Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BARAN: Prywatne duchy...

BARAN: Prywatne duchy Świąt

Magdalena M. Baran

Prywatne duchy Świąt

Nie lubię krasnali. Tymczasem krasnala właśnie, odzianego w czerwony kubraczek, z doczepioną wacianą brodą, próbuje się przepotworzyć w symbol mijających Świąt. Tłumnie gromadzą się takie maszkarony na placach i ulicach (ba, jedna z warszawskich kawiarni, bawiąc się ich kosztem, stworzyła z nich podchoinkowy chór), gonią człowieka po sklepach i galeriach handlowych (może w tych ostatnich najlepsze dla nich miejsce), dla niejednego nieświadomego prawdziwych opowieści i tradycji malucha stając się znakiem zapowiadającym radość, a może tylko przyszłe „posiadanie”. Z krasnalem owym, którego miejsce raczej wśród jego barwnych ogrodowych braci wciąż królujących na bazarach pod naszą zachodnią granicą, trudno powiązać legendę o dobrym biskupie. Trudno snuć opowieść o dobru. Pastorał ciśnięto w kąt, a tkany złocistą nicią ornat dostojeństwa zeżarły renifery. Trudno pielęgnować tradycję, wedle której to nie wchodzący przez komin (co jeśli nie mamy komina?) dziadek z workiem na plecach, tylko wschodząca pierwsza Gwiazdka przynosi wyczekane prezenty. Brakuje tylko, by lalka Barbie przeistoczyła się w anioła głoszącego „pokój ludziom dobrej woli” (choć i takiego maszkarona napotkać można w jednej z tradycyjnych krakowskich szopek).

Albo inny obraz, na pozór tylko nieco mniej współczesny, a przecież prawdziwszy, tradycyjny, od lat w świąteczną wpisany rzeczywistość. Radością swą, bliskością, jaką tworzy, zaciekawieniem wędrujących przez kolejne kościoły, od żłóbka do żłóbka, dopełniający obrazu prawdziwych Świąt. Zgromadzenie głośne, o oczach roziskrzonych, pełnych zachwytu, śmiechu radośnie brzmiącym, co to obraz ten, co ludzi bliskich na lata zatrzyma w pamięci. Tam w wielkiej kadzi kobieta pranie zamacza, druga mechanicznymi ruchami przeciąga żelazkiem z duszą po rozciągniętej tkaninie, obok świnkę obracają nad rożnem, rybak raz za razem zdobycz swą wyciąga ze stawu, ptaszki odpustowe kręcą się wesoło. Ale przecież musi być siano i musi być mech! Poniżej stado owiec białych na polanie, co to łebkami kręcą, mech rozsypany skubać się zdają zawzięcie, niewzruszone ogromem cudu. Do tego zaś goście coraz to nowsi biegną, na osłach, na koniach, na wielbłądach zdążają. A wszystko przy dźwiękach anielskiej muzyki, od dzieciństwa dziadków (jeśli nie wcześniej już) w ruchomej szopce podawane. Przychodziliśmy tu wszyscy. Przychodzimy. Hołdując tradycji, przyprowadzamy kolejne pokolenia. Dzieci oczy przecierają, spoglądając w oko tańczącej nad żłobkiem gwiazdy, gdzie wół i osioł, co pierwsze rozpoznały. Błyskają flesze, ktoś komuś wchodzi przed kamerę. Co zaskakujące, brak nieżyczliwości. Ktoś się przesunie, miejsce zrobi innemu. Magia ze świata złośliwego wyrywa na kilka chwil. I tak przez lat tłumy. Gdzie indziej ta żywa – ze stadem owiec, koziołkami, a nawet lamą, gdzie niczym pasterze ogrzać się możemy przy ognisku, do szopki wejść. Dotknąć, by wierzyć? W „noc zaskoczenia, noc oczu oczarowania”.

Tymczasem spod drzwi domów, szparami w zabieganej rzeczywistości, sączy się ku nam niespodziewany stary czas. Dziwny to gość, na co dzień jakoś zapomniany, w stałości swej tkwiący, niechętny zmianie, lecz ubogacany światem nowym. Zdaje się nie dbać o rozpęd i szaleńcze tempo codziennego życia, o bezrefleksyjne mijanie rzeczy, ludzi i zdarzeń, o bezczucie i niesłuchanie. Pełno dziś tego. A on trwa inaczej. Czas ten zmusza do zwolnienia, jeśli nie zatrzymania, do zasłuchania i zapatrzenia, do złapania oddechu, przypomnienia sobie – choć na parę chwil – o celebrowaniu chwili, o cieszeniu się nią. Do chwili rozmowy, co nie zmieni się w czczą gadaninę. Piękno owego magicznego czasu zatrzymuje się w pięknie obrazu, spokoju słowa, śmiechu i zadumie wspomnień, nucie wyśpiewanej, zapachu, który zdajemy się chłonąć więcej niż jednym, przeznaczonym ku temu zmysłem. Czas ów przypomina nam ciepło, woła o zachowanie tradycji, pokazuje obrazy, o jakich zdaje nam się, że już zapomnieliśmy. Witając się z obliczem starego czasu, stając za progiem niedawnych Świąt, ale i w przedsionku Nowego Roku – ze wszystkimi naszymi rozliczeniami i obietnicami, które zwykliśmy składać samym sobie – każdy z osobna znajduje własną wigilijną opowieść, bardziej już prywatne duchy tego, co było, co jest, co będzie.

* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(50/2009)
28 grudnia 2009

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj