
Kamil Czudej: W swojej najnowszej książce „Pogoda dla rewolucjonistów. Jak zmienić świat w czasie katastrofy” przedstawiasz szereg przykładów historycznych, od średniowiecznej Europy po współczesne Chiny, kiedy to rozmaite zmiany klimatyczne prowadziły do oddolnych ruchów społecznych. W dzisiejszej Europie, w obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej, często towarzyszy nam poczucie rezygnacji. Jak pokazujesz w książce, to poczucie nie jest w naszej historii niczym nowym.
Przemysław Wielgosz: W XVII stuleciu melancholia była jedną z największych światowych epidemii. Dotykała zarówno mieszkańców miasteczek, takich jak Żywiec, jak i mieszkańców Londynu czy Pekinu, uprzywilejowanych i chłopów. Powszechność melancholii odzwierciedlała globalność ówczesnego kryzysu, na który – podobnie jak ten dzisiejszy – składał się chaos klimatyczny, klęski głodu, wstrząsy ekonomiczne, konflikty polityczne i właśnie epidemie.
Wtedy, ale także dziś, ten splot katastrof tworzy aurę pesymizmu, wydaje się, że niewiele nas czeka, powinniśmy porzucić marzenia o lepszym świecie, pogodzić się z najgorszym. I to jest szalenie niebezpieczne, ponieważ ulegając temu fatalizmowi gubimy pewien istotny aspekt takich multikryzysów: zarówno z przeszłości, jak i w wydaniu współczesnym.
Otóż, tego rodzaju sytuacje często otwierają coś w rodzaju okna możliwości. Stają się czynnikami katalizującymi głębokie transformacje społeczne. Dziś właściwie pogodziliśmy się z tym, że ta transformacja zaprowadzi nas w znacznie gorsze miejsce, ale historia uczy, że nie musi tak być.
Czy jest w takim razie jakiś przepis, który możemy zastosować, by wykorzystać kryzys klimatyczny, tak by ta transformacja nam się udała?
Wielokrotnie w przeszłości splot kryzysów środowiskowo-społecznych przynosił znacznie poważniejsze katastrofy niż te, które spotkały nas w XXI wieku. Prowadziły do głębszego regresu na wielu polach, a zarazem okazywało się, że umożliwiały przeprowadzenie zmian. Na przykład w XIV wieku, kiedy skończyło się średniowieczne optimum klimatyczne i zaczęła się wojna stuletnia, a wreszcie epidemia czarnej śmierci, czyli największa katastrofa zdrowotna w historii ludzkości. Ze splotu tych wszystkich elementów wyrosły protesty społeczne na gigantyczną skalę. I to one, w jakimś sensie, popchnęły ówczesny świat europejski w stronę czegoś, co było znacznie przyjemniejszym miejscem do zamieszkania. Przynajmniej dla tych, którzy ocaleli i na pewien czas. Oczywiście to nie jest tak, że istnieje jakaś ponadhistoryczna reguła.
Ale jak w takim razie działa ten mechanizm, co musi się wydarzyć, by doszło do zmiany? Jaki przykład z historii dobrze nam to zilustruje?
Zacznijmy może od XIV wieku i od pojęcia deficytu żywności, które jest dla nas obecnie czymś abstrakcyjnym. Natomiast warto pamiętać, że w społeczeństwie średniowiecznym to było coś absolutnie kluczowego. Każdy nieurodzaj powtórzony dwa razy z rzędu oznaczał głód. W pierwszych dekadach tamtego stulecia zaburzenia klimatyczne doprowadziły do wielokrotnego powracania nieurodzajów i głodu, co osłabiło populację i wystawiło ją na działanie patogenów. Dlatego, gdy w połowie XIV wieku przychodzi czarna śmierć, czyli dżuma, zabija według najnowszych danych aż około 20 procent populacji ówczesnej Europy.
W konsekwencji spadku liczby ludności pojawiają się zjawiska takie jak spadek ceny ziemi, ponieważ jest mało rąk do pracy. Z kolei cena pracy zaczyna rosnąć. Sytuacja sprzyja tendencji do zamiany świadczeń feudalnych na różnego rodzaju czynsze. Feudałowie, Kościół i monarchia próbują znów przymusić chłopów do pracy i zaostrzyć daniny. Jednak ludność chłopska, która zasmakowała wyższych płac i lepszej pozycji negocjacyjnej, postanowiła tych osiągnięć bronić.
