„Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień” – można powiedzieć, parafrazując słowa popularnej piosenki Andrzeja Rosiewicza z serialu „Czterdziestolatek”. Dwadzieścia lat temu na ekrany kin wszedł „Diabeł ubiera się u Prady”, opowieść o idealistycznej, naiwnej dziewczynie z Ohio, która znajduje pracę w nowojorskim magazynie modowym „Runway” prowadzonym przez redaktor naczelną jak ze złego snu. Film z miejsca stał się ogólnoświatowym hitem.

Przyczyn tego sukcesu było wiele, a ich analiza wymagałaby osobnego, dużego tekstu. Wymienię na razie kilka: publiczność lubi bajki, a była to kolejna wersja bajki o brzydkim kaczątku zamieniającym się w pięknego łabędzia, w dodatku z elementami historii Kopciuszka. Młodym widzkom nietrudno było zidentyfikować się z jego bohaterką, ambitną dziewczyną z prowincji przybyłą do Wielkiego Miasta. Nie bez znaczenia był również uniwersalizm jej doświadczeń: pamiętam, jak po premierze „jedynki” pytałem swoje znajome pracujące w korporacjach o ich szefowe, i większość narzekała, skarżyła się na czepialstwo, czasem nazywając je „wrednymi babami” (a nawet gorzej). No i last not least był to po prostu film w swojej konwencji bardzo udany: wdzięczny, zabawny, opowiadany z werwą i energią. Teraz na ekrany kin wszedł jego sequel, z tym samym reżyserem (David Frankel), tą samą scenarzystką (Aline Brosh McKenna) i, co najważniejsze, z tym samym zestawem wykonawców (Anne Hathaway, Meryl Streep, Emily Blunt, Stanley Tucci).

Powtórka z rozrywki 

Jak doszło do tego spotkania po latach? Główna bohaterka pierwszego „Diabła…” Andy (Hathaway) spełniła swoje marzenia i została dziennikarką, reporterką gazety „The New York Vanguard”. I to dziennikarką uznaną i szanowaną – w pierwszej scenie filmu odbiera prestiżową nagrodę branżową. Ale na chwilę przedtem, podobnie jak towarzyszący jej na uroczystości koledzy i koleżanki z redakcji, dostaje esemesem wymówienie z pracy. Ostry skrót dramaturgiczny – zapewne! – ale niedaleki od rzeczywistości: przy obecnym stanie dziennikarstwa i panującej w tym zawodzie niepewności zatrudnienia – nie znamy dnia ani godziny! – sama sytuacja wcale nie wydaje się niemożliwa. Nie tylko w Nowym Jorku – z własnego podwórka też znamy podobne przypadki.

Wkrótce jednak bezrobotna Andy otrzymuje nieoczekiwaną propozycję od wydawcy „Runwaya”, Irva Ravitza (Tibor Feldman): ma kierować w magazynie działem reportażu (czy może felietonu? informacje są sprzeczne). Dlaczego akurat ona? Otóż „Runway” ma poważne kłopoty: niedawno opublikował materiał promujący markę, która – jak się później okazało – wyzyskiwała swoich pracowników. Robi się skandal. Andy, która zasłynęła jako autorka tekstów zaangażowanych społecznie, ma swoją obecnością poprawić wizerunek pisma i uratować jego zachwianą wiarygodność. 

Trochę jest to naciągane, ale jakoś nadal mieści się w logice działania dzisiejszej prasy. Jeszcze mniej prawdopodobne jest jednak to, że Andy zaproszenie przyjmuje. W końcu nie umiera z głodu, prawdopodobnie dostanie solidną odprawę, a jako zdobywczyni liczącej się w środowisku nagrody mogłaby najpewniej w ofertach pracy przebierać. Przypomnijmy też, że „Runway” nigdy nie był jej wymarzonym miejscem pracy, a raczej pomostem wiodącym do tej właściwej – i otrzymana posada („o której marzą miliony kobiet”, co jej na każdym kroku przypominano) nie zaspakajała jej ambicji. Jej roczny epizod w magazynie był odejściem od wyznaczonego życiowego kursu. Dlaczego miałaby więc teraz wchodzić drugi raz do tej samej rzeki?

