Już w samym tytule Kasia Babis zapowiada pewną fragmentaryczność komiksu – „Okruchy” składają się więc z migawek, wycinków tego, co autorka nazywa dorastaniem w postkomunistycznej Polsce. Jednak pod tą zasłoną skrywają się trawiące komiks problemy: powierzchowność, przypadkowość i instrumentalność wątków.

„Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce” to autofikcyjna opowieść o dorastaniu w Polsce lat dwutysięcznych. To również opowieść o byciu najpierw dziewczyną, a potem młodą kobietą w Polsce. O przyjaźniach, rodzinie, relacjach romantycznych. O mężczyznach i ich problemach – tych, które mają „sami ze sobą” i które inni mają z nimi. O wrednej dyrektorce, przebieraniu się na kartonach na targu, wykluczeniu komunikacyjnym, chorobach psychicznych, nierównym podziale pracy w związkach, zapracowanych matkach i zamkniętych emocjonalnie ojcach, o religijnym fanatyzmie, aborcji, braku dostępu do aborcji, poronieniach, ale też o braciach Kaczyńskich, papieżu Polaku, Macierewiczu i Smoleńsku, trochę o liberałach, bardzo o Magdalenie Ogórek, o lewicy i o memach. Jak na nieco ponad 200 stron komiksu jest tego sporo. 

Komiks dla Amerykanów

Opublikowany rok temu pod tytułem „Breadcrumbs: Coming of Age in Post-Soviet Poland” komiks Kasi Babis był pierwotnie przygotowany dla wydawcy amerykańskiego. Nie widziałam briefu, ale zapewne Babis została poproszona o stworzenie komiksu, który objaśniłby amerykańskiemu czytelnikowi, co wydarzyło się w Polsce po 1989 roku i jaki jest to obecnie kraj z perspektywy przeciętnego człowieka. 

Babis miesza więc w „Okruchach” od samego początku dwa porządki – osobiste historie postaci przeplata z wyjaśnieniami kolejnych historyczno-polityczno-społeczno-ekonomicznych kontekstów. Wychodząc od rozbiorów Polski, przeskakuje do 4 czerwca 1989, a chwilę potem wyjaśnia, kim są bracia Kaczyńscy, Giertych, Lepper, Macierewicz czy Tusk. Przywołuje „polskie 9/11” – śmierć papieża (wraz z objaśnieniem, jakie znaczenie ma liczba 2137) oraz katastrofę w Smoleńsku, a także wydarzenia z 2016 roku (zaostrzenie przepisów dotyczących prawa do aborcji i Czarne Marsze). 

Stąd też nagromadzenie w komiksie sformułowań takich jak: „pewnie wiecie…”, „nie uprzedzajmy faktów…”, „tu przyda się jakiś kontekst…” czy „być może zastanawiacie się, co tu zaszło”. Babis zaś, mimo tego, że pojawia się w komiksie jako kilkuletnia dziewczynka, od początku niesie na swoich barkach dwie role – bohaterki oraz narratorki, głosu z offu. Stąd kurioza, jak sześciolatka, która dochodzi do podobnych wniosków jak Francis Fukuyama (historia się już skończyła, a świat będzie się teraz spokojnie rozwijał). Perspektywa dziecka, a potem nastolatki i młodej kobiety przykryte są przez perspektywę dorosłej Babis, która czy to wkłada do głowy dziecka nad wyraz dojrzałe refleksje, czy też w usta nastolatki słowa, które bardziej przystają trzydziestolatce niż komuś o połowę młodszemu. 

Papierowa narratorka

Nad przywoływanymi/powoływanymi na kartach komiksu zdarzeniami unosi się duch tej perspektywy czasowej, a co za tym idzie, także dystansowania się od swojej młodszej „ja”. I niestety komiks na tym traci. Wyposażona w bagaż kontekstów i doświadczeń bohaterka zdaje się nie mieć szans na wykształcenie osobowości, stanowiąc raczej pionek przesuwany to tu, to tam, umożliwiający nam uczestniczenie w kolejnych wydarzeniach i poznawanie nowych postaci.

