Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną forward

KULTURA LIBERALNA > Czytając > KUISZ: Islandia, nie...

KUISZ: Islandia, nie Auschwitz [tekst do pobrania przed spotkaniem w kawiarni „Tarabuk” 6VI2009 o godz.19]

Jarosław Kuisz

Islandia, nie Auschwitz
(uwagi na marginesie książki Tony Judta
„Powojnie. Historia Europy od roku 1945”)

„Skarbczyk wspomnień”?

U podstaw dzisiejszego bogactwa i spokoju Europejczyków znajdują się upadłe imperia i zawiedzione nadzieje, ekonomiczna nędza i wizje moralności zdewastowane zbrodniami przodków. W październiku 1946 roku Herman Hesse i Tomasz Mann w prywatnej korespondencji zastanawiali się, czy Europa jest już tylko „skarbczykiem wspomnień”. Autor „Gry szklanych paciorków” z ostrożnym optymizmem pisał, że Stary Kontynent może jeszcze być „ideą, symbolem, duchowym ośrodkiem siły”, podczas gdy autor „Czarodziejskiej góry” wobec takich wizji wykazywał „lekki opór”, wieszcząc nadejście nowych kataklizmów (1).

Spór o miejsce Europy po II wojnie światowej od ponad 60 lat wygląda podobnie. Nad tym, czy istotnie była i jest ona jedynie „skarbczykiem wspomnień” zastanawia się w książce „Powojnie. Historia Europy od roku 1945” ceniony brytyjski historyk Tony Judt.

Judt podjął się oczywiście zadania ryzykownego, trudno bowiem wyobrazić sobie temat bardziej nużący niż mówienie o drodze do Unii Europejskiej i pojęciu „Europy” po tym, jak Stary Kontynent utracił dawny, mocarstwowy status. Okazuje się jednak, iż nic bardziej błędnego. Okres zimnej wojny w rekonstrukcji brytyjskiego historyka okazuje się nie tylko pasjonujący, ale wręcz newralgiczny dla zrozumienia współczesności. W dużej mierze tłumaczy także perwersyjną nostalgię za czasami, gdy w cieniu konfliktu nuklearnego można było cieszyć się wyraźnym podziałem na dobro i zło. Tymczasem wielobiegunowy świat może budzić zarówno niepokój, jak i oczekiwania co do prostych diagnoz. Judt uważa, że XXI wiek może należeć do Europy. Niewykluczone. Jednak jego propozycje świadczą o wewnętrznym rozdarciu i niedostatecznym docenieniu teraźniejszości. Dlatego ostatecznie umyka mu zarówno, czym jest Europa, jak i, na czym powinniśmy budować jej przyszłość.

(I.)

„Kubek amerykańskiej kawy może zostać przygotowany gdziekolwiek przez kogokolwiek. Kawa jest tania, a dolewki są gratis. Zasadniczo bez smaku, ale może zostać dostosowana do indywidualnego gustu. Jeśli nie wyda się dość atrakcyjna jako sama kawa, do spożycia zachęca gabarytami. To najbardziej demokratyczna metoda dla wprowadzania kofeiny do ludzkich organizmów. Weźmy natomiast prawdziwe włoskie espresso. Wymaga kosztownego oprzyrządowania. Relacja cena – rozmiar jest oburzająca i sugeruje obojętność wobec konsumenta i lekceważenie praw rynku. Satysfakcja estetyczna związana z piciem daleko przewyższa metaboliczny efekt. To nie jest napój, ale artefakt”(2) – w ten przewrotny sposób Judt tłumaczył niedawno różnice pomiędzy Ameryką a Europą. Wiąże się on ze swoistym sposobem widzenia Starego Kontynentu jako przeciwstawiającego się „American way of life”. Tym, co wiąże Europejczyków nie jest bowiem Unia Europejska, demokracja, wolność czy rządy prawa, ale europejski model społeczeństwa (3). Drobiazgowe opisanie klęsk i traum europejskich narodów, przebiegu i skutków podziałów zimnowojennych aż po 1989 rok, wreszcie zaprezentowanie przemian lat 90. i panoramy kultury europejskiej, prowadzi Judta do zajęcia się teraźniejszością i przyszłością Starego Kontynentu (4). Autor „Powojnia…” uważa, że Europa to pewien styl życia. Punktem odniesienia dla tożsamości Europejczyków nie jest już, jego zdaniem, dawny ZSRR, ale, oczywiście, niedawny sojusznik: Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