Bunt nie bierze się tylko i wyłącznie z głodu. A jego motorem nie są tylko zdesperowane masy, które w geście desperacji chwytają za broń.
Tak, można powiedzieć, że wydarzenia schyłku średniowiecza wpisują się w koncepcję rewolucji Alexisa de Tocqueville’a. Według tego filozofa nie wybuchają one wtedy, kiedy jest najgorzej, ale kiedy sytuacja się poprawia i ludzie zdają sobie sprawę, że ich życie może wyglądać zupełnie inaczej. Chłopi i biedota w Europie Zachodniej w połowie XIV wieku zorientowali się, że mogą pracować mniej, a przy tym zarabiać więcej, bo zaczęły się rozwijać stosunki pracy najemnej. Ich uzależnienie od panów feudalnych nie musiało być takie, jak jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej.
Badacze społecznej historii późnego średniowiecza coraz częściej zwracają uwagę, że właśnie wówczas klasy ludowe, chłopi i plebs miejski zaczynały formułować własne idee polityczne, dotyczące wolności, sprawiedliwości i zobowiązań władzy wobec ludu. To jest moment, w którym takie myślenie w Europie właściwie się rodzi.
Z jednej strony, ówczesna sytuacja była więc katastrofalna – klęski żywiołowe, głód, epidemie, ekstremalna przemoc – ale z drugiej sprzyjała, a co najmniej nie przeszkadzała budzeniu się takich aspiracji. Nie znaczy to jednak, że bunty nie wymagały sporego stopnia zdesperowania. W tamtych czasach sięgnięcie po broń przeciwko władzy wiązało się z ogromnym ryzykiem i większość z nich była brutalnie tłumiona, a ich uczestnicy płacili za to życiem.
Zastanawiam się, czy da się tu zrobić jakiś przeskok do współczesności i czy w ogóle można zbudować jakąś analogię. Z jednej strony, mamy dziś postępującą katastrofę klimatyczną, która już na nas oddziałuje i wymusza określone polityki, z drugiej – doświadczenie pandemii covid-19. A jednak nie widać podobnej skali buntów. Czy to znaczy, że reakcja elit była skuteczniejsza i rozładowała potencjalne napięcia? Czy raczej chodzi o to, że dzisiejsza dynamika społeczna jest zupełnie inna?
Moja lektura tych kryzysów jest przede wszystkim polityczna, chodzi o pokazanie, jakie konkretne dynamiki polityczne prowadziły do takich a nie innych rozstrzygnięć. Dzisiaj może trudno dostrzec nastroje rewolucyjne, ale to nie znaczy, że nie zachodzi żadna transformacja. Ona po prostu przebiega inaczej i raczej w niepokojącym kierunku.
Jeśli spojrzymy na ostatnie dekady w świecie zachodnim, to widzimy kilka fal społecznych buntów, jak ruchy occupy w 2011 roku, którym towarzyszyła arabska wiosna, a także protesty od Hongkongu po Amerykę Łacińską. Później mieliśmy całą falę ruchów klimatycznych. Jeszcze potem globalne wydanie amerykańskiego ruchu Black Lives Matter, które przyczyniło się do klęski wyborczej Trumpa w 2020 roku.
Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, mamy tendencję do projektowania europejskich doświadczeń na cały świat, a te dynamiki nie wszędzie wyglądają tak samo. Po drugie, w dzisiejszej Europie widać wyraźny odwrót od czegoś, co można by nazwać optymizmem politycznym czy postępową wyobraźnią polityczną. Coraz częściej godzimy się na świat, który w dużej mierze kształtują przywódcy tacy jak Donald Trump, Władimir Putin czy Beniamin Netanjahu, nawet jeśli retorycznie się temu sprzeciwiamy.
Nie ma dziś projektu alternatywnego, który byłby naprawdę przekonujący?
Mamy miejsca takie jak Ameryka Łacińska, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę fascynujące. Widzimy tam bardzo ambitne, często oddolne projekty zmiany społecznej, zwłaszcza ekologiczne i związane z transformacją energetyczną, jak choćby w Kolumbii.
