
Najnowsza książka Omara El Akkada „Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko” została nagrodzona National Book Award 2025 w kategorii literatura faktu i była szeroko dyskutowana na całym świecie. W Polsce książkę wydały Obroty – imprint wydawnictwa ArtRage – w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej.
Po doskonale przyjętych powieściach, pisarz w swoim eseju dzieli się prywatnym doświadczeniem dziennikarskim, ale także po prostu ludzkim, dotyczącym przede wszystkim Strefy Gazy i Palestyńczyków. Pisze także o kryzysie dziennikarstwa, liberalnej demokracji oraz hipokryzji elit i rządów. I o tym wszystkim rozmawiam z autorem książki – Omarem El Akkadem.
Sylwia Góra: Twoja książka podejmuje kilka kluczowych, globalnych tematów, o których dyskutujemy teraz na całym świecie. Zacznijmy od kryzysu liberalnej demokracji. A może ten kryzys wcale nie jest wynikiem ostatnich lat, ale nieuleczalną chorobą systemu? Taki obraz wyłania się z twojej najnowszej książki „Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko”.
Omar El Akkad: Znaczna część książki – a przynajmniej książki, którą zamierzałem napisać – dotyczy tej przepaści, luki między tym, czym instytucje, systemy rządzenia i systemy władzy twierdzą, że są, a tym, czym są naprawdę. Jest taki znany cytat: „Nie mogę uwierzyć w to, co mówisz, bo widzę, co robisz”. I myślę, że właśnie o tym w dużej mierze jest ta książka.
Obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkam, mamy prezydenta, który pod wieloma względami jest otwarcie faszystowski. W przeszłości, kiedy prezydent USA odwiedzał kraj taki jak Arabia Saudyjska, upewniał się, że wygłosi przemówienie o prawach człowieka, wolności prasy, ponieważ trzeba było odegrać pewien spektakl. W rzeczywistości był tam dlatego, że ten kraj ma ogromne zasoby ropy i jest strategicznym partnerem.
Donald Trump nie przejmuje się spektaklem, ponieważ jest otwarcie potworny. I jednym z powodów, dla których ta książka bierze na celownik koncepcję mainstreamowego liberała, jest to, że uważam, iż nie da się dojść do miejsca takiego jak Donald Trump bez stopniowego prowadzenia tam przez frustracje wywołane przez liberalnego demokratę, przez centrystę, przez osobę, która powtarza wszystkie właściwe hasła, stawia na trawniku tabliczkę Black Lives Matter i odgrywa tę rolę, a jednocześnie nie wykonuje żadnej pracy.
Jednym z najbardziej irytujących aspektów pisania takiej książki było to, że nie proszę tych instytucji, by wymyśliły całkowicie nowy sposób działania, choć bardzo bym tego chciał. Proszę je jedynie o absolutne minimum: żeby przestrzegały zasad, które same deklarują. Nie proszę ich, by stworzyły nowy system międzynarodowych praw człowieka. Proszę je, żeby egzekwowały ten, który już istnieje.
A nawet to wydaje się krokiem za daleko. Dla mnie właśnie o tym w dużej mierze jest ta książka i tak zacząłem myśleć o pojęciu centrysty czy mainstreamowego liberała.
A jednak XX wiek umościł się w liberalnej demokracji, nie znajdując lepszego systemu politycznego. Choć dziś obserwujemy jakąś potrzebę silnego przywódcy, która prowadzi nas w stronę, no właśnie, autorytaryzmu? Faszyzmu? Poza tym, mam wrażenie, że przeciętni Amerykanie trochę nadużywają słowa faszyzm, nie do końca rozumiejąc to słowo. Często w mediach faszystą nazywany jest Donald Trump, jak sam zresztą powiedziałeś.
Myślę, że masz absolutną rację. I być może sam jestem temu winien. Jednym z powodów, dla których często o tym myślę, jest to, że w kontekście europejskim, kiedy używa się słowa „faszystowski”, ciężar historii i ciężar tego, czego faszyzm dokonał – używam słowa „dokonał” w najgorszym możliwym sensie – jest ogromny. To coś, co zmieniło historię.