W opisie Europy rośnie zatem znaczenie kultury i to przede wszystkim kultury wysokiej. Podtrzymując ten niemodny w demokracji podział, Judt zwraca uwagę, że kultura wysoka stała się ostatnim ważnym obszarem życia publicznego, w którym państwa narodowe mogą odgrywać szczególną rolę monopolisty. Tu trafia w sedno. Istotnie „kultura” stała się być może już ostatnim ważnym obszarem życia publicznego, w którym państwa narodowe bardziej niż UE czy prywatni przedsiębiorcy mogą grać szczególną rolę monopolisty i mecenasa. Muzea, duże galerie sztuki, opery, orkiestry i zespoły baletowe – w znaczącym stopniu, a gdzieniegdzie całkowicie, zależą od kwot przydzielanych ze środków publicznych. Na tym tle uwikłanie w pewien rodzaj polityki kulturalnej każdego z państw narodowych okazuje się koniecznością. Judt zauważa, że podczas gdy we Francji kultura wysoka pełni funkcję wyraźnie edukacyjną (np. podtrzymując rodzimy repertuar w teatrach), w Niemczech prowadzi do ostentacyjnego kosmopolityzmu.

Sytuację Polski znakomicie ilustruje sprawa finansowania kinematografii. Przez wiele lat postulowano utworzenie osobnej instytucji dzielącej środki. W 2005 roku powołano Polski Instytut Sztuki Filmowej o statusie państwowej osoby prawnej, który ma dostarczać środki filmowcom. W porównaniu z poprzednim stanem rzeczy, przeważają pozytywne opinie, a sprawa kontrowersyjnego scenariusza do filmu o Westerplatte pokazuje, że władze mogły jedynie wycofać patronat, natomiast bezpośrednio nie mogły wstrzymać finansowania produkcji filmowej. Ku zaskoczeniu wielu komentatorów, zapewniono w ten sposób nie tylko środki, ale i niezależność artystyczną realizatorom filmu w relacjach z ministrem kultury (5). Z drugiej jednak strony, jak widzimy na przykładzie innych krajów, sprawa nie jest tak jednoznaczna, by nie należało oczekiwać od artystów propagowania pewnych treści czy podtrzymywania repertuaru – tu ryzykowne dla niektórych słowo – narodowego.

Judt wspomina o przykładzie, który jest nam bliższy niż opisy sukcesów Francji i Niemiec. Otóż po upadku komunizmu Bułgaria stała się miejscem, gdzie owocnie rozwijała się choreografia. Jednak brak dostatecznych nakładów na kulturę spowodował znany odpływ najlepszych artystów do krajów Europy Zachodniej. W efekcie „przyłączenie się do Europy mogło także oznaczać prowincjonalizację”, konstatuje Judt.

Brzmi to niczym ostrzeżenie dla władz państwowych i samorządowych we wszystkich postkomunistycznych krajach. Najlepszym przykładem niedawne wojny podjazdowe o Teatr Wielki – Operę Narodową i sytuacja, w której zdolniejsi artyści z powodów, nie tylko finansowych, mogą po prostu opuścić kraj i udać się tam, gdzie są finanse i swoboda artystyczna. Swobodny przepływ ludności w UE oznacza nie tylko emigrację zarobkową, może także prowadzić do osłabiania polskiej kultury. Trudno nie zauważyć, że polska publiczność niemal oswoiła się z tym, iż wielu najwybitniejszych twórców nie mieszka nad Wisłą. Istnieje pewna ciągłość postaw czy konieczności wyboru – powiedzmy – od Fryderyka Chopina aż po Sławomira Mrożka, oswojona umiejętnością doceniania twórców, którzy znaleźli uznanie za granicą. Widać w tym również ostrożność w wydawaniu własnych sądów estetycznych.