Na dodatek nadal kierująca „Runwayem” Miranda (niemal niezmieniona Meryl Streep) nie jest pojawieniem się swojej byłej asystentki zachwycona i, co trochę dziwne, w ogóle nie jest jej wdzięczna za to, że podjęła się trudnej misji wydobycia pisma z kłopotów. Przeciwnie – jest wściekła, że wydawca zatrudnił Andy bez jej wiedzy i zgody, niejako za jej plecami. Nie może wprawdzie jego decyzji sabotować ani pozbyć się Andy, ale spróbuje utrudnić jej życie. Najpierw udaje, że jej nie poznaje (choć Hathaway fizycznie też nie specjalnie się zmieniła), potem przydziela jej gabinet niewiele większy od schowka na szczotki, a na każdym kroku stosuje drobne szykany.

Skąd to nieco osobliwe, na granicy nieprawdopodobieństwa, postępowanie dwóch najważniejszych w filmie postaci? Odpowiedź jest prosta: aby powstał sequel możliwie bliski oryginałowi. Jest to skądinąd zgodne z tendencjami panującymi dzisiaj w świecie produkcji filmowej. Robi się ona coraz bardziej kosztowna i ryzykowna finansowo, powstaje więc nie tylko coraz więcej – stosunkowo bezpiecznych pod tym względem – sequeli filmowych przebojów, ale także dokłada się starań, aby nadmiernie się one od siebie nie różniły. Producenci i dyrektorzy studiów przyjmują milcząco, że widz jest z natury konserwatywny i – podobnie jak inżynier Mamoń – lubi tylko znane sobie melodie. I niestety często się okazuje, że mają rację.

„Diabeł ubiera się u Prady 2”, przynajmniej do połowy filmu powtarza więc z grubsza schemat znany z „jedynki” – oczywiście w wersji złagodzonej, gdyż układ sił między bohaterkami przez te dwadzieścia lat jednak się zmienił. Miranda już nie znęca się nad Andy, a tylko lekceważąco się do niej odnosi i czeka na jej potknięcie. Andy zaś próbuje ją zadowolić i zdobyć jej przychylność. Podobnie jak w oryginale, otrzymuje zadanie, które pozwoli jej – przynajmniej teoretycznie – przekonać do siebie szefową. Wtedy było to zdobycie nowego, jeszcze nieopublikowanego tomu przygód Harry’ego Pottera – mission impossible, którą jednak Andy, dzięki swojej determinacji i pomysłowości, heroicznie wypełniła. Tu podejmuje się zadania bardziej banalnego, co nie znaczy prostego: próbuje uzyskać wywiad z unikającą mediów Sashą (Lucy Liu), byłą partnerką technologicznego potentata i multimilionera Benjiego (Justin Theroux). Czy jej się to uda – zostawiam domyślności czytelników.

Zmiany, zmiany, zmiany

Drugi „Diabeł” odtwarza z grubsza relację między Andy i Mirandą sprzed dwudziestu lat. Ale przez ten czas w otaczającym je (i nas) świecie bardzo wiele się zmieniło. Zmian tych film nie ignoruje, jest ich świadomy i potrafi je zręcznie implementować w swoją tkankę fabularną. 

Co się zmieniło? Na przykład pozycja prasy modowej. W pierwszym filmie „Runaway” był prawdziwą potęgą, „biblią mody”, nie tylko rejestrującą panującą w niej trendy, ale też je kreującą. Teraz przeniósł się niemal w całości do sieci, a jego papierowe wydanie, kiedyś grube jak księga, jest obecnie tak cienkie, że, jak stwierdza cierpko Miranda, można go używać zamiast nitki do zębów. Jego wpływ znacznie się zmniejszył: film wprawdzie o tym nie wspomina, ale dziś nastoletnia influencerka z TikToka może mieć czasem większe oddziaływanie. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że pierwszy „Diabeł…” był filmem o końcu pewnej epoki, zmierzchu złotej ery mediów. Dziś Miranda i jej prawa ręka, wierny dyrektor artystyczny, znany z sarkastycznych komentarzy Nigel (Stanley Tucci), przypominają parę dinozaurów skazaną na wymarcie. 

