Zieleniak w czasie drugiej wojny światowej, a dokładniej podczas powstania warszawskiego w sierpniu 1944 roku, stał się jednym z najbardziej tragicznych miejsc na mapie okupowanej Warszawy. Choć przed wojną był zwykłym targowiskiem na Ochocie, miejscem codziennych zakupów i handlu warzywami, w pierwszych dniach powstania – o czym zbyt często się nie mówi – został przejęty przez oddziały SS RONA i zamieniony w obóz przejściowy dla mieszkańców dzielnicy. To, co działo się za murami Zieleniaka, na zawsze zapisało się w pamięci ocalałych jako czas skrajnego okrucieństwa i chaosu.

Rzeź Ochoty

Zieleniak funkcjonował jako obóz zaledwie kilkanaście dni, od 4 do 20 sierpnia 1944 roku, ale w tym krótkim czasie stał się symbolem cierpienia i jednym z najciemniejszych epizodów tak zwanej rzezi Ochoty. Najgorsze były noce. Noce polowań na kobiety i dziewczynki. Noce gwałtów. Po ten niezwykle trudny epizod powstania sięga w swojej najnowszej książce Anna Augustyniak – poetka, dziennikarka, zawodowo przez wiele związana z m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Newsweekiem”, „Polityką” czy „Tygodnikiem Powszechnym”. Zajmuje się tematami społecznymi, kulturowymi i historycznymi, często dotyczącymi pamięci zbiorowej i indywidualnej. Jest również autorką tomów poetyckich – i to poetyckie wyczucie języka widać także w jej prozie: pisze oszczędnie, ale bardzo obrazowo, z dużym szacunkiem do bohaterów swoich tekstów. Jak sama wyznaje, przez wiele lat mieszkała na Ochocie i dopiero jako dorosła osoba odkryła, że codziennie przechodzi obok miejsca, które było sceną ogromnej tragedii. To poczucie „pęknięcia” między współczesnością a zapomnianą historią stało się impulsem do pracy nad książką zatytułowaną po prostu „Zieleniak”. Augustyniak zaczęła szukać świadków i świadkiń, rozmawiać z rodzinami, przeglądać archiwa. Odgrzebywać pamięć.

Głos z ruin

„Zieleniak” składa się z czterech części – „Piwnica”, „Targ”, „Ciało” i „Grójecka”. Trzecia część to relacje świadków i świadkiń wydarzeń, pozostałe mają charakter beletrystyczny. Kiedy 1 sierpnia 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, Ochota była dzielnicą, w której walki szybko przybrały dramatyczny obrót. Powstańcy mieli tam niewielkie siły, a Niemcy natychmiast rzucili do akcji oddziały pomocnicze, w tym wspomnianą formację SS RONA – jednostkę złożoną z kolaborantów z terenów ZSRR znaną z brutalności jeszcze przed przybyciem do Warszawy. Himmler dał im jasny rozkaz: zniszczyć dzielnicę i złamać ludność cywilną. To otworzyło drogę do bezkarnej przemocy, która w kolejnych dniach wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli. Mieszkańcy Ochoty od początku byli pewni, że to „bez wątpienia byli Rosjanie. Wielu z nich miało skośne oczy i nalane twarze. Zachowywali się zupełnie inaczej niż Niemcy. Zdawało się, że każdy z nich robi to, na co ma ochotę, że nikt, żaden dowódca, nie stara się nad nimi zapanować. Potęgowało to wrażenie zamętu” [s. 45].

W pierwszych dniach sierpnia żołnierze RONA zaczęli systematycznie wypędzać mieszkańców z domów. Ludzie byli wyciągani z piwnic, klatek schodowych, mieszkań – często w pośpiechu, bez możliwości zabrania czegokolwiek. Wypędzonych pędzono w stronę Zieleniaka, który stał się głównym punktem zbornym. Taki los spotkał bohaterów książki – mieszkańców kamienicy na Ochocie, którzy początkowo wspólnie ukrywają się w piwnicy budynku, a w końcu zostają zapędzeni na teren targowiska, które zamieniono w prowizoryczny obóz.

Jedni z bohaterów „Zieleniaka” – Barbara, Henryk i ich córeczka Hania „całą trójką weszli na teren Zieleniaka. W środku panowały gwar i smród, potęgowany przez narastający upał. Ludzie siedzieli zwartymi grupami po kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Z trudem można było się między nimi przecisnąć. Barbara rozejrzała się, szukając jakiegoś dobrego miejsca dla nich, ale nie było żadnej różnicy, wszędzie to samo i tak samo, goły bruk i kłębiąca się masa ludzka” [s. 50].