To kraj, w którym znacząca część eksportu pochodzi z ropy naftowej, a jednocześnie podejmowane są decyzje o ograniczaniu wydobycia i zakazie działalności górniczej, także tej związanej z ropą, na terenach lasów deszczowych, obejmujących ogromną część terytorium. Dzieje się to, pomimo że supermocarstwo z północy patrzy na te zmiany bez sympatii, a nawet posuwa się do gróźb.
Są jednak pewne obiektywne ograniczenia dla takiej lokalnej polityki. Ona zawsze jest wpięta w szerszą sieć zależności, więc w tym sensie nie dziwi, że z pozycji imperialnej Donald Trump nie może być zadowolony z takiego przebiegu spraw.
Z kolei my nie możemy się na to godzić. W chwilach zwątpienia przypominam sobie anegdotę o tym, że jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku amerykańscy sowietolodzy pisali książki o tym, że Związek Radziecki przetrwa kolejne tysiąc lat, a potem przyszedł rok 1991 i nagle cała ta wiedza się zdezaktualizowała. Najzabawniejsze, że przez jakiś czas siłą rozpędu, ukazywały się książki o czymś, czego już nie było. To przypomina, że świat nie jest zabetonowany. Zmiany potrafią zaskoczyć.
Jednocześnie musimy pamiętać, że społeczeństwa, w których żyjemy, są zupełnie inne niż kiedyś. Mamy więcej do stracenia, bo przez ostatnie dwieście lat wywalczono bardzo wiele i mimo wszystkich problemów system jest bardziej sprawiedliwy niż dawniej. Jest więc czego bronić i na czym się oprzeć. Ale zmienił się też charakter polityki. Rzadziej dochodzi do otwartych buntów, bo częściej można negocjować przy stole, a nie poprzez zamieszki.
To nie znaczy, że konflikty zniknęły. One po prostu zmieniły formę oraz przesunęły się gdzie indziej. Dziś w dużej mierze widać je w Chinach, choć często je pomijamy, bo myślimy o tym kraju wyłącznie przez pryzmat geopolityki. Tymczasem z perspektywy klasowej widać, że wraz z przeniesieniem produkcji do Azji przeniosły się tam także główne pola walk społecznych: konflikty pracownicze, klimatyczne i ekologiczne, i to one zaczynają przynosić realne efekty.

Poruszany w książce wątek chiński jest bardzo ciekawy. Szczególnie dlatego, że Chiny postrzegane są stereotypowo jako gospodarka zupełnie nielicząca się z kosztami środowiskowymi.
Ta dynamika walk społecznych jest bardzo interesująca, choć wciąż wiemy o niej mniej, niż byśmy chcieli, i pozostaje przedmiotem raczej niszowych debat. Na ile ona naprawdę decyduje o kierunku zmian, to wciąż otwarte pytanie.
Faktem jest jednak, że wydobycie się w ostatnich dekadach setek milionów Chińczyków ze skrajnego ubóstwa nie jest efektem samego wzrostu gospodarczego. Przez długi czas ten wzrost był bardzo nierówny, a rosnącą w zawrotnym tempie nadwyżkę przechwytywał kapitał i reinwestował, między innymi w amerykańskie papiery dłużne.
W pewnym momencie nastąpiła zmiana. Można powiedzieć, że ekonomiści przekonali władze do budowy rynku wewnętrznego, ale równie istotne było to, że dziesiątki tysięcy protestów, które wybuchają tam co roku, zaczęły wywierać realną presję na reorientację polityki ekonomicznej Pekinu. To nie doprowadziło do powstania wolnych związków zawodowych, ale – podobnie jak w XIV wieku – wymusiło pewne korekty systemu.
Przykładem może być choćby to, że Pekin, jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast świata, w ostatnich latach znacząco ograniczył poziom smogu. To także jest efekt nacisków społecznych.
Poziom zanieczyszczenia powietrza uderza w końcu w najbardziej podstawową rzecz, czyli prawo do zdrowia. Z punktu widzenia ekonomicznego brak dbałości o ten aspekt jest krótkowzroczny – koszty zdrowotne przekładają się na zdolność populacji do reprodukcji i pracy w ogóle.
Ciekawe, że to nie jest coś nowego. Dla mnie interesujące było pokazanie, że już w XIX wieku, wraz z narodzinami przemysłowej klasy robotniczej i ruchu robotniczego w Europie Zachodniej, pojawiały się postulaty prawa do oddychania, do świeżego powietrza, do wyjścia z miasta, na „zieloną trawkę”.