Pytanie brzmi więc: skoro w moim rozumieniu termin „faszyzm” oznacza złośliwą intencję rządu sprzymierzonego z władzą korporacyjną, by odebrać wszelką wolność, zniszczyć społeczeństwo obywatelskie i solidarność przy użyciu najbardziej brutalnych środków – czy ze względu na ciężar historii nie powinniśmy używać słowa „faszystowski”, dopóki ten próg nie zostanie osiągnięty?
Innymi słowy: dopóki Stany Zjednoczone nie doświadczą swojej wersji czegoś tak wszechogarniającego w swoim horrorze, że dopiero wtedy termin ten stanie się dopuszczalny. Myślę, że niektórzy mogliby tak argumentować i mają do tego prawo. Ale nawet jeśli to przyjmiemy, to termin „faszystowski” należałoby zastosować na przykład do najwcześniejszych rządów Stanów Zjednoczonych, które dopuściły się ludobójstwa ponad 90 procent rdzennej ludności tego kontynentu.
To ciekawa dyskusja. Zgadzam się, że w Stanach Zjednoczonych wiele osób, może nawet nie tyle nadużywa, co używa słowa „faszyzm” jako zamiennika słowa „zło”. Coś jest złe i ma związek z rządem, więc użyję tego słowa.
Myślę, że jednym z problemów, które mamy – nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie – jest to, że istnieją różne modele rządzenia, jedne bardziej liberalne, inne bardziej demokratyczne, ale wszystkie próbują funkcjonować w ramach fundamentalnie nienasyconych systemów życia. Mam na myśli to, że kolonializm jest z natury nienasycony. Nie ma sufitu. Nie ma takiego momentu w kolonializmie, w którym osoba zaangażowana w ten system mówi: „Wystarczy, dziękuję, zabrałem już tyle ziemi, ile potrzebowałem, teraz jest dobrze”. To nie istnieje.
Kapitalizm jest podobnie nienasycony. Byłem kiedyś reporterem biznesowym i relacjonowałem kwartalne wyniki Amazona. Nie miało najmniejszego znaczenia, ile pieniędzy Amazon zarobił w danym kwartale. Liczyło się tylko to, żeby było to więcej niż w poprzednim albo więcej niż w tym samym kwartale poprzedniego roku.
Podejrzewam, że jednym z powodów obecnego zwrotu ku bardziej otwarcie autorytarnym, eksploatacyjnym systemom rządzenia i politykom jest to, że lepiej pasują one do systemów, w których i tak musimy żyć.
To sprowadza mnie do idei: spektakl kontra rzeczywistość. Mógłbym nadal głosować na niezwykle liberalnego prezydenta, który raz w miesiącu albo raz do roku wywiesza flagę osób LGBT na trawniku przed Białym Domem. Ale jeśli nadal działa on w służbie tych nienasyconych systemów, to pojawia się i krzywda, i obelga. Natomiast jeśli zwrócę się ku komuś, kto jest bardziej otwarcie zgodny z tą nienasyconością, zostaje sama krzywda. Przynajmniej nie ma jeszcze tej obelgi. Podejrzewam, że to część odpowiedzi na to pytanie.
Piszesz o tym, że jak wielu przed tobą i po tobie, Amerykę widziałeś jako kraj wolności i wielu możliwości. Oczywiście w twoim przypadku ma to konkretne osadzenie w dzieciństwie spędzonym w Egipcie. A jednak rozczarowanie Ameryką przyszło szybciej niż mogłeś się spodziewać.
To bardzo ciekawe, co mówisz, bo w moim odczuciu jest dokładnie odwrotnie. Moim zdaniem przyszło znacznie później, niż powinno. Moje dorosłe życie niemal dokładnie pokrywa się z początkiem wojny z terroryzmem. Miałem 19 lat, kiedy doszło do zamachów z 11 września.
Istniałem więc w świecie, w którym ludzie wyglądający tak jak ja byli demonizowani i mordowani milionami – dosłownie. W przypadku inwazji na Irak, milion zabitych Irakijczyków. A jednak doszedłem do tych wniosków dopiero po prawie 25 latach.
Dlatego mam poczucie, że zrozumiałem to znacznie później, niż być może powinienem. I muszę tu powiedzieć, że nie jestem jedną z tych osób, które twierdzą, że wszędzie jest równie źle. Nie jest. Egipt, w sensie politycznym, jest mniej wolnym miejscem niż Stany Zjednoczone. I gdybym mieszkał w Egipcie i napisał taką książkę o tym kraju, nigdy więcej byś o mnie nie usłyszała. Zostałbym „zniknięty”.
Nie chcę sprawiać wrażenia, że siedzę tutaj i mówię, że wszystko wszędzie jest równie złe i straszne. Nie jest. Moja frustracja – i to, o czym w przeważającej mierze jest książka – dotyczy poczucia, że kiedy przychodzi co do czego, część świata, z którą wiązałem swoje nadzieje od piątego roku życia, wydaje się więcej niż gotowa odrzucić wszystkie swoje zasady: wolność słowa, wolność zgromadzeń, możliwość sprzeciwu bez kary ze strony państwa. Jest gotowa z radością wyrzucić to wszystko za burtę. Nie wiem, czy to lepsze, czy gorsze niż sytuacja, w której tych zasad nigdy nie było. Ale właśnie o tym ciągle myślę. I to jest powód mojego rozczarowania.
Nie chodzi o to, że nagle patrzę na Egipt z jego tajnymi więzieniami albo na Katar, gdzie dorastałem, z jego systemem w gruncie rzeczy niewolniczej pracy ludzi z Azji Południowo-Wschodniej, którzy zbudowali cały ten kraj, i czuję się z tym lepiej. Nie. Punkt odniesienia nie zmienił się w ten sposób. Zmieniły się moje uczucia wobec tej części świata, którą uważałem za lepszą.
Nie wiem, czy doszedłem do tego za późno, czy za wcześnie, ale sprawiło to, że musiałem fundamentalnie przemyśleć wszystko o sobie, ponieważ przez większość życia byłem związany z tą częścią świata. Od piątego roku życia chodziłem do brytyjskich i amerykańskich szkół. To więc dla mnie osobiście coś, co zmienia życie. Ale może gdybym był mniej nieświadomą albo mniej tchórzliwą osobą, doszedłbym do tych wniosków znacznie wcześniej.
A jednak wybierasz dziennikarstwo, bo wierzysz, że im więcej osób usłyszy o wykluczonych, prześladowanych, torturowanych, uciszanych, tym większa szansa na reakcję. I tu przychodzi kolejne rozczarowanie. Kiedy po raz pierwszy czujesz, że dziennikarstwo nie jest już tym, czym było kiedyś?
Nawet teraz – a napisałem książkę, która miejscami jest bardzo krytyczna wobec dziennikarstwa jako instytucji – uważam, że ogromna większość dziennikarzy wykonuje niesamowitą pracę w fatalnych warunkach. I podziwiam samo dążenie do dziennikarstwa.
Uważam natomiast, że instytucjonalnie duże organizacje medialne wykonały fatalną robotę. Zachwiały fundamentalnym zaufaniem społecznym do tej instytucji, szczególnie wśród młodszych ludzi. A to jest niebezpieczne. Bo w wielu przypadkach osoba, która złości się na „New York Timesa” i przestaje go czytać, zaczyna potem czerpać informacje z jakiegoś przypadkowego konta na TikToku. A to nie jest dobra wiadomość.
Nie czerpię z tego żadnej przyjemności. Uważam, że to katastrofalne i niszczące dla społeczeństwa, kiedy jego centralne organizacje medialne tracą zaufanie opinii publicznej.
W mojej karierze dziennikarskiej było wiele momentów, kiedy widziałem małe pęknięcia w fundamentach. I nie wszystkie były wielkimi sprawami. Podam przykład, który jest stosunkowo błahy, ale pokazuje, o co mi chodzi. Relacjonowałem kiedyś sprawę morderstwa. Chodziło o mężczyznę oskarżonego o morderstwo w mieście Kingston w Ontario, w Kanadzie. To małe miasto. Przyszło zdjęcie tego człowieka. Jak wiadomo, jest zdjęcie i podpis pod zdjęciem.
