicjami

Czytając „Jeśli nie wolno nam śpiewać”, nieustannie wracałam myślami do „Kolonii” Audrey Magee [tłum. Dobromiła Jankowska], jednej z moich ulubionych książek o wyspach. Te powieści doskonale się uzupełniają, opowiadają tę samą historię na dwa głosy. Śpiewają ją w kanonie, w różnych barwach odmalowują pędzlem i wyszywają kordonkiem – a pozwalam sobie na te metafory, bo słowa i sztuka w obu książkach odgrywają kardynalną rolę, stają się przestrzenią doznawania, odkrywania, pamięci, ale także najróżniejszych napięć. Jak? Również w „Kolonii” wszystko zaczyna się od łodzi.

Na małą irlandzką wysepkę niezależnie od siebie przypływają Anglik Lloyd – malarz mający nadzieję znaleźć inspirację wśród jej dzikich krajobrazów – oraz francuski językoznawca Masson zainteresowany „ocaleniem” zanikającego języka irlandzkiego. Mieszkańcy zapewniają im wyżywienie i dach nad głową, obserwują tarcia między przedstawicielami dwóch kolonialnych potęg, sami starając się nie wychylać, przeczekać lato, wraz z końcem którego goście mają wyjechać. Ale i oni wikłają się w relacje z przybyszami. Młody James zostaje asystentem, a później uczniem malarza. Jego matka, wcześnie owdowiała Mairéad, zaczyna wieczorami odwiedzać Massona. Także ich pobyt odciśnie na wyspiarzach trwałe ślady.

Przybysze w obu książkach są do siebie bardzo podobni. Kulturalni i eleganccy, mówią „proszę” i „dziękuję”, z własnej inicjatywy pożyczają szminkę albo farby. Podczas ich pobytów nie dochodzi do żadnych dramatycznych wydarzeń, bo są po prostu zbyt wyrafinowani, zbyt dobrze wychowani, by brać udział w jakichkolwiek „scenach”. Jeśli ktoś ma do nich pretensje i górę zaczynają brać emocje, wycofują się po cichu, by wszystkim oszczędzić upokorzenia. Są pewni siebie, opanowani, skupieni na celu i nastawieni na sukces. Jeśli popełniają zbrodnie, to tylko w białych rękawiczkach.

Przemawiają, rzecz jasna, z pozycji władzy, z wyżyn wykształcenia i „uczoności”. Próbują objaśniać mieszkańcom ich świat, pouczać co do słusznego postępowania. Bez skrupułów łamią obietnice i przeinaczają fakty, a gdy napotykają sprzeciw, wolą nie słyszeć lub reagują pełnym wyższości rozbawieniem:

Co porabiasz, Séamus?
Mam na imię James. Wiesz o tym.
Twoje irlandzkie imię to Séamus.
Używam angielskiego.
Ja wolę irlandzkie.
Nie ty decydujesz, JP.
[„Kolonia”, s. 130]

Albo:

Dotąd nie przyglądałam się bliżej wyspie. Nie uważałam, by była ciekawa czy piękna. […]
– To zdecydowanie lepsze niż miasto.
– Bardzo chciałabym pojechać do miasta.
Joan parsknęła śmiechem.
[„Jeśli nie wolno nam śpiewać”, s. 66]

Strzępki świata zewnętrznego

W obu książkach wyspa jest małym wszechświatem, strzeżonym przez fale, utrzymywanym przy życiu siłą tradycji, więzi rodzinnych, prozaicznych trudności związanych z jego opuszczeniem. Wieści z odległych stron docierają do mieszkańców za pośrednictwem gazet („Jeśli nie wolno nam śpiewać”) lub radia („Kolonia”). Z dzienników wyziera coraz wyraźniejsza perspektywa drugiej wojny światowej, przesuwających się frontów i rozlewu krwi. Głosy z radioodbiorników nieustannie informują o kolejnych ofiarach Kłopotów, zwykłych ludziach z obu stron wyznaniowej barykady, którzy stracili życie w przypadkowych zamachach i niekończących się porachunkach. Świat zewnętrzny jawi się więc dwojako: rozleglejszy, kuszący obietnicami, lecz niepewny, przerażający. Zupełnie inny niż dobrze znana wyspiarska codzienność, szorstka i wymagająca, ale przewidywalna. Morze od zarania dziejów zabiera ludziom członków rodzin, ale jeszcze większe żniwo zbierają przecież wojna i bomby.

Na decyzję „zostać czy wyjechać?” składają się też bardziej subtelne, mniej praktyczne kwestie. Osobiste, emocjonalne. Przywiązanie do krajobrazu, przyrody, miejsca urodzenia, nagromadzenie wspomnień. Dlatego w jednym krótkim liście adorator Manod pisze: „tęsknię za wyspą”, ale też: „nie wyobrażam sobie życia na wyspie”.

Być może w grę wchodzi też świadomość schyłku pewnego stylu życiu i tego, jaką rolę odgrywają w nim młodzi. Manod wzdryga się, gdy słyszy, jak Edward chciałby zatytułować książkę o jej społeczności: „Opowieści znikającej klasy”. „Czy my znikamy?” – pyta, lecz nie uzyskuje odpowiedzi, jeśli nie liczyć gestu towarzyszącej jej etnografki: „Joan się schyliła, zerwała kilka kwiatów i drobnych pędów, zamknęła je w notesie”. 

Czy my znikamy? Te dwie powieści to także historie o tym pytaniu. O zanikających sposobach istnienia, miejscach, które pustoszeją, tradycjach przechodzących do historii. O tym, kto ma prawo ich żałować czy podejmować próby ich uratowania. O hipokryzji wybiórczego i uznaniowego dbania o „kulturę” przy jednoczesnym odmawianiu podmiotowości jej twórcom.

Jak się snuje opowieść

Warto zaznaczyć, że omawiane książki, jakkolwiek podobne pod względem poruszanej tematyki, różnią się stylem, formą, perspektywą. Każda oferuje unikalne doświadczenie czytelnicze. W „Kolonii” zmiennokształtny język odwzorowuje sposoby patrzenia i odczuwania poszczególnych osób: malarz Lloyd myśli obrazami, opisuje rzeczywistość fragmentarycznie, zwięźle, jakby szkicował czy nadawał tytuły swoim dziełom. 

Francuz Masson oddaje się rozważaniom złożonym z długich zdań o skomplikowanej składni i nawet gdy nie poświęca się pracy, krąży wokół tematów: języka, tożsamości, przemocy i przynależności. Mairéad patrzy jakby przez okno, przyrośnięta do jednego miejsca niczym pąkla, a jej wzrok nieustannie wędruje wstecz, ku przeszłości, i w głąb, ku skrywanym uczuciom.

W „Kolonii” perspektywa zmienia się gładko, towarzyszymy to jednej, to znów innej postaci, które najczęściej spotykają się później przy stole, gdzie toczą się rozmowy. Wiele dzieje się w tych dialogach, z pozoru błahych, uładzonych, a także w tym, co niewypowiedziane lub wyrażone w niezrozumiałym dla kogoś innego języku.

Czytając „Jeśli nie wolno nam śpiewać”, patrzymy wyłącznie oczami Manod, co z jednej strony zawęża nasz ogląd sytuacji, pewnych rzeczy każe się domyślać, z drugiej – sprawia, że czujemy się dziewczynie bliżsi, bo nie odstępujemy jej na krok. Ze spokojem chłoniemy jej trzeźwy styl, uważne obserwacje, obrazowe opisy, lapidarne, a jednak od czasu do czasu uderzające trafnymi, zaskakującymi porównaniami („wyglądali dziwnie, jak para ptaków, które przyleciały do gniazda”; „Edward miał blade, guzowate ciało, jak korpus owada”).

Co więcej, dzięki tej jednogłosowości historia od początku do końca należy do Manod. Mimo zakusów obcych naukowców, to ona wydaje sądy, ma ostatnie słowo. Zapiski i nagrania badaczy są tylko krótkimi interludiami wplecionymi w jej wewnętrzny monolog. Przytaczając dialogi, narratorka ma okazję je skomentować, podzielić się z czytelnikami tym, czego nie powiedziała na głos. Z wielu rzeczy można ją ograbić, ale na pewno nie z jej własnej opowieści.

Czy oni znikają?

Kiedy więc mówię, że „Kolonia” i „Jeśli nie wolno nam śpiewać” opowiadają tę samą historię, nie mam wcale na myśli nużącej wtórności, nie chcę też odmawiać żadnemu ze sportretowanych przez pisarki bohaterów indywidualności, której im nie brakuje. Chodzi mi jedynie o bardzo spójną wymowę tych powieści w szerszym, bardziej uniwersalnym wymiarze. 

Są to bowiem relacje o narzucaniu światopoglądu, o nieznośnym poczuciu wyższości i frustrującej bezkarności przybyszów. O ich postawach, nazywanych wprost kolonialnymi czy faszystowskimi, schowanych za maską uprzejmości, elegancji i ucywilizowania. O tym, jak – nieświadomi swojego uprzywilejowania lub z rozmysłem je ignorujący – bez skrupułów wykorzystują wszystkich i wszystko na swojej drodze, a gdy dostaną, czego chcieli, odchodzą, nie oglądając się za siebie. 

I o tym, co po sobie pozostawiają – choć tu akurat obie autorki jedynie dają sugestie i każą nam snuć domysły. Kim są James i Manod, kiedy opowiadające o nich książki dobiegają końca? Ludźmi oszukanymi i pozbawionymi złudzeń? Osobami w większym stopniu otwartymi na świat, na rozciągające się przed nimi możliwości? Takimi, które utwierdziły się w swoich pragnieniach? Które nigdy więcej nie pozwolą się umniejszyć, bo poznały swoją wartość? Które przetrwały wizytę mrocznej siły, doświadczyły swoistego rytuału przejścia i są gotowe… wyruszyć w drogę? A może zostać? Zostać gdzieś, zostać kimś? Czy Manod i James znikają? A może właśnie nabierają kształtów?

Wieloryb

No i jest jeszcze wieloryb. Wymyty na brzeg, bezradny. Długo konający i budzący ludzką bezradność. Niektórzy starają się ratować olbrzyma, polewając go wodą, obkładając mokrymi kocami. Po śmierci wyspiarscy sąsiedzi długo go opłakują. Ktoś przynosi kwiaty, ktoś okrywa go śmiesznie maleńkim płaszczem. Inni, ludzie z daleka, widzą jego ciało jako coś, co można, a nawet trzeba wykorzystać. Do ostatniego skrawka. „Bardzo mnie rozczarował – mówi Edward. – Myślałem, że będzie niebieski. W rzeczywistości był okropnie ponury i szary”.

Książki:

Elizabeth O’Connor, „Jeśli nie wolno nam śpiewać”, tłum. Kaja Gucio, wyd. Cyranka, 2026.

Audrey Magee, „Kolonia”, tłum. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Poznańskie, 2024.