Zmieniła się też relacja redakcji z reklamodawcami. Prasa niemal od zawsze utrzymywała się z dwóch źródeł: ze sprzedaży czytelnikom i z zamieszczanych w niej reklam. Jednak gdy czytelników ubywa, a za wydanie online płacą mniej, pierwsze źródło dochodu zaczyna wysychać, więc na znaczeniu zyskuje drugie. Dlatego Irv i Miranda są tak przerażeni skandalem wokół „Runwaya” – boją się, że spowoduje odpływ reklamodawców, niechcących, aby kojarzono ich ze skompromitowanym tytułem. Dlatego też Andy w ramach swojej misji ratunkowej pierwsze kroki skieruje do siedziby największego z nich, Diora, gdzie – co za traf! – kierownicze stanowisko sprawuje jej stara znajoma, Emily (Emily Blunt), też była asystentka Mirandy. Dla Emily, która odebrała swoją porcję upokorzeń podczas pracy w „Runwayu”, jest to wspaniała okazja do zemsty. Czy z niej skorzysta? Czy też tylko podelektuje się sytuacją, świadomością swojej przewagi, poczuciem, że teraz to ona rozdaje karty?

Gorsza sytuacja finansowa wpływa też na codzienny styl pracy magazynów modowych, które nie mogą już sobie pozwolić na rozrzutność – kiedyś aż gorszącą. Pamiętamy, jak w pierwszym „Diable…” Miranda odwoływała sesję zdjęciową, co kosztowało wydawcę 300 tysięcy dolarów, które zapłacił bez mrugnięcia okiem. Teraz takie ekstrawagancje byłyby raczej niemożliwe – ale chyba też po prostu niepotrzebne. Perfekcjonizm, dbałość o najdrobniejsze szczegóły, traktowanie projektów ubrań niemal jak dzieł sztuki – a więc to, co podyktowało niezadowolonej Mirandzie decyzję o rezygnacji z sesji – miało sens, gdy rezultaty tejże były publikowane na doskonałym, pięknym papierze i uważnie oglądane przez czytelników. Teraz, gdy przewijają leniwie smartfony, siedząc w metrze (w filmie używa się bardziej dosadnego określenia), tego rodzaju maksymalizm traci rację bytu. 

Zmieniła się też naturalnie sama moda, ale jak – tego dokładnie nie umiem powiedzieć, jako że nie czuję się tu kompetentny. Na moje dyletanckie oko kreacje w „dwójce” są generalnie bardziej eleganckie i stylowe niż we wcześniejszym filmie, nie widać tu w każdym razie projektów dziwacznych czy jawnie idiotycznych, które w „jedynce” się pojawiały. Ale rewolucji nie widzę – w żadnym aspekcie. W pewnym momencie wspomina się wprawdzie o konieczności różnicowania sylwetek i rozmiarów modelek, ale na pokazie w Mediolanie (który zastąpił Paryż z pierwszego „Diabła…”) wszystkie są bardzo szczupłe, jak zawsze.

To, że zmiany, jakie zaszły w modzie, nie znalazły tu jakiegoś wyraźnego odbicia (chyba że czegoś nie zauważyłem), jest chyba nieprzypadkowe. Twórcy filmu wolą postępować z modą ostrożnie. Wbrew pozorom, nawet w pierwszym filmie ich stosunek do niej naznaczony był pewną ambiwalencją. Z jednej strony była wykpiwana (zwłaszcza znaczenie, jakie jej przypisywano), z drugiej – po cichu czczona. Naśmiewano się z jej fetyszyzowania, ale zarazem dawano poczucie uczestnictwa w kuszącym świecie pięknych strojów, długonogich modelek i słynnych projektantów, świecie luksusu i glamouru – jego zwodniczym urokom ulegała nawet Andy. Krótko mówiąc, moda była tam przedmiotem satyry i adoracji jednocześnie, drwiny i szacunku, parodii i celebry. Filmowi udało się zjeść ciastko i zostawić je na później – i w tym tkwiła jeszcze jedna z tajemnic jego sukcesu. 