Redaktor strony dostał zdjęcie, zobaczył, że oskarżony jest czarnym mężczyzną, i natychmiast zmienił podpis, który wcześniej brzmiał mniej więcej tak: „oskarżony w Kingston, Ontario”, na „Kingston, Jamajka”. Bo naturalnie założył, że „Kingston” musi oznaczać Jamajkę.
Takie rzeczy zdarzają się w każdej gazecie sto razy dziennie. Naturalne uprzedzenia, martwe punkty, fakt, że nikt w redakcji nie pochodzi z danego kręgu kulturowego, więc nikt nie wie, jak wygląda ta kultura, i tak dalej. Myślę, że wszystko to można naprawić. Ale to wymaga wysiłku. A nagroda jest dość niewielka.
Dopiero podczas rzezi w Gazie zobaczyłem to na taką skalę, że nie sposób było dalej wierzyć, iż są to tylko odosobnione pęknięcia. Kiedy widzi się brytyjskiego prezentera telewizyjnego opisującego sytuację, w której izraelscy żołnierze zastrzelili czteroletnią dziewczynkę na punkcie kontrolnym, a on mówi, że „kula znalazła drogę do furgonetki i zderzyła się z czteroletnią młodą damą” – nie wiem, czy taki sposób opisywania rzeczy da się uratować.
Przez całą karierę miałem więc poczucie, że są małe pęknięcia, które można naprawić. A potem pewnego dnia zacząłem myśleć, że w fundamentach jest znacznie większa zgnilizna. Nie wiem, czy mam rację w którejkolwiek z tych spraw, ale tak wyglądało moje doświadczenie.

Nie wierzysz zatem w dziennikarstwo obiektywne. Ale czy faktycznie dziennikarz powinien być jednocześnie aktywistą na rzecz konkretnej sprawy?
Myślę, że wszyscy dziennikarze z definicji są aktywistami. Być może istnieje dziennikarz, który wchodzi do tego zawodu, mówiąc sobie: „nie chcę spowodować żadnej zmiany na świecie. Chcę, żeby całe moje życie polegało na pisaniu tekstów, które nie wywołają żadnej znaczącej zmiany”. Może ktoś taki istnieje. Ja takiego dziennikarza nie spotkałem.
Uważam, że zasadniczo każdy dziennikarz, który mówi, że jest całkowicie neutralny i obiektywny, czegoś nie mówi.
Obiektywne i neutralne dziennikarstwo jest czymś godnym podziwu. Ale może tak być tylko wtedy, gdy spełnione są dwa warunki: jeśli historia, którą się opisuje, nie zawiera nierównowagi władzy i jeśli wszyscy rozmówcy mówią prawdę, nikt nie działa w złej wierze. Niestety nie żyjemy w świecie, w którym kiedykolwiek tak jest. Zawsze istnieje nierównowaga władzy i zawsze ktoś cię okłamuje.
Podam przykład. Około rok temu wracałem samochodem do domu i słuchałem NPR, publicznego nadawcy w USA. Był tam wywiad z kobietą badającą Medicare, czyli publiczny system zdrowotny. Republikanie zawsze próbują Medicare zlikwidować. Dziennikarka pytała o coś, co powiedział republikański ustawodawca. Twierdził on, że 50 procent wydatków Medicare to oszustwa. To kompletny nonsens. Nie ma żadnych podstaw w rzeczywistości. To liczba, którą po prostu wymyślił.
Kobieta została o to zapytana i odpowiedziała: „Nie mamy żadnych dowodów, że to prawda. Z naszych badań wynika, że czasem około 5 procent wydatków to błędy rozliczeniowe”. Wtedy dziennikarka powiedziała coś, co zapadło mi w pamięć: „Pani mówi 5 procent, ten mężczyzna mówi 50 procent. Czy nie ma tu jakiegoś środka?”.
I pomyślałem: to jest właśnie obiektywne, neutralne dziennikarstwo, prawda? Przeprowadzam wywiad z kimś, kto mówi mi, że księżyc jest z sera. Rozmawiam z kimś innym, kto mówi, że księżyc nie jest z sera. Może więc księżyc jest w połowie z sera? Wtedy nikt na mnie nie nakrzyczy. Kiedy napiszę tekst, mogę powiedzieć: „proszę bardzo, uwzględniłem wszystkie strony”.