W czasie gromadzenia cywilów na Zieleniaku, domy były plądrowane i podpalane, często jeszcze wtedy, gdy w środku znajdowali się ludzie. Szpitale i punkty opieki były atakowane, a pacjenci – w tym osoby starsze i ciężko ranne – ginęli na miejscu. W ciągu trzech tygodni na Ochocie zginęło około dziesięciu tysięcy cywilów. To ogromna liczba, zwłaszcza że dzielnica nie była głównym polem walki. Ale nic nie mogło się równać z horrorem, jaki nocami na Zieleniaku przeżywały kobiety i dziewczynki – wiek ofiar nie miał bowiem dla Rosjan żadnego znaczenia. „Bełkoczą po swojemu i wybierają, przebierają, żeby z tych młodszych… Generał chce młode… Wyciągają więc je z tłumu i ciągną do bramy. Wloką do niego na drugą stronę Grójeckiej. Rzadko się stamtąd wraca. Tylko czasem ma się szczęście. Zatrzyma się jakiś oficer niemiecki, by zajrzeć na Zieleniak, popatrzeć na Polaczków, pośmiać się, jak to Polaczkom powstania się zachciało, i bywa, że każe odprowadzić kobietę z powrotem na targ” [s. 128]. Przeżycie paradoksalnie zapewniają więc Niemcy.

„Po nocy ubywa kobiet na Zieleniaku, żołnierze rozprawiają się z nimi na amen, także z tymi lamentującymi, że zgwałcono im córki. Słychać płacz? Rozlega się wystrzał i już płaczu nie słychać, i już nowe grupy cywilów z coraz to odleglejszych ulic Ochoty zostają tutaj spędzone. Znów jest w czym wybierać, w świeżych, zupełnie świeżych dziewuszkach bez wozrasta. Warszawa zgotowała ruskim hulanki i swawole, o jakich nie śnili. Bo sen to jest bajeczny” [s. 132]. 

Wspólnota

Początkowy zachwyt nad wybuchem powstania – „od godziny W, od tej siedemnastej, kiedy wszystko się zaczęło i powstańcy ruszyli do ataku na niemieckie jednostki, tak się jakoś w całej Warszawie zaczęło lepiej oddychać” [s. 15] – szybko się skończył. Opisy tego, co się działo, są wstrząsające. Tym bardziej, że znaczną część książki Augustyniak oddaje świadkom i świadkiniom wydarzeń, bazując między innymi na archiwach mówionych gromadzonych w Muzeum Powstania Warszawskiego. Polowania zaczynały się zaraz po zapadnięciu zmroku. Mężczyźni starali się ukrywać swoje żony, córki, siostry, matki, babki – „Tata posmarował twarz mamy ziemią zmieszaną ze śliną, kazał jej się położyć na trawie, po czym usiedliśmy na niej. Miało to ją uchronić przed atakiem zdziczałych żołnierzy” – wspomina Danuta Kusińska [s. 123]. 

Na kobietach kładziono wszystkie możliwe szmaty, ubrania, dywany, co tylko się dało i co było pod ręką. Same kobiety smarowały się błotem i fekaliami, licząc że smród i brzydota odstraszą gwałcicieli. Nie zawsze się udawało. „Bo my nie jesteśmy dla nich kobietami, ładnymi czy brzydkimi, nie jesteśmy w ogóle istotami ludzkimi, tylko jakimiś dwunożnymi przedmiotami. Jedyne, co się dla nich liczy, to to, żeby przedmiot, który zamierzają wykorzystać do swoich obrzydliwych celów, miał otwór między nogami. A nasze nieszczęście polega na tym, że my właśnie takie otwory mamy” [s. 93]. 

Ludzie starali się sobie pomagać – ktoś dał komuś resztkę wody, szmatkę do przykrycia głowy, jabłko dziecku. Ale solidarność kończyła się z każdym kolejnym trupem składowanym na „kupie pod murem”, z każdą kolejną gwałconą ciężarną i zabijanym noworodkiem. Z każdym strzelaniem przez Rosjan w tłum dla rozrywki. Barbara Rowińska mówiła: „To były dzikusy! To nie byli ludzie! Nie wiem, ale nawet dzikus tak by się nie zachowywał, jak oni się zachowywali. To było coś okropnego! Coś okropnego! Co oni wyprawiali z kobietami! Nie patrzyli – pełno ludzi, rozbierali kobiety, szarpali! Do upadłego! Jeszcze mało, to wziął i wsadził kobiecie butelkę w krocze! Przecież to już było nieludzkie! To już było nieludzkie!” [s. 107].