Oczywiście polscy politycy coraz mniej krępują się towarzystwem popularnych gwiazd kultury niskiej, ale podczas specjalnych uroczystości międzynarodowych nadal cieszą się, że można zaprosić Krzysztofa Pendereckiego. Wkrótce będą mogli zapraszać jedynie radzących sobie finansowo artystów komercyjnych.

Judt opisuje także inne aspekty spędzania czasu przez Europejczyków, a jednak nie jest w stanie dokonać syntezy, która przekonałaby o istnieniu europejskiego sposobu życia. Może stąd rozpaczliwe porównania Europy z USA. Rozpaczliwe, bowiem Europejczycy – moim zdaniem – na co dzień nadal z najróżniejszych powodów bardziej zajęci są pielęgnowaniem własnych tożsamości, tj. różnic miedzy sobą a sąsiadami. Amerykański styl życia jest zaś obecny, lecz jedynie w tle (na ekranach kin, w muzyce itd.). W relacjach z sąsiadami – najistotniejsza dla tożsamości w Europie nadal pozostaje narodowość.

W efekcie twierdząc, że dla Europejczyków Europa stała się zbyt oczywista i przez to najmniej wiadomo o sąsiednim kraju, Judt nie wyciąga wniosku, że Europejczycy już w tej perspektywie nie mogą być traktowani jako całość. Różnica wobec Amerykanów jest oczywista, ale różnica wobec sąsiada być może ważniejsza i, co więcej, na ogół dobrze ugruntowana w kulturze danej zbiorowości.

Judt przedstawia zatem raczej pobożne życzenia, jak wtedy, gdy stwierdza, że Europę jednoczy dziś futbol. Owszem, drużyny piłkarskie stały się ponadnarodowe, mecze oglądają jednocześnie miliony osób w wielu krajach, a sam futbol jest sportem na tyle egalitarnym, że umożliwia awans społeczny. Wszystko to wydaje się jednak zupełnie powierzchowne. To, co chwilowo jednoczy, jednocześnie głęboko dzieli albo stanowi pretekst do podziałów: a nie tylko polscy kibice wykazują drastyczną pomysłowość w wyładowywaniu agresji przy okazji rozgrywek sportowych. Nie wiadomo, czy ważniejsze jest to, że kibice w tym samym czasie oglądają jeden mecz, czy też to, że wykrzykują pod swoim adresem obraźliwe hasła czy rasistowskie wyzwiska wobec piłkarzy. Być może – jak twierdzi Judt – piłka nożna w jakimś stopniu (jak to zbadać?) zastąpiła w życiu Europejczyków wojnę i politykę, ale łagodzenie obyczajów odbywa się chyba na innej płaszczyźnie. Judt myli przyczyny ze skutkami.

Niewykluczone, iż autor „Powojnia”, sam nie będąc pewny, czy przekonał czytelnika do swej optymistycznej wizji, dopisuje do swojej książki kluczowy epilog. Skoro ani sposób finansowania kultury, ani wspólne opery czy gazety, ani nawet futbol nie wystarczą jako fundament dla UE, potrzebne jest coś innego. Potrzebna jest pamięć, ale o czym mogą pamiętać WSZYSCY Europejczycy ?

(II.)

Lokalne kontrowersje wokół książki Jarosława Marka Rymkiewicza „Kinderszenen”, można wznieść na poziom, jeśli nie uniwersalny, to co najmniej europejski. Propozycje Judta nie są aż tak odległe od pomysłów naszego pisarza, gdy chodzi o podnoszenie roli krwawej przeszłości, jako swoistego spoiwa w teraźniejszym i przyszłym życiu danej zbiorowości. Różnią ich oczywiście wspólnoty, będące punktem odniesienia, jako ofiary i kaci.

Otóż, zdaniem autora „Powojnia…”, spoiwem Europy ma być pamięć nie tylko o katastrofach, które przetoczyły się przez Stary Kontynent, jak II wojna światowa, wszechobecna nędza powojenna oraz następujące po niej dziesięciolecia zimnej wojny, ale przede wszystkim jedno wydarzenie: Holokaust.

„Dziś istotnym europejskim punktem odniesienia nie jest chrzest. Jest nim eksterminacja” – pisze Judt. I dalej: „Jeśli w nadchodzących latach, mamy pamiętać, dlaczego jest tak ważne, by budować pewien rodzaj Europy na krematoriach Auschwitz, tylko historia może nam w tym pomóc. Nowa Europa, powiązana znakami i symbolami koszmarnej przeszłości jest doniosłym osiągnięciem, ale jednocześnie na zawsze pozostaje dłużnikiem tej przeszłości. Jeśli Europejczycy mają podtrzymać tę istotną więź – jeśli przeszłość Europy ma wciąż zapełniać teraźniejszość Europy ostrzegającym znaczeniem i moralnym celem – przeto musi być wciąż na nowo uczona z pokolenia na pokolenie. UE może być odpowiedzią na historię, ale nie może jej zastąpić” (tłumaczenie – J.K.).

Wejście do rodziny europejskich narodów wymaga uznania przez przedstawicieli win danej wspólnoty w związku z Shoah. W Europie Zagłada jest sprawą regulacji prawnych, jak i moralności – jak zauważa Judt – a zaprzeczanie lub umniejszanie oznacza znalezienie się poza dyskursem publicznym cywilizowanego świata. Patrząc retrospektywnie, pisze Judt, najbardziej uderzający jest uniwersalny charakter blokady pamięci. Holokaust został wyparty z umysłów nie tylko w miejscach, gdzie zaiste były dobre powody, by tak uczynić [autor wymienia jednocześnie Austrię i Polskę], ale również w krajach, w których większość ludności nie miała powodu, by odczuwać wstyd [Wielka Brytania, Włochy].

Po rozpoczęciu zimnej wojny schroniono się za „zbiorową amnezją” i, zdaniem Judta, każdy okupowany kraj przeżył swój „syndrom Vichy” (w polskim czytelniku to ostatnie stwierdzenie musi budzić zaniepokojenie, skoro o jakiejkolwiek kolaboracji, nawet najodleglej przypominającej Vichy na ziemiach II RP nie było mowy). Współodpowiedzialność za Shoah może dziś okazać się nie tylko ciężarem przeszłości. Judt przyłącza się tym samym do autorów, którzy uważają, że na pamięci zbrodni przeszłości można budować przyszłość.

To, co jednak może zaskakiwać i nie dawać spokoju czytelnikowi w Europie Wschodniej, to wąski punkt odniesienia, jaki ostatecznie proponuje Judt. Jest to zresztą w perspektywie całej książki zwrot osobliwy: autor „Powojnia…” mimo iż sumiennie referował fakty dotyczące zbrodni komunistycznych, konkluduje przecież, że Unia Europejska ma być budowana na pamięci Holokaustu – tj. jedynie na pamięci części zbrodni popełnionych w XX-wiecznej Europie.

(III.)

Jeśli mamy wraz z brytyjskim historykiem wyciągać wnioski z koszmarów przeszłości, to nie powinno się pozostawiać za sobą niczego, co może być przestrogą na przyszłość. W szczególności nie można zapominać o „logice” popełnionych zbrodni. Sensowne jest intelektualne dyskwalifikowanie wszystkich argumentacji, które pomagały w doprowadzeniu do zbrodni masowych w Europie w XX wieku – nie tylko według kryterium rasy i narodowości, ale także klasy (6). Judt pisze, że w niektórych miejscach Europy antysemityzm wypiera dziś niechęć do imigrantów. Historia nie powtarza się i jedynie podskórna logika wydarzeń wydaje się podobna. Jedynie na jej podstawie możemy wyczulić się na zagrożenia. Stare kryterium, nie pozwoli dostrzec nowych zbrodni, które, siłą rzeczy, będą czymś innym, a nie powtórzeniem tego samego. Zatem najważniejszy argument brzmiałby dziś następująco: winniśmy uwzględniać wszelkie złe doświadczenia – nie po to, by relatywizować czy umniejszać Holokaust, ale by zdyskwalifikować argumentacje, które pomagały również w doprowadzeniu do innych zbrodni masowych. W odniesieniu do zbrodni komunizmu przekonująco zwracał na to uwagę choćby Władimir Bukowski we „Wstępie” do dzieła Arthura Koestlera.