„Diabeł… 2” wiernie natomiast rejestruje bardziej generalną zmianę polegającą na wyostrzeniu wrażliwości społecznej. Afera w „Runwayu”, wywołana wyzyskiem pracowników w lansowanej marce, dwadzieścia lat temu albo by w ogóle nie wybuchła, albo dla reputacji pisma miałaby mniejsze znaczenie. Nawet ważniejsze jest to, jak ta zmiana – traktowana tu z lekkim przymrużeniem oka – wpłynęła na stosunki pracy w redakcji „Runwaya”. Nie chodzi nawet o to, że – zapewne wskutek inicjatyw na rzecz różnorodności – w sekretariacie pisma pracuje otyły osobnik, a na redakcyjnych korytarzach kręci się wiele przedstawicielek różnorodnych grup etnicznych. Najistotniejsze jest, że wymuszona została zmiana w postępowaniu Mirandy. Przypomnijmy, że w pierwszym filmie naczelna „Runwaya” uprawiała, jakbyśmy dziś powiedzieli, brutalny mobbing. Znęcała się nad podwładnymi, pomiatała nimi, upokarzała. Historia filmu zna niewiele przykładów tak toksycznych szefowych (grana przez Sigourney Weaver Katharine z „Pracującej dziewczyny” podkradała bezczelnie pomysły tytułowej bohaterce Tess (Melanie Griffith), ale się nad nią nie pastwiła). Teraz Miranda na ostentacyjną pogardę wobec współpracowników nie może sobie już pozwolić – czuwa nad tym odpowiednia komórka w HR, a jednym z najważniejszych zadań jej nowej asystentki, Amari (Simone Ashley), jest pilnowanie, aby nie wypsnęło się jej jakieś obraźliwe, niezgodne z kanonami politycznej poprawności sformułowanie.

Oczywiście, bohaterka grana przez Meryl Streep nadal jest bardzo surowa, wymagająca i zimna jak królowa lodu. Ale nowa etyka pracy wymogła na niej lepsze traktowanie podwładnych, musi się dziś powściągać, hamować i miarkować. Dla jej współpracowników to lepiej, ale dla filmu gorzej, gdyż jej okrucieństwo było – także dzięki talentowi komediowemu Streep – w pewien sposób zabawne. Stanowiło też niejako znak firmowy filmu, który nieprzypadkowo miał w tytule słowo „diabeł”. Teraz źródło komizmu znajduje się gdzie indziej: w obserwowaniu, jak Miranda strasznie się męczy z tymi wszystkimi narzuconymi ograniczeniami, jak bardzo przyjęcie nowych zasad jest dla niej trudne, jak niechętnie się do nich stosuje. W pierwszym „Diable…” miała zwyczaj po wejściu do redakcji rzucać futro na biurko asystentki. Teraz musi je odwieszać własnoręcznie i robi to tak, jakby ważyło tonę, i z tak boleściwym wyrazem twarzy, że trudno się nie roześmiać.

Drapieżni kapitaliści i ludzka twarz Mirandy

Początkowo film powiela stary pomysł, na szczęście jednak mniej więcej w jego połowie od niego odchodzi – główny temat opowieści się zmienia. W wydawnictwie następuje bowiem zmiana warty, dotychczasowego właściciela „Runwaya”, wydawcę „starej daty”, zastępuje jego syn Jay (B.J. Novak), przedstawiciel młodego, dynamicznego pokolenia, finansista planujący ostry program oszczędnościowy, radykalną redukcję etatów itp. Jest to skądinąd nietuzinkowa postać: nie nosi garniturów za kilkanaście tysięcy dolarów, paraduje w bezpretensjonalnej bluzie z kapturem, czym zresztą zdobywa moją sympatię. Jednak tak lekceważący stosunek do ubioru nie wydaje się najlepszą kwalifikacją dla przyszłego uberszefa magazynu modowego. Równie bezpretensjonalny jest jego styl bycia. Na wstępne rozmowy zaprasza Mirandę nie do ekskluzywnej restauracji, ale do pracowniczej stołówki, o której istnieniu ta w ogóle nie wiedziała. Zmusza ją też, aby z powodu ograniczeń budżetowych poleciała na galę w Mediolanie klasą ekonomiczną. Koszmar!

W „dwójce” naczelnym szwarccharakterem nie jest więc już Miranda, ale system, który uzależnia istnienie czasopism od kapryśnych, niekompetentnych i nierozumiejących specyfiki mediów bogaczy – potencjalnych inwestorów. Czy będzie nim Jay? A może zastąpi go wspomniany, były już mąż Sashy, Benji, rozchichotany głupek, który planuje eksplorować słońce? A może jeszcze ktoś inny? Główne pytanie filmu brzmi: czy uda się uratować „Runway”, znajdując dla niego odpowiedniego inwestora, jakiegoś „dobrego miliardera”?