Myślę, że w dziennikarstwie musimy nauczyć się nazywać kłamstwo kłamstwem. I radzić sobie z nierównowagą władzy. Bo jedynym powodem, dla którego ta wymyślona liczba 50 procent trafiła do programu informacyjnego, było to, że wypowiedział ją wpływowy polityk.
Dopóki nie nauczymy się radzić sobie z tymi dwiema rzeczami, nie sądzę, by istniał sposób na neutralne, obiektywne dziennikarstwo. To po prostu niemożliwe.
Poruszasz także temat mediobójstwa [ang. mediacide], czyli zjawiska, które może obejmować zabijanie dziennikarzy, ale też aresztowania czy cenzurę. Czy to największy problem przed jakim stoi dziś ten zawód?
W sensie egzystencjalnym – oczywiście. I myślę, że jest to szczególnie prawdziwe w odniesieniu do grupy dziennikarzy mordowanych na znacznie większą skalę niż jakakolwiek inna grupa, o której wiem, czyli palestyńskich dziennikarzy relacjonujących wydarzenia w Gazie.
Uważam, że to niesłychanie haniebne, jak wiele organizacji broniących wolności mediów, dziennikarzy i organizacji dziennikarskich w części świata, w której żyję, powiedziało o tym bardzo niewiele albo wręcz nic. To samo w sobie jest przerażające.
Zabijanie dziennikarzy jest oczywiście przerażające. Jest przerażające również dlatego, że ustanawia precedens: że to jest w porządku. Każde państwo i każdy podmiot niepaństwowy wie teraz, że może ujść mu to na sucho.
Jest to też przerażające dlatego, że w wielu przypadkach ci reporterzy są jedynym źródłem informacji na dany temat. Kiedy byłem reporterem technologicznym i relacjonowałem premierę nowego iPhone’a, jeśli ktoś nie usłyszał o tym ode mnie, usłyszał od ośmiuset innych dziennikarzy. Ale w wielu przypadkach dziennikarze, którzy są celem ataków, są nim częściowo albo wyłącznie dlatego, że są jedynymi osobami, które mogą przekazać informacje z danego miejsca.
To bardzo okrężny sposób powiedzenia: tak, to najgorszy, najważniejszy i najbardziej egzystencjalny kryzys, przed jakim stoi obecnie dziennikarstwo.
Czy brak działania i milczenie, gdy ludziom dzieje się krzywda, gdy ich mordują, gdy trwa ludobójstwo, czyni cię tak samo winnym jak morderców?
Tak, choć chcę zaznaczyć, że nie do mnie należy ocenianie kogokolwiek za to, co decyduje się robić albo czego nie robić. Myślę, że jedną z rzeczy, które ostatnie dwa i pół roku uczyniły jasnymi, jest to, że wszyscy – włącznie ze mną – pokazali dokładnie, kim są.
Pokazali, czego nie są gotowi zrobić, o czym są gotowi milczeć, a o czym nie. Wszyscy mają teraz tę wiedzę.
Jedną z rozmów, które prowadziłem przed początkiem tej rzezi, a których już nie prowadzę, była rozmowa, w której patrzy się wstecz na jakąś historyczną zbrodnię i mówi: „Jak oni mogli do tego dopuścić? Gdybym ja wtedy tam był, coś bym zrobił”. Teraz wiem dokładnie, co bym zrobił, a czego bym nie zrobił. Nie mogę już zadawać tych pytań. Nie mogę już angażować się w takie hipotetyczne rozważania.
Jeśli chodzi o ocenianie kogoś jako współwinnego za odwracanie wzroku tak jak osoby, która aktywnie uczestniczy w tym horrorze, to w pierwotnym sensie nie mogę dokonać tego porównania. Kiedy myślę o najgorszych rzeczach, jakie widziałem każdego dnia przez lata, podstawowa odpowiedzialność spoczywa na osobie, która to robi.
Kiedy snajper strzela dziecku w głowę, mogę mówić, co chcę, o osobie, która odwraca wzrok, ale główna odpowiedzialność spoczywa na tym, kto strzelił.
W przypadku osoby odwracającej wzrok chodzi nie tyle o osąd, ile o to, jak ona sama patrzy na siebie po tym, co zrobiła albo czego nie zrobiła. Myślę, że wszyscy wyjdziemy z tego momentu – a on tak czy inaczej kiedyś się skończy – wiedząc dokładnie, kim jesteśmy.
Nie do mnie należy ocenianie ciebie ani do ciebie ocenianie mnie. Każdy z nas musi odbyć tę rozmowę sam ze sobą. Jeśli ktoś jest w porządku z tym, co zrobił albo czego nie zrobił – proszę bardzo. Ale myślę, że unikanie tej rozmowy z samym sobą staje się coraz bardziej niemożliwe.
Piszesz jednak także o małych gestach, które pojedyncze osoby czy grupy, na przykład studenci, robią, pokazując swoją niezgodę na to, co działo się w Gazie w ostatnich latach. Nazywają to wprost: ludobójstwem. A jednak z tym słowem mamy w debacie publicznej ogromny problem. Gaza o tym przypomniała, ale podobnie było, jeśli chodzi choćby o ludobójstwo w Rwandzie. Dlaczego to budzi taki opór?
Myślę, że przede wszystkim dlatego, iż nie jest to słowo istniejące w próżni. Od pierwszej definicji Lemkina, od momentu, gdy to słowo się narodziło, nie miało być wyłącznie opisowe. Zasadniczo słowo „ludobójstwo” niesie ze sobą prawny obowiązek po stronie państw, nie po stronie jednostek.
Jedną z najbardziej frustrujących rzeczy w przeżywaniu tego momentu jest poczucie, że tak wiele obowiązków instytucji, państw i ośrodków władzy zostaje przerzuconych na jednostki, które muszą wychodzić na ulice, protestować i być aresztowane, próbując zmusić swoje rządy do robienia tego, co rządy powinny robić.
Od chwili, gdy to słowo istnieje, niesie ze sobą obowiązek nie tylko zatrzymania ludobójstwa, kiedy ono trwa, ale także zapobieżenia mu, kiedy ma się wydarzyć. I myślę, że właśnie dlatego rządy od dawna niechętnie nazywają cokolwiek ludobójstwem. Bo w chwili, gdy to zrobią, mają obowiązek działania.
Podejrzewam, że gdyby nasze kulturowe i prawne skojarzenie z tym słowem ograniczało się wyłącznie do samego jego użycia, ludzie chętnie używaliby go w wielu sytuacjach, w których jest ono oczywiście prawdziwe. Bo jeśli wrócić do definicji ludobójstwa, Gaza spełnia je pod bardzo wieloma względami.
Ale znowu, mamy sytuację, w której, po pierwsze, państwo dokonujące tego aktu jest sojusznikiem najpotężniejszych państw na Ziemi. Po drugie, ludność, wobec której się tego dopuszcza, jest politycznie bezsilna. Po trzecie, gdy tylko się to uzna, trzeba coś zrobić. Uruchamia się obowiązek prawny.
Z tych wszystkich powodów, gdybym był u władzy i myślał makiawelicznie, trzeba byłoby mnie ciągnąć za ręce i nogi, żebym użył tego słowa, bo nagle obowiązek spada na mnie.
Przez lata relacjonowałeś „wojnę z terroryzmem”, w tym w Guantánamo i Afganistan. Dlaczego uważasz, że to właśnie Gaza jest drogą bez odwrotu?
Mogę mówić tylko za siebie, choć podejrzewam, że dla wielu innych ludzi też tak jest. Myślę, że chodzi o trzy rzeczy.
Pierwsza to bezpośredniość. W moim życiu było wiele sytuacji ogromnej, groteskowej przemocy. Zwykle jednak istniał pewien dystans między horrorem a chwilą, w której się o nim dowiadywałem. W przypadku ludobójstwa w Gazie tak nie jest. Oglądałem ludzi zabijanych w tej samej chwili. Ludzie zasadniczo filmowali momenty własnej śmierci. Była w tym bezpośredniość i intymność.
Podczas pierwszej wojny w Zatoce mieszkałem w Katarze i widzieliśmy obrazy bombardowania Iraku – te dziwne zielone nagrania noktowizyjne, na których widać było jakieś kule światła i tym podobne rzeczy. To była abstrakcja. Tutaj tego nie ma. Widzimy rodziców grzebiących kończyny swoich dzieci, bo tylko kończyny udało się odnaleźć. Ta intymność zmienia człowieka – a przynajmniej zmieniła mnie.
Kolejną rzeczą jest współudział. Ja to robię. Moje podatki opłacają te bomby i te kule.
I myślę, że te trzy rzeczy sprawiają, iż nawet ktoś tak z natury nieuważny jak ja, tak dobrze wyćwiczony w odwracaniu wzroku, nie jest już w stanie dalej go odwracać. Właśnie to się zmieniło.
Dla innych ludzi odpowiedź może być zupełnie inna. Wiele osób powie wręcz, że nic się nie zmieniło. Nadal żyją dokładnie tak jak wcześniej i trudno: „szkoda tych ludzi tam daleko”.
Sporo piszesz także o języku, jakim się posługują, a czasem właśnie się nie posługują, zachodnie media. Jako dziennikarz i pisarz wciąż wierzysz w siłę języka i opowieści?
Moja wiara w siłę języka nigdy się nie zachwiała. Zmieniło się chyba to, że teraz widzę pełne spektrum tej siły. Język zawsze jest niezwykle potężny, tyle że czasem ta potęga jest używana w dobrym celu, a czasem w złym.
Na przykład w Guantanamo Bay nie było przesłuchań. Nazywano je „zastrzeżeniami”. Nie było więźniów. Byli „zatrzymani”.
Nie sądzę, żeby dało się dopuszczać masowej rzezi bez innych form wsparcia. Jedną z centralnych form jest wsparcie językowe. Gdyby za każdym razem, kiedy żołnierze siedzący w jakimś centrum handlowym w Idaho sterowali dronem i wysadzali wesele, musieliby dokładnie opisać, co się wydarzyło, a opór wobec bombardowań dronami gwałtownie by wzrósł. Ale zamiast tego słyszymy, że doszło do „strat ubocznych”.
Dziś mam znacznie większy szacunek dla potęgi języka niż w jakimkolwiek innym momencie życia, ponieważ zobaczyłem, jak wiele horroru można usprawiedliwić poprzez celowe nadużywanie języka.
Myślę, że jeśli mam jakikolwiek obowiązek jako pisarz, to polega on na tym, by stanąć temu na drodze i próbować używać słów do tego, do czego słowa powinny służyć: do tworzenia znaczenia, a nie do jego niszczenia.
Żyjemy w rzeczywistości ogromnej polaryzacji. Jest tak właściwie w każdym zakątku świata. Zaczyna się od góry – od polityki, ale przenosi na relacje międzyludzkie, a nawet rodzinne. Doskonale znamy mechanizmy przemocy: najpierw słowna, potem fizyczna. Widzieliśmy to już wiele razy, ale historia wcale nie jest żadną nauczycielką. Może ucieczka od spirali przemocy po prostu nie istnieje?
To ciekawe, bo odbywałem tę rozmowę wielokrotnie. W zeszłym roku byłem w trasie. Przez sześć miesięcy jeździłem po różnych miejscach i jakaś wersja tej rozmowy powracała bardzo często.
Zacząłem myśleć o tym w ten sposób: jedna z dwóch rzeczy musi być prawdziwa. Albo tak po prostu musi być, albo istnieje coś lepszego. Jeśli istnieje coś lepszego, to mamy obowiązek próbować stworzyć ten świat.
I powiedziałbym – choć może całkowicie się mylę – że centralne katalizatory dzisiejszego świata, przemocy, polaryzacji, tego nienasyconego brania, tej nieustannej kradzieży, są stosunkowo nowe. Paliw kopalnych, które w dłuższej perspektywie czynią tę planetę niezdatną do życia dla nas, nie używamy od tysięcy lat. To stosunkowo nowe zjawisko. Kapitalistyczne przekonanie o konieczności nieustannego gromadzenia bogactwa nie było prawdziwe przez większość czasu naszego istnienia jako gatunku na tej ziemi.