Bukowski trafnie podkreślił, że „książka Koestlera pozostanie aktualna nie tylko tak długo, jak długo istnieć będzie na świecie choćby jedna jedyna partia komunistyczna, lecz tak długo, jak długo ludzie będą dążyć do rewolucyjnej przebudowy społeczeństwa. Przecież ideologia komunistyczna jest tylko najbardziej konsekwentną, najbardziej skrajną formą tego dążenia. (…) Ktoś mógłby zapytać, co mają ze sobą wspólnego anarchiczne idee Dostojewskiego, idea zjednoczenia Włoch, tęsknota jakobinów do równości i braterstwa i idea Królestwa Bożego na Ziemi? Przez wszystkie te idee prześwieca dobrze znany motyw; wysiłki na rzecz gwałtownego przekształcenia życia powtarzają się w historii z uderzającą stałością. Owo dążenie do sprawiedliwości wydaje się na pozór jedną z najsilniejszych ludzkich namiętności, i dlatego też z największym trudem poddaje się kontroli rozumu”. Wreszcie przypominając, że totalitaryzm nie może istnieć w próżni, lecz że podporę jego stanowi współudział w zbrodni (7).

Jeśli punktem odniesienia dla Europejskiej pamięci po 1945 roku byłby jedynie Holokaust, to znaczy, że podskórnie nadal utrwalałby się kulturowy podział na Europę Wschodnią i Zachodnią (która, co do zasady, nie doświadczyła tej powojennej wielkiej fali zbrodni – popełnianych pod hasłami komunizmu). Nie można zgodzić się na wpisanie zbrodni komunistycznych „po prostu” w tradycyjne kontinuum zbrodni, od zawsze towarzyszących ludzkości. Fakt, że w masowej skali przestępstwa te miały miejsce „jedynie” po wschodniej stronie żelaznej kurtyny, oznacza, iż nie mają być one istotne dla budowy UE.

Alain Besançon o problemie nierówności w ocenie zbrodni komunizmu typu leninowskiego i narodowego socjalizmu typu hitlerowskiego już dawno temu pisał, że „pamięć historyczna nie traktuje ich jednakowo. Narodowy socjalizm, choć znikł całkowicie ponad pół wieku temu, słusznie budzi odrazę, której czas ani trochę nie umniejsza. Pełna grozy refleksja zdaje się dotyczyć go coraz głębiej i szerzej. Natomiast komunizm, choć tak niedawno jeszcze żywy i dopiero co obalony, cieszy się niepamięcią i korzysta z amnestii ku powszechnej niemal zgodzie, i to nie tylko ze strony swoich wyznawców – bo tacy istnieją wciąż jeszcze – ale i swoich najbardziej zaciekłych wrogów, a nawet ofiar” (8).

Z dzisiejszego (a nie uniwersalnego) punktu widzenia należy powiedzieć, iż jednostka odpowiedzialna za swoje czyny ma zadanie postawione przez przodków. Nie dotyczy jej już dobrodziejstwo późnych narodzin. To raczej myśl o powrocie do koncepcji grzechu pierworodnego w społeczeństwach zsekularyzowanych i multireligijnych zarazem. Chcąc nie chcąc, pisarze tacy, jak Judt zdają się mówić: wszyscy mamy przodków zbrodniarzy, przodków przyglądających się zbrodniom, przodków-ofiary. Wszyscy zostali wygnani z raju i w tym sensie Adam dla wszystkich może być ojcem.

(IV.)

