
Droga Pani Karolino,
swoją książkę „Endo” (poświęconą endometriozie, przewlekłej chorobie kobiecej) przeznaczyła Pani: „Dla Córek, Matek i Babek. Oraz dla Mężczyzn, którzy chcą słuchać”. Już na wstępie zatem pragnę Pani powiedzieć, że nie jestem mężczyzną, który chce jedynie słuchać, jestem mężczyzną, który chce rozmawiać. A rozmowa to nie monolog jednej osoby wysłuchiwany przez drugą; rozmowa to dialog co najmniej dwóch osób.
Jeszcze inną uwagę mam na początek tego listu. Ponieważ podtytułem Pani książki jest „Sztuka akceptacji choroby”, muszę wyznać: ja także jestem chory. Urodziłem się z wadą serca. Wiem, ma się rozumieć, na jakie szyderstwa naraża mnie to wyznanie ze strony niektórych Pani sojuszniczek – przyznajmy, kłopotliwych: „A co ty wiesz o chorowaniu kobiet, prawdziwym, regularnym chorowaniu? Masz macicę? Nie masz. Wyp….aj!”.
Oczywiście, ma Pani rację, pisząc, że choć istnieją schorzenia, na które cierpią zarówno kobiety, jak i mężczyźni, ten rodzaj cierpienia, ten rodzaj bólu, którym zajmuje się Pani w „Endo”, jest szczególnie, wyłącznie kobiecy. Ból podczas owulacji i ból, w jakim rodziła Pani swoje dzieci, nie będzie, bo nie może być naszym doświadczeniem wspólnym.
Lęk
Ale inne, jak najbardziej wspólne doświadczenie związane z chorobą i cierpieniem, jest nam przecież dane. Tym doświadczeniem jest lęk. Lęk przed śmiercią. Lęk przed utratą krwi, która podtrzymuje życie. Pisze Pani: „Krew miesięczna kobiety jest jasna, jakby pełna energii. Endometrioza czyni krew ciemną i pełną skrzepów”. Krew mężczyzny ze złożoną wadą serca także bywa ciemna, gęsta, pełna skrzepów, które grożą zatorem aorty. Do ostatnich swoich dni muszę zażywać lekarstwa, aby krew rozrzedzać. Ale mój tryb życia, radość, jaką daje mi seks czy picie czerwonego wina, sprawę komplikują, moja krew często rozrzedza się za bardzo i… – nie, nie będę tutaj opowiadał, czym się to zwykle kończy.
Lęk przed śmiercią, o którym tak wiele czytam w Pani książce, często wywołuje u kobiet nagłe nasilenie bólu trudnego do wytrzymania. Dotknięcie śmierci, którego sam niejeden raz doświadczyłem, nie było bolesne. Zaburzenia rytmu pracy serca, choć nieprzyjemne, bólu nie wywołują. Te najgroźniejsze, komorowe – kilka, czasem kilkanaście silnych skurczy – kardiolodzy nazywają „salwą”, co kojarzy się z plutonem egzekucyjnym, przed którym staje skazaniec. Ale i tej myśli nie będę tu przecież rozwijał.
Droga Pani Karolino, pani wszechstronne wykształcenie, tytuły naukowe, prestiżowe stypendia, nagrody, przede wszystkim zaś wielojęzyczne lektury – wszystko to mnie onieśmiela i boleję, że nie mogę być dla Pani równorzędnym partnerem w dyskusjach, jakie toczą się wokół „Endo”. Cóż, nie przynależę do wielkiej międzynarodowej rodziny akademickiej, żyję w swoim małym świecie, osobno. Ale przecież, podobnie jak Pani, podobają mi się słowa Hannah Arendt, że „człowiek myślący nigdy nie jest sam, ponieważ może rozmawiać z sobą samym”. Podobnie człowiek czytający książki nigdy nie jest samotny, bo może rozmawiać z ich autorkami i bohaterkami (żeby już przy kobietach pozostać). Dlatego dziwi mnie, że tak często skarży się Pani na „niekończącą się nudę i pustkę mijającego czasu” w chorobie. Sprzeczność? Zapewne. Ale tam, gdzie są sprzeczności, jest prawda.
Nadać chorobie znaczenie
Najważniejszy wydał mi się w „Endo” problem taki oto: czy możliwe jest, by samodzielnie nadać swojej chorobie znaczenie tak, jak nadaje się sens swojemu życiu. Przypominając los Epikura, myśli Pani o jednoczesnym odczuwaniu cierpienia i radości, a przynajmniej spełnienia. „Chciałabym się dowiedzieć, czy do osiągnięcia spokoju ducha konieczne jest całkowite wyeliminowanie choroby”. Dla mnie – proszę wybaczyć obcesowość – jest to pytanie retoryczne. Tak, można chorować, zachowując spokój ducha.
Jak trafnie Pani zauważa, ludziom lękającym się, z pomocą przychodzi transcendencja, a nasze pojmowanie transcendencji to już sprawa indywidualna. Czym jest transcendencja dla opisywanej przez Panią znajomej, Honoraty, także chorej na endometriozę? Modlitwą i spotkaniem z Jezusem Chrystusem. Czym jest transcendencja dla Pani – nie wiem. W poprzedniej swojej książce napisanej razem z Tomaszem Terlikowskim przyznała Pani, że bliski Jej ateizm nie jest „twardym”, konsekwentnym racjonalizmem (czy scjentyzmem) i nie wyklucza głębokich przeżyć duchowych, nawet metafizycznych, przeciwnie, w różny sposób „alternatywnie” je dopuszcza. Własny światopogląd określiła Pani jako „uduchowiony materializm”. Oczekiwałem, że w „Endo” znajdę bliższe wyjaśnienie tego pojęcia. Nie znalazłem. Szkoda.
Być może zapyta Pani, czym jest transcendencja dla mnie? Przekonaniem, że świat w doświadczeniu naszym obecny nie jest realnością ostateczną, tylko przejawieniem innego świata, który budzi nadzieję, choć może przerażać. Taką transcendencję czerpię z pism kilku wielkich filozofów (Leibniz, Jaspers, Kołakowski), a także z wielkiej poezji, na przykład z „Kwiatów zła” Baudelaire’a, zwłaszcza z jego poematu „Podróż” zakończonego czterowierszem, który lubię przywoływać:
O Śmierci, stary szyprze, odbijaj – dal woła!
Ten kraj nas nudzi. W drogę, do nowej przestrzeni!
Chociaż niebo i morze są czarne jak smoła.
Nasze serca – ty znasz je – są pełne promieni.
(przekład Marii Leśniewskiej)
Kończąc, życzę Pani spokoju ducha, najlepiej w pełnym zdrowiu.
Zbigniew Mentzel – mężczyzna, który woli z Kobietą rozmawiać niż tylko jej słuchać.