Czego komiksowa Kasia, tam i wtedy, bała się, o czym marzyła, co ją napędzało? Jakie motywacje stały za kolejnymi decyzjami? Jakie emocje towarzyszyły jej w kluczowych sytuacjach? Owszem, postać Kasi bywa smutna, zamyślona, wystraszona, zezłoszczona, ale powierzchownie. Jest to objaw szerszego problemu, albo kilku problemów, z którymi borykają się „Okruchy”. Nagromadzenie wątków i pomysłów sprawia, że skaczemy z tematu na temat, a Babis nie pozwala nam na lepsze poznanie większości postaci i zdarzeń. Ot, pojawiamy się nagle przy wymianie zdań głównej bohaterki i jej chłopaka, a potem towarzyszymy ich kłótni zakończonej aktem fizycznej przemocy, ale tak naprawdę nic o tej sytuacji nie wiemy. Jak wyglądał ten związek wcześniej, co doprowadziło ich i nas do tego miejsca i co stało się później? 

Problemy, a nie ludzie

Tu wyłania się problem drugi – Babis przywołuje kolejne sceny w sposób instrumentalny. Atak partnera na główną bohaterkę jest po prostu egzemplifikacją przemocy związkowej i niczym więcej – nie wracamy do tej sprawy, nie wpływa ona na dalszą historię ani na samą postać Kasi.

Kolejne postaci to nowe problemy do zaprezentowania: matka jest zapracowana i nieobecna, mężczyźni zaś służą do pokazania groomingu i niezdrowego zainteresowania dorosłych mężczyzn nastolatkami, rasizmu, kumulującego się resentymentu, gniewu, agresji. Czasem ma się wrażenie, że Babis nie potrafi odpuścić żadnej sytuacji – kiedy czternastoletnia Kasia idzie po szkole wypić ze znajomymi, jej rodzice są zdenerwowani i robią jej wyrzuty. Ale Babis nie widzi tu tylko rodzicielskiego strachu o córkę – przywołuje na kilku kadrach rodzinną tragedię, jaka dotknęła jej ojca. Jego dwóch braci zginęło tragicznie w młodym wieku, co, jak daje nam do zrozumienia, jest z jednej strony przejawem rodzicielskiej hipokryzji (bo oni robili o wiele gorsze, bardziej niebezpieczne rzeczy), a z drugiej leży u podstaw ich reakcji, gdy córka nie wraca po szkole prosto do domu. Z nieznanych powodów przenosi tę traumę na sytuację „tu i teraz”, choć ostatecznie reakcja jej rodziców wydaje się dość typowa. Ale to, co typowe, normalne, codzienne, jest w „Okruchach” mocno przykryte przez to, co doniosłe czy tragiczne.

Jest to o tyle niefortunne, że to właśnie w tych spokojniejszych momentach – gdy Babis przywołuje drobne detale, uspokaja tempo, daje postaciom nieco przestrzeni, czy to na rozmowę, czy po prostu na bycie w historii – komiks staje się ciekawszy, bo nie tak oczywisty. Stąd najsilniejszym jego elementem są postaci koleżanek głównej bohaterki, które przewijają się przez całą opowieść i do których wracamy w różnych momentach ich życia. Także i ich nie omija pewien dramatyzm narracji, jaką proponuje nam Babis, ale samo to, że mamy szansę spędzić z nimi więcej czasu, pozwala w jakikolwiek sposób zacząć interesować się lub przejmować ich losem. 

Męczący dramatyzm

Jest to swoiste udramatyzowanie całości, sprowadzanie niemal każdego jej elementu do punktu kulminacyjnego, męczące i jednocześnie odbierające znaczenie. W opowieści, w której wszystko jest grane na wysokim C, paradoksalnie na znaczeniu zyskują momenty wytchnienia, codzienności bez fajerwerków. Najlepszym tego przykładem są szkice dołączone na końcu komiksu, które stanowiły punkt wyjściowy dla Babis do pracy nad „Okruchami”. Są to scenki rodzajowe: dziewczynka bawi się na podłodze w domu dziadków, para pali papierosy na dachu, grupa znajomych bawi się na „domówce” – wszyscy mają, jak to w Polsce, zdjęte buty. W tych kadrach drzemie mnóstwo emocji – nie tylko nostalgia, ale są one także przykładem na niezwykłe wyczucie i zmysł obserwacyjny, jaki Babis w sobie ma. To wszystko ginie jednak na tych dwustu stronach napakowanej po brzegi historii, niestety, o niczym.

Klamry opowieści

Autorka próbuje chwycić ją w jakieś klamry. Za jedną można uznać postać Marcina, znajomego z partii, z którym – mimo oskarżeń o niewspierające zachowanie wobec partnerki podczas aborcji, a także stalking – główna bohaterka pozostaje w koleżeńskich stosunkach i który, ostatecznie, zawodzi ją, okazując się kolejnym facetem przepełnionym gniewem. Trudno jednak nadać temu jakiś ciężar, bo relacja w żadnym momencie nie jest przedstawiona jako ważna dla bohaterki, a sam Marcin swoim zachowaniem nas nie zaskakuje.

Drugą klamrą mogłaby być relacja bohaterki z matką. W komiksie pojawia się motyw dziennika matki, który pisała za młodu i który miała spalić – ostatecznie Kasia znajduje nadpalony zeszyt i czyta go. Babis sygnalizuje w kilku miejscach komiksu, że matka jest rodzicem nieobecnym, zajętym, obciążonym licznymi obowiązkami. 

Jednak relacja córki i matki jest nawet nieledwo zarysowana – nie wiemy o niej właściwie nic. Nie wiemy też, jakie znaczenie ma ona (albo raczej jej brak) dla głównej bohaterki. Nie odbija się to na samej bohaterce, nie widzimy żadnego wpływu, czy to na psychikę postaci, czy też jej decyzje. Trudno tu bowiem mówić o jakiejś fabule, o myśli przewodniej (innej niż „postkomunistyczna Polska”), ale też o jakiejś drodze, którą mogłaby przejść postać Kasi. W tym względzie bardziej wiarygodnie wypadają jej szkolne koleżanki. 

Infografiki

Przypadkowość nie omija warstwy graficznej komiksu. Kasia Babis umie rysować – nie mam żadnych wątpliwości. Ma wyrobiony, charakterystyczny styl, po którym od razu można ją rozpoznać. Wie, co robić – o ironio – w momentach, w których wyjaśnia jakiś kontekst. Radzi sobie tam, gdzie rysunek nabiera charakteru infograficznego – życie jako gra planszowa, ludzie w kanapce symbolizujący termin „wkładka mięsna”, czy gdy streszcza historię Jolanty Brzeskiej i dzikiej reprywatyzacji (tak, na to też znalazło się miejsce) – co nie każdy potrafi.

Są takie miejsca w komiksie, w których choć na chwilę hamuje i wtedy też dostajemy kilka zgranych ze sobą kadrów budujących nastrój, emocje. Jednak niezwykłe tempo „Okruchów” nie omija i rysunku. Akcja skacze ze strony na stronę, a my co jakiś czas gubimy się – w którym roku jesteśmy, kogo właśnie oglądamy? Na kolejną kwestię zwróciła uwagę inna twórczyni komiksów Kasia Mazur – losowość koloru. Komiks utrzymany jest w szarościach z dodatkiem koloru czerwonego. Czasem autorka wykorzystuje go, aby podkreślić silną emocję albo zwrócić naszą uwagę na coś ważnego, ale bardzo często jego umieszczenie jest absolutnie przypadkowe. 

Natłok pomysłów

Kasia Babis nie jest debiutantką, nie jest też początkującą autorką. Ma za sobą wiele internetowych projektów – krótkie komiksy publikowane na blogu Kącik Kiciputka, publikowany w odcinkach komiks „Barwy Biedy” (tworzony w duecie z Kobietą Ślimakiem) czy współpracę z satyrycznym portalem The Nib – a także publikacje na papierze. Jednak „Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce” przedstawiane są nam jako jej pierwszy projekt w roli „samodzielnej autorki”. I być może tu tkwi problem – może Babis przydałaby się druga, a nawet i trzecia para uważnych oczu, ktoś z doświadczeniem, kto wskazałby, co w tym komiksie nie działa i w jaki sposób autorka mogłaby nad nim popracować – słowem porządna redakcja.

Z natłoku pomysłów, wątków i postaci wybrać elementy wiodące, dać im więcej przestrzeni, pozwolić postaciom bardziej się rozwinąć, ale i dać się nam lepiej poznać. Element faktograficzny, ten podręcznikowy charakter publikacji, ustawić w tle jako ważny kontekst, ale – właśnie – po prostu kontekst. I odkryć przed nam bardziej główną bohaterkę, wyposażyć ją w psychologizm, zamiast ustawiać ją niczym manekina w kolejnych kadrach, bo mimo tego, że na kartach komiksu jest jej najwięcej – ba, doświadcza wielu trudnych sytuacji – nie udało mi się jej w żaden sposób poznać. 

Może wtedy „Okruchy” miałyby szansę stać się komiksem nie tylko wyjątkowo dobrym, ale też ważnym i znaczącym w dyskursie o Polsce po 1989 roku. Nie jest to, mimo wszystkich wad, komiks zły, ale przede wszystkim bardzo rozczarowujący i niezapadający w pamięć. Może jednak doczekamy się jeszcze wielkiej potransformacyjnej komiksowej historii.

Książka:

Kasia Babis, „Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce”, wyd. Agora, Warszawa 2026.