Jednym z najważniejszych elementów książki jest zatem oddanie głosu kobietom, które przeżyły Zieleniak. Ich perspektywa była przez lata marginalizowana, a Augustyniak wydobywa ją na pierwszy plan. To opowieści o strachu, upokorzeniu, ale też o solidarności i próbach ratowania siebie nawzajem. Najbardziej wstrząsające są bez wątpienia relacje dziewczynek, które nie rozumieją jeszcze świata dorosłych, nie rozumieją, czego są świadkiniami bądź ofiarami. Mała Asia na przykładzie swojej lalki Zosi, szczerze opowiada Hani i Barbarze, co ją spotkało. To bez wątpienia najbardziej poruszająca część książki. „Przyszedł w nocy, podwinął Zosi sukienkę, potem spuścił swoje spodnie i wbił mojej córeczce w brzuszek coś, co dyndało mu między nogami – zrelacjonowała Asia […] A przecież Zosia była taka grzeczna… – Asia ciągnęła opowieść o tym, co spotkało jej lalczyną córeczkę. – Wcale się nie opierała, pozwalała żołnierzowi na wszystko, tak jak jej kazałam. I prawie w ogóle nie krzyczała. A on i tak, kiedy skończył, urwał jej rączkę. Więc nie dość, że Zosia nie ma ręki, to bardzo boli ją brzuszek, i na dodatek cały czas leci jej krew z psipsi, ma całe zalane nogi” [s. 83].

Blizny pamięci

Kobiety, które przeżyły Zieleniak, już na zawsze naznaczone są traumą. Dzielą życie na przed i po. Przed wojną, przed powstaniem, przed Zieleniakiem. Ocalały? Czy to na pewno jest ocalenie? „Wcześniej żołnierze zaglądali kobietom do ust, szukając złota i brylantów; teraz wpychali w nie palce, całe pięści i kutasy. Niektóre brało naraz trzech, inni w tym samym czasie je obmacywali. Ciała – jak terytoria do podboju. Ile trzeba szczęścia, by ocaleć, ile siły, by nie stać się ofiarą, choć już złożoną na stosie krzywdy, wołającą w bólu Boga, matkę, o pomstę do nieba. Już nawet nie o zbrukanie chodzi ani o przyszłe blizny, lecz o lament bólu i o to pęknięcie, które dzieli życie na «przed»: przed powstaniem, przed Zieleniakiem, przed nocą” [s. 116].

Dziś Zieleniak jest miejscem pamięci. Wspomina się tam nie tylko ofiary, ale też tych, którzy mimo terroru próbowali pomagać innym. Historia tego miejsca przypomina, jak dramatyczne były losy cywilów podczas powstania i jak wielką cenę zapłacili mieszkańcy Warszawy za próbę odzyskania wolności. Na zachowanym fragmencie muru pod Halą Banacha, po osiemdziesięciu latach, umieszczono tablicę: „Pamięci kobiet i dziewczynek, które w dniach 4 – 20 sierpnia 1944 roku padły ofiarą gwałtów i przemocy ze strony Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Narodowej (RONA) działającej w strukturach niemieckiej Waffen SS na terenie targowiska Zieleniak. Warszawianki i Warszawiacy”. 

Niewielka objętościowo książka Augustyniak przyłącza się do tego odzyskiwania pamięci. To proza, która boli. Zostawia blizny, rozszarpuje duszę. To książka trudna, wymagająca przerw, niezwykle ważna, oddająca głos i hołd wszystkim kobietom, dzieciom i mężczyznom, którzy przeszli przez Zieleniak. To przerwanie milczenia. To książka, po której trudno dojść do siebie. Muszę wyznać, że od lektury „Kamieni na szaniec” w głębokiej podstawówce, miałam nabożny stosunek do powstania warszawskiego. Czytałam o nim wszystko, co napisano, na pamięć znałam wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, wiele czasu poświęciłam na śledzenie biografii powstańców, na wykłócanie się o sens powstania. Jednak po przeczytaniu „Zieleniaka”, po raz pierwszy w życiu, na pytanie: „czy było warto?”, odpowiadam – nie wiem. Naprawdę już nie wiem.

Książka:

Anna Augustyniak, „Zieleniak”, wyd. Marginesy, Warszawa 2026.