Twierdzę więc, że istnieją inne sposoby działania i że jako gatunek robiliśmy to inaczej – poprzez solidarność, wspólnotowość, przez przekonanie, że mamy obowiązek troszczyć się o siebie nawzajem, że ja jestem coś winien tobie, a ty mnie, że mamy obowiązek kochać się nawzajem.
Można nazwać to wszystko beznadziejnie naiwnym, i może takie jest. Nie przeszkadza mi bycie beznadziejnie naiwnym. Przyjmuję to. Są gorsze sposoby bycia.
Myślę jednak, że te sposoby myślenia o wspólnocie, solidarności i wzajemnym zobowiązaniu są fundamentalnie niezgodne z systemami, w których żyjemy. Ale jeśli istnieje szansa, że jest coś lepszego niż to, mamy obowiązek próbować ten świat stworzyć.
Druga możliwość jest taka, że nie ma nic lepszego. W takim przypadku i tak będę walczył o coś lepszego, bo chcę móc spać w nocy. I na łożu śmierci chcę móc powiedzieć: „przynajmniej próbowałem”.
To z mojej strony niezwykle egoistyczne podejście. Ale już nam powiedziano, że egoizm jest właściwą drogą. Powiedziano nam, że jedynym sposobem życia jest bycie tak egoistycznym, jak to tylko możliwe, przez cały czas. Moja wersja egoizmu polega na próbie oporu. I tak czy inaczej będę to robił.
Być może trochę unikam odpowiedzi na twoje pytanie. Ale próbuję wyjaśnić, że jeśli chodzi o to, jak funkcjonuję, niedawno doszedłem do wniosku, że właściwie nie ma znaczenia, która z tych dwóch możliwości jest rzeczywistością. Niezależnie od tego będę zachowywał się tak samo.
Twoja książka to „relacja z pewnego końca”, jak sam piszesz. Końca złudzeń, ale też książka o porażce systemów politycznych, mediów, ale również nas jako zbiorowości. Gdzie zatem szukać nadziei? Bo bez niej nie da się przecież dalej żyć.
Najwięcej odwagi zaczerpnąłem z obserwowania ludzi, którzy nie mają żadnej instytucjonalnej władzy, absolutnie żadnej, a mimo to wychodzą i ryzykują wszystko w imię tego, co uważają za słuszne.
Napisałem książkę, która nic nie znaczy. Żyję bezpiecznie w swoim domu, w sercu imperium, i piszę. To najmniej, co mogę zrobić.
Widziałem ludzi aresztowanych za włamania do zakładów produkujących broń. W Wielkiej Brytanii trwa teraz proces osób, które w wyniku takiego włamania doprowadziły do zamknięcia kilku takich fabryk. Uratowały życia. Dosłownie. A w rezultacie są teraz ścigane za terroryzm, co jest czymś doprowadzającym człowieka do obłędu.
Myślę więc, że moja najważniejsza odpowiedź na to pytanie brzmi: szukajcie miejsc solidarności i szukajcie ludzi, od których można czerpać odwagę. Tchórzostwo jest zaraźliwe, ale odwaga również.
Dopóki ludzie, którzy chcą stworzyć lepszy świat – przez co rozumiem świat bardziej sprawiedliwy – nie zaczną budować własnych systemów i własnych form instytucjonalności, pozostaniemy w sytuacji, w której każdy z nas robi coś indywidualnie. To sposoby działania zaprojektowane tak, byśmy poczuli się lepiej sami ze sobą i by miały jak najmniejszy realny wpływ.
Dlatego myślę, że miejsce, w którym każdy może dziś znaleźć nie tylko nadzieję, ale też środki realnego działania, polega na odnalezieniu siebie nawzajem, znalezieniu własnych miejsc wspólnoty i solidarności.
Książka:
Omar El Akkad, „Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko”, tłum. Agata Ostrowska, wyd. Obroty, Warszawa 2026