To z kolei wiązało się z wcześniejszymi walkami o dobra wspólne, które stanowiły podstawę gospodarki chłopskiej, zarówno na terenach dawnej Rzeczypospolitej, jak i w Anglii czy we Francji. Po wielkiej prywatyzacji i włączaniu chłopskich pól do wielkich majątków rozwijających się w coraz większym stopniu zgodnie z logiką kapitalistyczną w Anglii, robotnicy próbowali odzyskać choć część tych przestrzeni, właśnie po to, żeby móc korzystać z podstawowego prawa, jakim jest oddychanie. W pewnym sensie to się im udało.
Zastanawiam się nad tym, czy rzeczywiście mamy tu stałą dynamikę między ludem a elitami władzy, w której lud jest nośnikiem idei emancypacyjnych, a elity albo na nie reagują, albo próbują je tłumić czy rozładowywać. I w tym kontekście myślę o współczesnej Europie – piszesz krytycznie o sposobie przeprowadzania zmian, zwłaszcza w kontekście polityk klimatycznych. Na czym właściwie polega problem?
Polityczny ekologizm pojawił się na większą skalę w wyniku protestów 1968 roku. Wtedy idee ekologiczne i środowiskowe wpisywały się w szersze ramy tej potężnej fali rewolucyjnej obejmującej właściwie cały świat. Ale w momencie, kiedy ruch ‘68 przegrywa, jego zielony segment zostaje w pewnym sensie „przejęty” i przekształcony.
W konsekwencji tej zmiany obecnie ruchy ekologiczne i klimatyczne bardzo często koncentrują się na stylu życia. Można powiedzieć, że próbują podejść do problemu od końca, od strony, która jest raczej konsekwencją głębszych, strukturalnych uwarunkowań. Z kolei elity rządzące chętnie na to przystają, bo nie chcą się mierzyć z koniecznością zmiany na poziomie systemowym. I to jest główny problem: że wiele tych polityk, które nazywamy zielonymi, działa trochę jak plaster w sytuacji, w której potrzebna byłaby poważna operacja.
Opór wobec polityki klimatycznej jest dziś w dużej mierze kapitalizowany przez prawicę. Ta transformacja mogłaby mieć demokratyczny charakter, czyli wyrażać realne obawy ludzi o zmianę warunków życia i poczucie braku uznania, na przykład w takich sektorach jak górnictwo. Tymczasem zostaje przechwycone.
Tak, historycznie można pokazać, że różne reformy o charakterze ekologicznym bywały wymuszane przez presję zorganizowanej klasy robotniczej, a zarazem miały prodemokratyczny charakter. Dobrym przykładem jest dziewiętnastowieczny Londyn, gdzie przez dekady wśród biedoty – choć nie tylko – szalała cholera, choroba związana z brakiem kanalizacji kilkumilionowego miasta i użytkowaniem skażonej wody przez jego mieszkańców.
Dopóki robotnicy – główni zainteresowani w pokonaniu epidemii – nie mieli praw wyborczych, politykę miasta zmonopolizowała burżuazja, która broniła się przed opodatkowaniem na rzecz budowy publicznego systemu kanalizacji, mimo że wiedza medyczna wiążąca epidemię ze skażeniem wody i technologia potrzebna do budowy kanalizacji miejskiej już istniała. Dopiero kiedy część robotników (mężczyźni o wyższych zarobkach) zdobyła prawo głosu i stała się realną siłą polityczną, udało się wymusić zmiany. Uchwalono odpowiednie podatki, powstała kanalizacja i cholera zniknęła.
To dobrze pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że do realnego postępu nie wystarczy odpowiedni poziom nauki czy technologii, ale potrzeba woli politycznej. Po drugie, że dążenia klas podporządkowanych często łączyły emancypację polityczną z kwestiami środowiskowymi. Dzisiaj, w naszej części świata, ten związek się rozpadł. Niemniej w wielu regionach takich jak Ameryka Łacińska, Afryka czy Indie, postulaty ekologiczne wciąż łączą się z postulatami społecznymi.