Nie wszystkim jednak taka perspektywa musi przypaść do gustu. Tym bardziej „Epilog” Judta może przynieść rozczarowanie. W XXI wieku trudno nie zgodzić się z Alanem Dershowitzem, iż nasze fundamentalne prawa (takie jak wolność słowa, swoboda wyznania etc.) nie znajdują dziś żadnego obiektywnego uzasadnienia. Odrzucając Boga, naturę, logikę i prawo stanowione, amerykański prawnik stwierdza, że mają podstawę one w wyrządzonych w przeszłości czynach niesprawiedliwych [Dershowitz posługuje się grą słów: „Rights from wrongs” (9)]. Doświadczenia, które post factum uznano za złe, są podstawą dla naszych praw w nowoczesnych, wielokulturowych społeczeństwach. Innego wspólnego fundamentu amerykański prawnik nie znajduje (mimo że sam jest praktykującym Żydem, co wielokrotnie podkreślał w swoich publikacjach).

Dershowitza i Judta łączy wyróżnienie zbrodni Holokaustu – jako punktu odniesienia dla budowania współczesności. Ale autor „Rights from wrongs”, pozostając w logice swego wywodu, nie chce i nie może ograniczyć się do Shoah. Tym samym pozostaje bardziej sceptyczny i przez to może bardziej przekonujący. Możliwość zapomnienia o niegodziwościach z przeszłości zmusza do działania dziś, gdyż poza nami samymi tu i teraz nic i nikt nie gwarantuje nam praw. Teoria Dershowitza zmusza do pamięci i jednocześnie skłania do aktywności w jej podtrzymywaniu, a Judtowi chodzi chyba właśnie o to.

Judt zatem źle zaprezentował dylemat, „o czym mogą pamiętać WSZYSCY Europejczycy”. Skoro wciąż prostodusznie brzmi pytanie, o czym powinni pamiętać wszyscy ludzie na Ziemi, to – jak się wydaje – usprawiedliwione byłoby pytanie: o czym mogą pamiętać wszyscy ludzie kultury Zachodu, w tym także Amerykanie ? O wartościach lat 1776 i 1789, które stanowią ich wspólne korzenie kultury politycznej, co wyjaśnimy poniżej.

(V.)

We wczesnych latach 90. mówiono, że zwycięstwo Zachodu w zimnej wojnie zostało odniesione nie tylko na płaszczyźnie ideologicznej, gospodarczej i militarnej, ale przede wszystkim moralnej. Pokonano „imperium Zła”. W 2008 roku nie można już tak po prostu zdefiniować tej sytuacji. Tym bardziej wraz z niemieckim historykiem Heinrichem Augustem Winklerem apelować należy o to, aby – nie tylko z uwagi na wspólne korzenie kultury politycznej Zachodu – nie definiować Europy w opozycji do Ameryki. Jeśli przyjmiemy, że pojęcie Zachodu jest historyczne i normatywne zarazem, to pozbywając się go, pozbawiamy się jednocześnie miary do oceniania postępowania państw, które same uważają się za zachodnie. Byłoby to niezmiernie wygodne politycznie i ekonomicznie w perspektywie takich wydarzeń, jak amerykańska inwazja na Irak, skandal w więzieniu Abu Ghraib, czy prawne wybiegi z Guantanamo.

Winkler opublikował niedawno monumentalne dzieło o historii Niemiec pod zaskakującym tytułem: „Długa droga na Zachód” (10). Normatywne pojęcie Zachodu oznacza dlań, że „podstawą naszego rozumienia polityki są współcześnie wciąż owe wartości zachodnie, które można rozumieć wyłącznie jako efekt współpracy transatlantyckiej. Wartości roku 1776 i 1789, wartości, które bez rewolucji amerykańskiej, bez rewolucji francuskiej nie weszłyby w tej postaci do agendy europejskiej” (11).