Nowa, dramatyczna sytuacja zmienia oczywiście relacje między dwiema dawnymi antagonistkami. Miranda i Andy muszą zakopać topór wojenny, zawrzeć sojusz wobec potężnego przeciwnika – obie wszak płyną na tej samej, mocno dziurawej łódce. I im bliżej końca filmu, tym głośniej rozbrzmiewa w nim hasło „Kochajmy się!”, i tym bardziej przypomina on często ostatnio powstające filmy o kobiecej solidarności.

Zarówno Andy, jak Miranda są zresztą od początku nieco inaczej rysowane niż w pierwszym „Diable”. Jeśli chodzi o Andy, zmiana nie jest radykalna: ex-asystentka jest, co oczywiste, silniejsza i pewniejsza siebie, nadal jednak zachowała wiele ze swojego idealizmu i naiwności. Niekiedy dość irytującej: to, co uchodziło zagubionej w Nowym Jorku dziewczynie z Ohio, nie bardzo przystoi dziennikarce z dwudziestoletnim stażem. 

Zmiany, jakie zaszły w Mirandzie, nie sprowadzają się do wspomnianego już nieco lepszego traktowania pracowników. W poprzednim filmie był tylko jeden moment, gdy – w obliczu kolejnego rozwodu – ukazywała swoją ludzką (i symbolicznie pozbawioną makijażu) twarz. Była to jednak tylko krótka chwila słabości. Tu jest „osłabiona” częściej: świadoma, że „Runway” lata świetności ma już za sobą, przybita z powodu upadku jego znaczenia i przerażona, że jej imperium całkiem się rozpadnie. Ta niegdyś groźna tyranka czuje, że świat postanowił ją zdetronizować – i źle to znosi. Oglądając jej wyczyny w oryginalnym filmie nie przypuszczałem, że w sequelu będę jej momentami współczuć.

Nudna miłość i kumulacja kapitału

Jak wypada sequel w porównaniu z oryginałem? Jak to sequel – gorzej, ale na pewno nie jest to marna podróbka, a słyszałem już takie opinie. Film ogląda się bez bólu: kwartet głównych wykonawców (Streep, Hathaway, Blunt, Tucci) gra świetnie, zdarzają się dowcipne dialogi, skomplikowana fabuła trzyma się kupy – fani oryginału nie powinni być rozczarowani. 

Ale oczywiście słabości przeważają. Pomysł jest wtórny i ugrzeczniony, antybohaterka ma przytępione pazury, zawiązanie intrygi wydaje się sztuczne, film jest za długi i ma za dużo niepotrzebnych, rozpraszających wątków, jak na przykład ten „wydawniczy” (Andy dostaje propozycję napisania książki biograficznej o Mirandzie), z którego nic nie wynika. A już całkowitą porażką są wątki, nazwijmy to, „romantyczne”. Miranda ma sympatycznego i wspierającego męża Stuarta (Kenneth Branagh), ale jego rola jest tak marginalna, że szkoda na nią tak wybitnego aktora. Andy zaś zaczyna spotykać się z australijskim przedsiębiorcą budowlanym, Peterem (Patrick Brammall), ale ich romans jest tak niemrawy i pozbawiony iskry, że śmiało może się ubiegać o tytuł najnudniejszej historii miłosnej sezonu.

Pojawia się tu też problem bardziej zasadniczej natury: w oryginale konflikt dramaturgiczny był wyrazisty i spersonalizowany, podczas gdy tu obie główne bohaterki walczą ramię w ramię ze zjawiskami o ogólniejszym, bardziej abstrakcyjnym charakterze (choć oczywiście mającymi twarze konkretnych ludzi). Przeciw czemu, próbując uratować „Runwaya”, występują? Bezwzględnemu systemowi? Kumulacji kapitału w rękach nielicznych szczęśliwców? Upadkowi tradycyjnego dziennikarstwa? Nowym, a już ukształtowanym nawykom czytelniczym? Nawet jeśli ich walka zakończy się happy endem, to i tak będzie to zwycięstwo tymczasowe. Z procesami cywilizacyjnymi wygrać trudno.  

Film:

„Diabeł ubiera się u Prady 2” [The Devil Wears Prada 2], reż. David Frankel, USA 2026.