Wydaje mi się, że kryzys zielonej polityki w USA czy Unii Europejskiej stanowi symptom szerszego problemu. Ma on związek z tym, iż ekologia, podobnie jak demokracja, została w ostatnich dekadach w dużej mierze zawłaszczona przez mainstream. Retoryka ekologiczna stała się częścią agendy neoliberalnej. Ta ostatnia zaś kojarzy się z nierównościami, prywatyzacją sektorów publicznych i deregulacją stosunków pracy, przez co dla wielu ludzi sama ekologia staje się rodzajem ideologicznej fasady strategii neoliberalnych, i tym samym przestaje być postrzegana jako źródło inspiracji i narzędzie zmiany społecznej.
Czyli chodzi ci o to, że te dwa porządki zostały ze sobą utożsamione? Że wolny rynek został przedstawiony jako coś nierozerwalnie związanego z demokracją i odwrotnie? I że w efekcie osoby, którym rynek nie jest w stanie zapewnić dóbr, zaczynają odrzucać nie tylko sam rynek, ale też ideę demokracji?
Neoliberalizm ma w sobie silny rys antypolityczny. Opiera się na wierze w zarządzanie społeczeństwem i kryzysem, na ograniczaniu kontroli społecznej i oddawaniu kluczowych decyzji ekspertom, zwłaszcza w sferze gospodarki. To proces, który trwa od dekad i odkłada się w świadomości społecznej, zawężając pole manewru i wzmacniając poczucie, że niewiele da się zmienić, bo „oni i tak zrobią swoje”.
W efekcie pojawia się zjawisko, które można nazwać hiperpolityką. Depolityzacja, czyli osłabienie demokratycznego sprawstwa, rodzi reakcję w postaci zapotrzebowania na silne, zdecydowane przywództwo. Na kogoś, kto obieca przełamać „imposybilizm” i narzucić zmianę z góry.
Piszesz, że zielony kapitalizm nie jest możliwy. Jednak władze potrafią wprowadzać pewne zmiany w odpowiedzi na presję społeczną. Czy nie dałoby się potraktować transformacji klimatycznej jako stopniowego wprowadzania korekt w ramach istniejącego systemu? Innymi słowy, czy bardziej realną drogą nie jest właśnie zarządzanie kryzysem poprzez częściowe reformy, które czasem działają lepiej, czasem gorzej, ale coś realnie zmieniają?
Biorąc pod uwagę doświadczenia historyczne rzeczywiście możemy mieć nadzieję, że w dłuższej perspektywie cząstkowe sukcesy pozwolą jakoś „przepchnąć” ten system. Oczywiście nie należy rezygnować z takich prób. Ale wydaje mi się, że do sytuacji, w której obecnie się znajdujemy pasuje słynny bon mot Johna Maynarda Keynesa: „w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi”.
Innymi słowy, mamy coraz mniej czasu na cząstkowe sukcesy. Być może nie mamy go już wcale. To zaś oznacza, że całkiem serio powinniśmy zacząć wyobrażać sobie koniec kapitalizmu.
A jednak podajesz w książce przykład udanej reformy, czyli katastrofy ekologicznej dust bowl i polityki F.D. Roosvelta w odpowiedzi na nią. Przypominając: dust bowl była katastrofą ekologiczną w latach trzydizestych XX wieku w USA, gdy susza i intensywne rolnictwo doprowadziły do erozji gleby i ogromnych burz pyłowych. Franklin D. Roosevelt zaradził temu, wprowadzając programy wsparcia dla rolników i regulacje, które ograniczyły degradację ziemi i zmieniły sposób jej użytkowania.
To bardzo ważny przykład, bo pokazuje, że skuteczna polityka wobec kryzysu środowiskowego nie musi polegać na uruchamianiu supernowoczesnych technologii, ogromnych środków infrastrukturalnych czy wreszcie projektów geoinżynieryjnych, ale na czymś znacznie prostszym i łatwiej dostępnym, jak choćby system dopłat dla rolników, który pozwala im przetrwać, nie degradując gleby.
Innymi słowy, chodzi o hamowanie logiki nieograniczonej akumulacji, która w przypadku środkowego zachodu USA w latach trzydziestych XX wieku doprowadziła do szybkiej erozji ziemi i w efekcie do burz pyłowych. To jest przykład rozwiązania, które działa w ramach systemu, a jednak realnie coś zmienia.
Ale czy to po prostu nie jest inna formacja kapitalizmu, bardziej odpowiedzialna społecznie z wyraźniejszą rolą państwa? Skąd więc przekonanie, że zielony kapitalizm nie jest możliwy?
Trudno tu o optymizm, jeśli widzimy deklaracje składane i podpisywane przy okazji kolejnych szczytów klimatycznych, a potem niewdrażane w życie. Oswajamy się z porzuceniem nadziei na ograniczenie średniego wzrostu temperatury na planecie do 1,5 stopnia Celsjusza. I to pomimo postępów transformacji energetycznej.
Problem w tym że wraz z nią postępuje także zużycie paliw kopalnych – ropy, gazu i węgla. Dlaczego? Bo tylko tak można osiągnąć wzrost zapewniający rentowność kapitałowi. Bo nowe sektory gospodarki, takie jak bigtechy z AI na czele, potrzebują gigantycznych ilości energii i zasobów wody. Próba połączenia systemu nieograniczonej akumulacji z ochroną planety o ograniczonych zasobach nie wychodzi. Trzeba będzie dokonać wyboru, uruchomić wyobraźnię i wolę polityczną, przełamać marazm antropocenu, nawet wbrew interesom najbogatszego 1 procenta.
Jaka jest alternatywa? Czasem wyobrażamy ją sobie poprzez popkulturowe scenariusze, jak w filmie „2012” Rolanda Emmericha, gdzie powstają arki ratujące niewielką część ludzkości, a reszta zostaje pozostawiona sama sobie. To oczywiście fantazja, ale jeśli wsłuchamy się w głosy Elona Muska czy Alexa Karpa, to zauważymy niepokojące podobieństwa.
Dzisiaj mamy do czynienia ze splotem kryzysów środowiskowych, ekonomicznych i międzynarodowych, a coraz więcej sporów zaczyna wyglądać tak, jakby mogły zostać rozwiązane tylko na drodze konfliktu. To skłania do myślenia, że potrzebna jest bardziej radykalna zmiana kursu, bo pewna dynamika pcha nas w stronę eskalacji. Widać rosnącą rywalizację o zasoby między mocarstwami, które zresztą same tracą swoją pozycję – słabną Stany Zjednoczone i Rosja, rosną Chiny i Indie, ale to też zmienia układ sił w sposób nie do końca przewidywalny.
To wszystko nie sprowadza się tylko do relacji między państwami, tylko wiąże się z głębszymi antagonizmami społecznymi i strukturalnymi. I właśnie dlatego skala zagrożeń jest dziś tak duża. Wydaje się, że nie mamy już dużo czasu, a to, co się dzieje, zmienia reguły gry.
Jeśli nie wyjdziemy poza dotychczasowe ramy, będziemy jedynie reprodukować rozwiązania, które nie wyprowadzą nas poza logikę ekstraktywizmu – modelu akumulacji opartego o wydobycie surowców, z dewastacją środowiska naturalnego wpisaną w mechanizm wzrostu. A to oznacza, że nie rozbroimy ani bomby klimatycznej, ani kryzysu demokracji, ani narastających nierówności społecznych.
Co jest takiego w obecnym modelu kapitalizmu, co nie pozwala mu na poradzenie sobie z tym kryzysem?
Wydaje mi się, że przez ostatnie kilkanaście lat mamy do czynienia z czymś w rodzaju permanentnego kryzysu. Najpierw kryzysy finansowe – azjatycki pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku, potem pęknięcie bańki technologicznej w 2001 roku, kryzys hipoteczny w 2007–2008, następnie stagnacja, pandemia i inflacja popandemiczna. Teraz dochodzą wojny imperialistyczne w Ukrainie, Iranie, ludobójstwo w Strefie Gazy i kolejne napięcia, choćby związane z blokowaniem kluczowych szlaków handlowych, jak cieśnina Ormuz.
Jednak reakcja Unii na kryzys w Grecji, gdzie dominowała polityka zaciskania pasa, różniła się od tego co wydarzyło się w pandemii. Wtedy mieliśmy raczej szybkie uruchomienie dużych programów wsparcia i interwencji państwa, zamiast narzucania oszczędności.
Rzeczywiście, inaczej niż w przypadku Grecji stłamszonej w imię neoliberalnych dogmatów, w czasie pandemii doszło do faktycznego zerwania z tymi wszystkimi „złotymi regułami”, które przez lata miały ograniczać wydatki publiczne. Okazało się, że można je zawiesić i że przynosi to realne efekty, bo ogromne środki zainwestowane w szczepionki pozwoliły w krótkim czasie uratować miliony ludzi. To z kolei pokazuje, jak mogłaby wyglądać walka z innymi globalnymi problemami, choćby z malarią czy HIV, gdyby istniała podobna skala mobilizacji i poczucie pilności.
Jednocześnie widać, że ten potencjał został tylko częściowo wykorzystany. Szczepionki, mimo że finansowane publicznie, oddano w ręce korporacji, zamiast uczynić z nich globalne dobro wspólne, dostępne także dla globalnego Południa. Podobnie szybko zapomniano o tym, co pandemia ujawniła, czyli o kluczowej roli pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej. Na moment otworzyła się przestrzeń wyobraźni i realnych możliwości zmiany, ale bardzo szybko nastąpił powrót do wcześniejszych reguł.
To wszystko pokazuje, że problem nie polega na braku narzędzi czy zdolności działania, tylko na tym, kto kontroluje efekty tego działania. Interesy kapitału za każdym razem wychodzą na powierzchnię i przechwytują wartość wytworzoną społecznie. Dlatego zamiast trwałej zmiany systemowej mamy raczej krótkotrwałe wyjątki, po których wszystko wraca do poprzedniego stanu, mimo że widać, iż można byłoby pójść znacznie dalej.
Czyli pytanie brzmi, czy nie dałoby się tego rozwiązać inaczej, bardziej „od środka”. Trochę w duchu tego, co proponuje Bill Gates – czy nie chodzi po prostu o to, żeby uczynić politykę ekologiczną opłacalną dla kapitału? Czy wtedy, zamiast konfliktu, mielibyśmy motywację systemu do działania?
To świetny pomysł, tylko że w praktyce często kończy się tak, że zostaje opłacalność, a znika ekologizm. Wiele rzeczy, które naprawdę należałoby zrobić, jest po prostu nieopłacalnych z punktu widzenia kapitału. Na przykład dowartościowanie pracy opiekuńczej gwałtownie podnosi koszty i wymagałoby w gruncie rzeczy zupełnie nowego modelu zatrudnienia i wynagradzania, bardziej uspołecznionego.
Tymczasem podejście jakie promuje Gates skupia się głównie na ciągle pozostających poza zasięgiem rozwiązaniach technologicznych czy geoinżynieryjnych. Problem w tym, że takie wizje mogą nas prowadzić raczej do świata, w którym technologia coś „naprawia”, ale procesy dewastujące środowisko trwają, a kryzys tylko zmienia formę. I tego scenariusza należałoby się raczej obawiać.
Jak wyglądałaby więc alternatywa?
Ważne są rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie wydają się spektakularne: skracanie czasu pracy, rozszerzanie sfery darmowych usług publicznych, wyjmowanie zaspokajania podstawowych potrzeb z logiki towarowo-pieniężnej oraz dowartościowanie pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej. To są zmiany, które uderzają w sam fundament systemu.
I to się łączy z diagnozą mówiącą, że kapitalizm opiera się na „tanim” wykorzystywaniu różnych zasobów – natury, pracy, energii, żywności czy samego życia. Dziś te „tanie rzeczy” zaczynają się buntować. Część tego buntu ma charakter świadomy, jak ruchy pracownicze w Indiach, Bangladeszu, Chinach czy Indonezji albo ruchy feministyczne walczące o uznanie pracy opiekuńczej. Z drugiej strony, mamy też bunt bardziej „pasywny” – gospodarka osiąga granice eksploatacji natury, brakuje już „tanich” zasobów, poziom zanieczyszczeń uniemożliwia normalne funkcjonowanie.
To wszystko oznacza, że kończy się możliwość dalszego „wyścigu na dno”, czyli przenoszenia produkcji tam, gdzie praca jest najtańsza, a koszty środowiskowe można ignorować. W tym sensie system napotyka zarówno społeczne, jak i ekologiczne granice. I właśnie dlatego potrzebna jest zmiana, która nie będzie tylko korektą, ale realnym wyjściem poza tę logikę.
Książka:
Przemysław Wielgosz, „Pogoda dla rewolucjonistów. Jak zmienić świat w czasie katastrofy”, wyd. Karakter, Kraków 2026.