Ograniczenie przez Winklera swojej koncepcji jedynie do dziejów niemieckich, wydaje się zabiegiem nazbyt skromnym. Jak łatwo zauważyć po lekturze książki Judta, jeśli Niemcy wędrują na Zachód, to w pewnym sensie cały Zachód wędruje na Zachód. Ta podróż nie może mieć końca. Należy jedynie dbać o to, by pojęcie „Zachodu” nie stało się frustrującą wędrówką do kolejnej utopii. W XX wieku świat poznał ich dosyć. Potrzeba zakorzenienia w przeszłości – czym zajmują się Judt, Dershowitz i Winkler, każdy na swój sposób – ma służyć odciągnięciu od manowców myślenia utopijnego, które pozwala zapomnieć o przeszłości, nieznośnej dla człowieka jego własnej niedoskonałości i wierzyć w lepsze jutro, w którym natura ludzka zostanie nareszcie wyzwolona z okopów (jakkolwiek by tych okowów nie definowano).

Odnosząc się do sfery wartości, patrząc na skalę zbrodni popełnionych przez europejskie narody i historii przemilczeń (co słusznie podkreśla Judt), można bezpiecznie powiedzieć, że od epoki oświecenia Zachód „wędruje na Zachód”. I nigdy tam dotrzeć nie powinien.

(VI.)

Twórcy wielkich syntez historycznych często mają kłopot z sensownym zakończeniem swoich książek. Zbyt dużo wiedzą o przeszłości, by proponować naiwny „happy end”, a jednocześnie czuliby się niezręcznie, pozostawiając czytelnika z poczuciem nienaprawialnej natury ludzkiej. To na pewno popsułoby mu humor. Wreszcie rozpadająca się narracja – jako programowa ucieczka od syntezy – pozostaje zasadniczo domeną powieści (jak np. Hermanna Brocha „Lunatycy”). Wybitni historycy raczą nas zatem stwierdzeniami, stanowiącymi wynik ich rozdarcia. Tak właśnie dzieje się z Tony’m Judtem.

Znakomicie oddają to słowa Paula Kennedy’ego: „Gdy wygasła zimna wojna, nie stanęliśmy twarzą w twarz z nowym porządkiem świata, lecz z okaleczoną planetą, nad którą gromadzą się nowe chmury. (…) Ale wciąż istnieje możliwość, że inteligentni mężczyźni i kobiety zdolni są przeprowadzić swoje społeczeństwa przez labirynt zadań, by przygotować się do tego, co czeka nas za progiem XXI wieku” (12). Tylko tyle i aż tyle. Podobnie Robert Conquest w Uwagach o spustoszonym stuleciu stwierdził: „Mamy szansę stworzyć ogólnoświatowy porządek polityczny oparty na jedności i sile kultury demokratycznej. Szansa to jednak nie to samo co pewność. Przeszłość roi się od epok postępu, które utonęły w mroku. Sukces zależy od kilku czynników, lecz w głównej mierze od tego, czy nauczymy się — na Zachodzie i na Wschodzie — unikać umysłowych wypaczeń, które stanowiły podstawowe źródło naszych wcześniejszych kłopotów”(13).

Wreszcie na zakończenie wypada zauważyć, że ksiązka Tony’ego Judta trafi do rąk polskiego czytelnika w chwili, gdy ten zderzył się ze skutkami kryzysu na rynkach finansowych. Jesienią 2008 roku pytanie, które stanęło przed Europejczykami brzmi, czy istotnie europejski styl życia i pewien rodzaj pamięci o przeszłości wystarczy, by UE śmiało spoglądała w przyszłość, eksportowała idee i sposoby współpracy ponadnarodowej. W tej chwili państwa miotają się między egoizmem narodowym (I reakcja rządów państw UE) a koniecznością międzynarodowej współpracy (II reakcja rządów państw UE). Odpowiedź nasuwa się sama. Dla własnego dobra jedne państwa będą pomagać drugim, nawet jeśli dziś często ograniczają się do retoryki obrony interesów narodowych. Konieczność ustrzeżenia od bankructwa najważniejszych światowych graczy wymusza kooperację. W wyniku zapaści na giełdach „nowa zimna wojna” z Rosją została chwilowo odwołana. Sytuacja kryzysowa – niemal tak, jak zagrożenie atomowe w okresie zimnej wojny – jednoczy (nie tylko Stary Kontynent). Tezy Judta z „Epilogu” jego książki są zatem przydatne, ale na czas pokoju i obfitości. Wtedy przypominanie o traumatycznej przeszłości Europy może i powinno służyć budzeniu uśpionych dobrobytem emocji obywatelskich. Dziś jednak gołym okiem widać, iż potrzebni są eksperci i mężowie stanu. Należy trzeźwo oceniać sytuację i podejmować śmiałe decyzje, jak te, czy gwarantować depozyty bankowe i nacjonalizować banki. W przeciwnym razie grozi nam los Islandii. Czy nam się to podoba, czy nie, chwilowo to Islandia, a nie Auschwitz jest dla decydentów punktem odniesienia. Może ten fakt świadczy najlepiej o tym, jak zmienił się świat po 1945 r.

Europa w czasach dostatku powinna czytać Judta i zaglądać do „skarbczyka wspomnień”, Europa w czasie kryzysu – winna szukać innych autorów. Ciemność i tak będzie zawsze ścigać wyobrażenia Europy. Kreśląc mapę Starego Kontynentu Derek Walcott zauważył, że w odniesieniu do przedmiotów, które kojarzą mu się z Europą, pozostaje „Tylko dar / Widzenia rzeczy, jakimi są – rozpołowione przez ciemność, / Od której nie uciekną” (14).

Przypisy:

(1) H. Hesse, T. Mann, Korespondencja, Warszawa 2006, s. 168-172.
(2) T. Judt, Reappraisals: Reflections on the Forgotten Twentieth Century, London 2008, s. 393.
(3) T. Judt, Postwar: a history of Europe since 1945, New York 2006, s. 748.
(4) Rekonstrukcja dziejów dokonana przez brytyjskiego historyka nie jest dla Polaków przyjemna. Znaczenie wydarzeń związanych z Polską jest – w perspektywie dziejów Europy – zredukowane do absolutnego minimum (w tym wydarzenia Sierpnia`80). Przy tym małe nie jest piękne. Szczególną uwagę zwraca Judt na polski antysemityzm i znaczenie roku 1968. Czytelnicy szukający pozytywnego obrazu Polski i Polaków w oczach zagranicznych historyków, lepiej niech pozostaną przy lekturze dzieł Normana Daviesa. Książka „Powojnie…” może pozbawić ich wielu złudzeń i dobrego samopoczucia, a z pracami walijskiego historyka łączy ją zasadniczo jedynie imponująca objętość.
(5) Kłopotem okazało się nieformalne wywieranie presji oraz wycofywanie prywatnych sponsorów (np.: Paweł T. Felis, Co dalej z filmem o Westerplatte?, „Gazeta Wyborcza” z dn. 5 września 2008 r.).
(6) Patrz np.: S. Courtois, N. Werth, J.-L. Panné, A. Paczkowski, K. Bartošek, J.-L. Margonin, Czarna księga komunizmu. Zbrodnie, terror, prześladowania, Warszawa 1999.
(7) W. Bukowski, Wstęp, w: A. Koestler, Ciemność w południe, „Wydawnictwo Wola”, b.d.w.
(8) A. Besançon, Przekleństwo wieku. O komunizmie, narodowym socjalizmie i jedyności Zagłady, Warszawa 2000.
(9) A. Dershowitz, Rights from wrongs. A secular theory of the origins of rights, New York 2004.
(10) H. A. Winkler, Długa droga na Zachód: dzieje Niemiec (t. I-II), Wrocław 2007.
(11) H. A. Winkler, Długa droga na Zachód. Pożegnanie z kwestią niemiecką. Dyskusja z Adamem Krzemińskim, Robertem Trabą i Klausem Ziemerem, Warszawa 2008.
(12) P. Kennedy, W stronę XXI wieku, Londyn 1994, s. 396.
(13) R. Conquest, Uwagi o spustoszonym stuleciu, Poznań 2002, s. 398.
(14) D. Walcott, Mapa Nowego Świata, Kraków 2008, s. 37.

* Artykuł ukazał się w kwartalniku: Res Publica Nowa 4/2008.
** Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ
(21/2009)
1 czerwca 2009

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj